Strona główna Rok 2025 Nr 602 Krystyna Konecka – Spod jednej gwiazdy. Woldenberg – Dobiegniew

Krystyna Konecka – Spod jednej gwiazdy. Woldenberg – Dobiegniew

0
150

Stefan Flukowski i Marian Brandys. Kazimierz Michałowski. Stanisław Horno-Popławski. Jan Bogusławski i Marian Stępień. Kazimierz Rudzki. Dlaczego o nich? Dlaczego teraz? Dlatego…

Boże Narodzenie. Wigilijny wieczór. Co tam się działo, w jenieckich barakach Oflagu II C Woldenberg – w te grudniowe wieczory AD 1944, kiedy od dłuższego czasu przenikały za kolczaste druty budzące nadzieję wiadomości o sytuacji na froncie. Chóry oklaskiwano najgoręcej, gdy na Boże Narodzenie przyszło śpiewać polskie kolędy. Niejedna wówczas łza polała się z żołnierskich oczu… – pisał Witold Młodziejowski w książce pt. „Oflag II C Woldenberg – to brzmi jak tajemnica” (2017, praca zbiorowa pod red. Wiesława Dębka). Nie ma w tej publikacji wspomnień jeńców. O ich dramatycznych losach piszą tu m.in. synowie, wnuczki i inni krewni – generacja następców.

Urodziłam się w powojennym Dobiegniewie (Woldenbergu), niespełna kilometr od obozu ogrodzonego jeszcze niedawno zasiekami z drutu pod napięciem, skąd wyprowadzono tysiące jeńców w styczniu tego samego,1945 roku. Po wielu latach udało mi się poznać córkę jednego z nich – ppor. Jana Sroczyńskiego oraz siostrzeńca innego – Mariana Brandysa. Jeszcze w roku 2000, poznałam osobiście jedynego dawnego jeńca – przybyłego do Białegostoku Eustachego Sapiehę (fot. 1.), księcia krwi ze Spuszy na Nowogródczyźnie, autora napisanej z reporterskim zacięciem książki pt. „Tak było. Niedemokratyczne wspomnienia Eustachego Sapiehy”. Naszą rozmowę (m.in. o latach w obozie wraz z bratem Lwem), tę moją niesamowitą przygodę życia, udało się opublikować jeszcze zanim wrócił do swojego powojennego domu w kenijskim Nairobi, gdzie m.in. zajmował się organizowaniem polowań. Tam zmarł w marcu 2004 roku. Pochowany został w Boćkach na Białostocczyźnie.

Znacznie wcześniej, czasem bezwiednie, stykałam się z powojennym dorobkiem twórczym woldenberczyków – artystów: rzeźbiarza Stanisława Horno-Popławskiego, archeologa i egiptologa Kazimierza Michałowskiego, architektów Jana Bogusławskiego i Mariana Stępnia (jednego z twórców obozowych drzeworytów), pisarzy Mariana Brandysa i Stefana Flukowskiego, aktora Kazimierza Rudzkiego. Wydaje mi się, że stąpam po ich śladach, kiedy wracam, rok po roku, do mojego Dobiegniewa. Do „ich” Woldenbergu. Gdzie świecą nad głową te same gwiazdy.

To w fascynującej publikacji księcia pt. „Tak było. Niedemokratyczne wspomnienia Eustachego Sapiehy”, podarowanej mi z dedykacją (Z podziękowaniem za przemiłą rozmowę…), znalazłam nawiązanie do głębi religijnych uniesień, podtrzymujących wśród tysięcy jeńców wolę przetrwania w degradujących warunkach obozowych:

Kiedy taki tłum ludzi w listopadowych ciemnościach śpiewa, zaczynając dzień, „Kiedy ranne wstają zorze”…”, człowiek zakrywa sobie twarz, żeby nie okazywać wzruszenia. Nie dziwię się, że Niemcy prawie zawsze wtedy stawali i nieruchomieli, a nawet widziałem ich zdejmujących nakrycia z głowy. Jest to potężna pieśń.

