Syndycy cechu namiestników
Krzysztofowi Kuczkowskiemu
Zawsze tak się dzieje, zawsze.
Nagle się pojawiają.
Czasem w wielkich, czarnych kapeluszach,
czasem w wielkich, czarnych samochodach,
ale zawsze czarnych.
Wyniosłe brwi, uśmiechy, w których nie ma radości,
tylko ta czerń.
Za białymi zębami.
Zuchwale sterczą ich palce, które wskazują.
I ta pycha białych kołnierzy.
W rękawach trzymają pakty i kwity.
Niepostrzeżenie wloką na swoich ramionach noc.
Ich spojrzenie zamienia ziemię pod stopami
w kleistą smołę, a powietrze staje się gęste jak kisiel.
Robi się coraz ciaśniej.
O ucieczce nie ma mowy.
I wtedy budzi mnie
mój krzyk,
ale przecież i tu
unoszą się ponad nami.
Trzy przykazania
Modlitwa nie zmienia postanowień Boga, ale zmienia tego, kto się modli.
Søren Kierkegaard
Płynąca lawina próbuje porwać ze sobą
ciepłą ławicą,
szerokim nurtem.
Obiecuje upragnioną przynależność,
utopienie tęsknej samotności,
zachłyśnięcie winnym snem,
starcie piętna obcości.
W niej wszyscy niewinni.
Przelewa się wokół i może uszczęśliwić,
bo oczy i strach masz przecież jak inni,
których twarze trudno rozróżnić.
Słychać śpiew błota,
wąż dusi baranka,
liście sekund drżą.
Odmierzaj chleb.
Remontuj łódź.
Módl się jedną sylabą.
Sukienka,
czyli trzeci wiersz o matce
Na pierwszy bal
sama uszyła ją z prześcieradła.
W tym szyciu nadziei
drżało napięcie starania,
pachniał krochmal.
W piasku gardła
mrowił smak przygryzionej wargi.
Czy mogę cię osłonić?
Uratować?
Obronić?
W swoim brzuchu schować
zanim zabrzmi polonez?
Płótno białe chcę przemienić
w czuły jedwab, co jak stal.
Dać odwagę ostrych nożyc,
ciepło słodkich łez,
zebrać gorzkie łany gorczyc
i połknąć ten żal.
Ufność
Codziennie nie mogę doczekać się snu.
Wełniane ramiona nocy kołyszą.
Na horyzoncie punktualne, dalekie
dudnienie pociągu.
Przestrzeń między Miastem Ludzi a Wewnętrznym Miastem
wypełnia się nieruchomym ciepłem powietrza
i zapachem koca z alpaki.
Cichnie saksofon Scotta Hamiltona
a w ustach wciąż mam smak kandyzowanego imbiru.
Spośród wszystkich, których spotykam,
tylko noc jako jedyna mnie nie opuszcza,
choć nie jest godna zaufania,
podobnie jak On, który nawet jeśli istnieje,
też nie zasługuje na zaufanie –
do momentu, aż ja zaufam sobie – całkowicie –
i wtedy staję się – zasypiając –
najpotężniejszym z ludzi.
Obecność kotki, świerszcza i moja
Gabrysi
Chuda kotka ziewa przeciągle
jak w haiku Bashō.
Ciepłe popołudniowe figle.
Zapachy ziołowe – jak ona – się łaszą.
Przed ukochanym wiejskim domem
mała wnuczka śpi bezpieczna na trawie
pod chmur ogromem.
Ten obraz w jasno błękitnej oprawie,
w odcieniu, dla którego nazwy nie mamy…
Świerszcz zaświerszczył nagle.
Jestem świadomy, że jestem tego świadomy,
zwierciadło odbija się w zwierciadle.
Chuda kotka przeciągle ziewa
jak w haiku Bashō
i każda minuta cierpliwa
a błękit – oddycha ciszą.
Oto
Oto zioła, które leczą.
Na pastwiskach owiec szukających mroku.
Oto płomienie ptaków.
Obym sam mógł siebie opuścić z mieczem Anioła.
Oto sól na rany.
Zawsze odwaga, choć lepiej działać powoli.
Oto władza węży.
Rezygnacja z laurów. Dyskretne ukrycie wśród splendorów jaśminów.
Oto śpiew cienia.
Falowanie w upale. Poważny sen. Ciepłe orzeźwienie popołudnia.
Oto zapach sycylijskich cytryn
o poranku dnia, który może być ostatnim
a przynajmniej zawsze warto go
tak witać.
Wiersz o alkoholu
Alkohol może być
jak pluszowy miś,
przytulający tych,
co nie zostali przytuleni,
ale też jak trawa,
powoli i nieodwołalnie
przerastająca i unieruchamiająca
drzewo, które przewróciło się
na skraju łąki.
List do I.
Właśnie się dowiedziałem,
że już leżysz.
Pod głuchym kamieniem.
I to niedaleko, gdzie i ja będę leżał.
Chyba o jakieś sześćdziesiąt metrów.
I to stało się już dawno.
Czemu już? Czemu dawno?
Niby wiadomo, że… Ale ten nagły cierń
zaskoczenia otwiera samotną przestrzeń.
Horyzont utraty. Jakoś kaleczy.
Potrzebny jest wdech głęboki.
Nie widziałem Cię czterdzieści pięć lat. Jakiej więc utraty?
Czego? Skąd odczucie bliskości pustki?
Skurczu krtani?
Niesprawiedliwości? Złości?
Okrucieństwa otchłani?
Bo to jest jak kradzież zuchwała.
A co kiedyś było,
to nie nasyciło.
Ciemność twoich oczu
moją ciemność spotkała.
Jabłonie nad nami kwitły biało
i może mogliśmy paść na kolana,
ale się gorzko przerwało.
(Jak wiesz).
A ja tu później dobrą robotę wykonałem.
Kocham. Kochałem.
Dobrze się wypracowałem.
I wyceniłem też.
Jako pragnienie, wola i osoba.
Może byłaś pewna, że tak będę śnić?
Już wtedy?
Może. Chyba.
No a właśnie ja pewny nie byłem.
Jakie to piękne i bezradne,
że do niczego nie da się powrócić.
No to wpadnę
kiedyś.
Epilog
Nie zdemaskuję już Tajemnicy Świata.
Zbyt dużo czasu upłynęło.
Bez przebłysku.
Euforii wglądu.
Tylko mgła.
Obojętnie znikają obojętni ludzie.
Byli. Nie ma.
I nic nie szkodzi.
Nie otwiera się niebo.
Nie przychodzi Białopióry ze słowami:
„Nie lękaj się”.
Nie przychodzi, ale ja się nie lękam.
Jestem zmęczony.
Są jednak rzeczy dobre:
wiejski chleb z białym serem,
zdziwienie ludzi,
głębia oczu psa,
La Follia Vivaldiego
(zwłaszcza, gdy tańczą do niej Robin Gilbert i Carlos Fittante),
nocny zapach cedru,
jej uśmiech,
rum Barcelo Imperial,
widok ze szczytu Tarnicy …
No to dziękuję.