Miałam wrażenie, że słyszałam te poruszające tony w koronach drzew, kilka tygodni po spotkaniu z Eustachym Sapiehą, kiedy ponad pół wieku od zakończenia wojny, w listopadzie 2000 roku po raz pierwszy od czasów dzieciństwa przybywając do miejsca urodzenia, weszłam na teren dawnego obozu. Pozostałości po najbardziej trwałych obiektach komendantury niemieckiej, zrekonstruowane wieże strażnicze, kamienne płyty na kilku żołnierskich mogiłach, rozpadające się ceglane baraki, gdzie egzystowali stłoczeni w trudnych warunkach jeńcy (fot. 2.)– wszystko to zapadło w pamięć na zawsze. Marian Brandys może by nie wracał do swoich obozowych wspomnień, gdyby nie zaproszenie tygodnika „Świat” do napisania reportażu o gehennie niewoli. Tak więc późniejszy autor „Końca świata szwoleżerów” dotarł do Dobiegniewa zaledwie dziesięć lat po wyjściu jeńców zza drutów. Z jednego zamierzonego tekstu wyszła książka pt. „Wyprawa do oflagu”, wydana, wraz z ilustracjami obozowych artystów, w roku 1955. Jej reprint ukazał się 60 lat później (2016) staraniem ofiarnego Stowarzyszenia Woldenberczyków. Któż mógł bardziej wiarygodnie, otwarcie, opisać obozowe losy od ich uczestnika:

Najprostszym sposobem oderwania się od obozowej bezczynności, ciągłego rozdrażnienia, wzajemnych nienawiści i dręczących dziwactw było samobójstwo bądź ucieczka z niewoli. Dlatego najwrażliwsi z nas zabijali się, a najsprawniejsi fizycznie i obdarzeni największą inicjatywą ryli miesiącami podkopy, przecinali nożycami saperskimi druty kolczaste (…) i w rezultacie albo wyrywali się z zaklętego kręgu psychozy obozowej, albo padali po drugiej stronie drutów, trafieni kulą wartownika (…). Niektórzy pisali wiersze i pamiętniki, traktaty ekonomiczne i moralne, malowali obrazy, sporządzali misterne cacka z wygrzebanych ze śmietnika kości baranich, odbijali z drewnianych form drzeworyty i prześliczne znaczki poczty obozowej. Inni grywali w teatrze… Wielkie pragnienie nauki ogarnęli działacze oświatowi. Dzięki nauczycielom wielki jeniecki dom wariatów począł się zmieniać stopniowo w wielki jeniecki uniwersytet.

Od tamtego czasu byłam w tym miejscu wielokrotnie, z dokumentem pisarza także. Opiekunowie tej dramatycznej przestrzeni, miejscowe władze, dawni jeńcy i ich potomni, zrzeszeni w Stowarzyszeniu Woldenberczyków dokonali wielu dobrych zmian, zachowując ocalałe artefakty – materiał edukacyjny dla kolejnych generacji, zarówno w przestrzeni, jak i w salach muzealnych. Wielokrotnie pojawiały się relacje z corocznych spotkań dawnych jeńców i obchodów kolejnych rocznic pamięci w Dobiegniewie z ich udziałem. Niegdyś współtworzyli także władze Stowarzyszenia, po ich odejściu kontynuują swoje posłannictwo ich potomkowie. Jednym z wiceprezesów jest (zgodnie z zasadą) burmistrz Dobiegniewa, od roku Bartosz Jabłoński – to gwarancja, że wszelkie godne działania będą kontynuowane. Zapewne także wydawanie materiałów źródłowych (bo pojawiają się nadal). To, co szczególnie wartościowe – w niezliczonych publikacjach (za bezcenną uważam pracę zbiorową wymienioną we wstępie) (fot. 3.) przywoływane wspomnienia i refleksje, także samych jeńców – będące przestrogą. Alarmem, który powinien trwać w czasach nam współczesnych…

Pierwszym moim spotkaniom z historią oflagu towarzyszył ówczesny wiceburmistrz Zbigniew Gacki (fot. 4.). Pierwsze dziesięciolecie wizyt nad jeziorem Wielgim zamknęłam albumem poetyckim pt. „Listy dobiegniewskie”, wydanym przez Urząd Miejski w Dobiegniewie, przy życzliwości burmistrza Leszka Walocha, próbując zdefiniować swoje emocje poprzez sonety, także ten:

MUZY ZA DRUTAMI. WOLDENBERG

Z lotu ptaka hektary junkra Puttkammera
(ironio! Jak Maryla, wieszcza ukochana!)
jawią się dzisiaj niczym dawno zapomniane
ogrody. Ale z ziemi – wciąż o oficerach

polskich do jenieckiego spędzonych obozu
dają żywe świadectwo. I oni, ostatni,
dotąd powracający do wojennej matni,
gdzie ich ocalał honor, hart ducha i rozum.

Olimpijczycy. Twórcy. Aktorzy. Rzeźbiarze.
Naukowcy. W barakach kreowali z marzeń
życie. Spraszając wszystkie Muzy do głodnego

świata. A one w szatach z drutu kolczastego
niosły – wraz z konspiracją wojskową – przesłanie,
że ta jedynie droga wiedzie do przetrwania. (fot. 5.) (fot.

W kwietniu 2015 roku prof. Teresa Zaniewska z Katedry Edukacji i Kultury Wydziału Nauk Społecznych SGGW zorganizowała w Warszawie konferencję naukową pt. „Uniwersytet Woldenberski i jego znaczenie”. Prof. Adam Dobroński z Uniwersytetu w Białymstoku zreferował temat „Obóz dla oficerów polskich w Woldenbergu. Fakty i legenda”. Włodzimierz Gibasiewicz, autor książki pt. „Życie godne pomnika” (z którym nawiązaliśmy kontakt dwa lata wcześniej) mówił o Kole Lekarzy Weterynarii działającym w oflagu, Dorota Grubba-Thiede – o twórczości rzeźbiarza Stanisława Horno-Popławskiego, a Teresa Zaniewska – o poezji Stefana Flukowskiego. Byłam wzruszona, kiedy aktorka Barbara Horawianka, czytająca podczas konferencji sonety z tomu „Listy dobiegniewskie” zażyczyła sobie poznać ich autorkę. Spotkałyśmy się już po miesiącu w domu na Kanonii, przy Zamku Królewskim. Pani Barbara wróciła do lektury obozowych sonetów. Obejrzała zdjęcia ze spotkania z Eustachym Sapiehą, tym arystokratą, który niegdyś w naszej, opublikowanej w „Gazecie Współczesnej” rozmowie podkreślał: Jedyna rzecz, jaką moi rodzice wbijali w głowę, to: Pamiętaj, że noblesse nic nie daje, tylko noblesse oblige… Zgodziłyśmy się wtedy obydwie, że, podobnie, chyba wszystkich zniewolonych w oflagu polskich żołnierzy, w najtrudniejszych stanach psychicznych, podtrzymywał przy życiu honor…

Od kilku lat muzealny obiekt zintegrowano z dobiegniewskim Centrum Kultury. To ciekawa, oryginalna kompozycja architektoniczna: nowoczesne, przeszklone pawilony połączone z ciemnymi, ceglanymi murami budynku z okresu drugiej wojny światowej, który był siedzibą komendantury Oflagu IIC Woldenberg. Przeszłością tego miejsca wciąż zajmuje się kustosz Irena Zmaczyńska (fot. 7.), wieloletnia opiekunka Muzeum Woldenberczyków. To dzięki niej przed laty poznawałam losy ponad 6 tysięcy polskich jeńców wojennych, ofiar kapitulacji wrześniowej, zamkniętych za drutami od roku 1940 do stycznia 1945.

– Muzeum Woldenberczyków jest dla mnie miejscem szczególnym i głęboko osobistym – mówi dzisiaj Irena Zmaczyńska. – Jego znaczenie wyrasta z wieloletnich znajomości z byłymi jeńcami, z godzin spędzonych na rozmowach oraz z historii, które mi powierzali – często bardzo intymnych i poruszających. Były to opowieści pełne bólu, odwagi i godności, przekazywane z ogromnym zaufaniem. Spełniając ich prośby, obiecałam, że zrobię wszystko, aby muzeum zachowało swój autentyczny charakter i aby przetrwało próbę czasu jako świadectwo ich losów i pamięci.

Teraz, w unowocześnionych wnętrzach lepiej są wyeksponowane pozostałości wyposażenia zrujnowanych baraków, osobiste drobiazgi, dokumenty, fotografie, prace artystyczne w tym miejscu, gdzie celem nazistowskich władz było psychiczne wyniszczanie jeńców, a gdzie, paradoksalnie – powstała zorganizowana społeczność żołnierzy – artystów, sportowców (organizatorów Olimpiady jak szermierz Arkady Brzezicki), aktorów i naukowców, którzy utworzyli jedyny działający w niewoli uniwersytet. Zgromadzone dokumenty i publikacje zaświadczają o ich wiedzy i umiejętnościach dydaktycznych oraz o konsekwencji w prowadzeniu zajęć z setkami słuchaczy – studentów w warunkach urągających godności nauki. Wielu z nich uzyskało po wojnie zaliczenia tych zajęć jako pełnoprawne studia w licznych dziedzinach.

W muzealnych zbiorach bibliotecznych jest też egzemplarz książki Eustachego Sapiehy „Tak było” (po którą przed laty wybrałam się specjalnie do wydawcy na warszawską Saską Kępę)… Wśród wyeksponowanych drzeworytów kilku artystów (m.in. Zygmunta Pazdy czy Stanisława Żukowskiego), którzy oddali w tych niewielkich formach przeróżne sytuacje obozowej egzystencji, mam swój wyjątkowy, „osobisty”: to portret Williama Szekspira autorstwa Mariana Stępnia, opatrzony inskrypcjami: u góry – SHAKESPEARE, u dołu – Third English University i datą 1943. Poza inicjałami autora na odbitce dotąd zachował się jego autograf, napisany ołówkiem… (fot. 8)

Jak to możliwe, zastanawiałam się od dawna, że ktoś zafascynowany dziełem autora „Romea i Julii” i wędrujący po Albionie jego śladami, natrafia na wizerunek w miejscu swojego urodzenia – jak na, z góry ustanowioną, zapowiedź nierozerwalnych więzi z tym miejscem, i z niepoznanym autorem drzeworytu. Dzisiaj mnóstwo wiadomości o tym artyście, i o innych, dostarcza internet.

Zatem – słów kilka o tych z kręgu Muz, egzystujących przez lata pośród tysięcy osób różnych profesji, dzielących się swoim talentem z młodszymi w warunkach niewoli. O tych, którzy po zakończeniu wojny włączyli się w tworzenie nowej polskiej rzeczywistości. Bliska mi jest refleksja Leszka Walocha i Wiesława Dembka ze wstępu do książki „Oflag II C Woldenberg – to brzmi jak tajemnica”: Fenomenu tego obozu nie należy rozważać w aspekcie militarnym ani martyrologicznym. Przebywający tu oficerowie stanowili znaczącą część elit inteligenckich II Rzeczypospolitej (…). Oflag II C Woldenberg był ewenementem w skali międzynarodowej w kontekście potencjału kulturalnego i naukowego jako podstawy przetrwania w warunkach zniewolenia. Wobec nieopisanych strat, jakie poniosła polska inteligencja w wyniku wojny, powrót do społeczeństwa ocalonych jeńców oflagów miał nieocenione znaczenie.

Profesor Kazimierz Michałowski. W oflagu prowadził wykłady z archeologii i egiptologii. Eustachy Sapieha w swojej książce równie barwnie opisywał zajęcia pod jego kierunkiem z zakresu rozpoznawania i kreślenia hieroglifów, jak i epizod polowania na obozowego kota, którego… osobiście oprawiał i przyrządzał dla przyjaciół, już nie pamiętających czym jest mięso… Profesor, związany po wojnie z Uniwersytetem Warszawskim, stworzył w Kairze uczelnianą Stację Archeologii Śródziemnomorskiej. Godnie pełnił członkostwo licznych światowych instytutów i towarzystw naukowych.

Marian Brandys. Pisarz i publicysta po wojnie wydał liczne, czytane przez wszystkich książki dla dzieci i młodzieży oraz ciekawie udokumentowane powieści o tematyce historycznej. Jego nazwisko w tym roku zaistniało we wstępie do moich „Poezji wybranych” (Warszawa, LSW 2025). Autorem wstępu jest inny pisarz i poeta, Andrzej Zaniewski, który – nawiązując do Dobiegniewa / Woldenbergu – zaznaczył: (nota bene spędził tam wojnę mój wujek, znany pisarz-oficer Marian Brandys). Kiedy przekazałam koledze po piórze prośbę kustosz Ireny Zmaczyńskiej o przysłanie wspomnień, Andrzej Zaniewski stwierdził jednak, że wszelkie dokumenty są rozproszone, natomiast on sam nosił przez lata, podarowaną siostrzeńcowi przez wuja skórzaną kurtkę, używaną przez niego w woldenberskim oflagu.

W przewodniku encyklopedycznym „Literatura Polska” (PWN, Warszawa 1984) w nocie biograficznej Mariana Brandysa nie pominięto lat pobytu w niewoli. Podobnie – w biogramie współtwórcy przedwojennej grupy poetyckiej „Kwadryga”, poety, prozaika, dramatopisarza Stefana Flukowskiego, o którym jest zapis: do roku 1945 przebywał w obozie jenieckim w Woldenbergu, gdzie kontynuował twórczość i uczestniczył w organizacji życia kulturalnego. Zajrzyjcie, tam, proszę, bo warto poznać dorobek tego znakomitego twórcy, podopiecznego kilku Muz, w tym – Melpomene. Postać aktora Kazimierza Rudzkiego to temat na tekst osobny…

Marian Stępień. Autor drzeworytu z „moim” woldenberskim Williamem Szekspirem. Artysta uniwersalny – grafik i rysownik, architekt wnętrz, po wojnie wieloletni architekt PLL LOT. Autor ilustracji w książkach poświęconych stolicy, uczestnik wielu ekspozycji fotograficznych oraz rysunkowych z podróży po świecie. To on nadawał formę wizualną wnętrz licznym placówkom „Orbisu” i PLL LOT oraz pawilonom wystawienniczym w różnych krajach. Talent i wiedzę w swoich dziedzinach (bo był też scenografem teatralnym) doskonalił podczas pobytu w oflagu woldenberskim, pod kierunkiem m.in. Jana Bogusławskiego i Stanisława Horno-Popławskiego. Zmarł zbyt wcześnie, wciąż aktywny twórczo, w roku 1984, kiedy – dolatując do Detroit, doznał zawału serca…

Stanisław Horno-Popławski. Rzeźbiarz i malarz. Kiedy w latach studiów odwiedzałam Białystok, nie miałam pojęcia, że tutaj dane mi będzie stworzyć dom na najdłuższą część życia. Nie wiedziałam też, że urocza rzeźba trzech „Praczek” (fot. 8 a.) nad wodą, z którymi fotografuję się zimą, to jeszcze przedwojenne dzieło artysty. Znajdzie się w tym miejscu dopiero po wojnie, kiedy Stanisław Horno-Popławski po wyjściu z Oflagu II C Woldenberg, dotrze do Białegostoku. W niewoli stworzył pracownię rzeźbiarską, gdzie młodszych kolegów uczył rzeźby, rysunku i malarstwa. Irena Zmaczyńska przysyła zdjęcia z archiwalnych zbiorów muzealnych. Mistrz ze studentami w mundurach na tle kamiennej Madonny obozowej (fot. 8 b.). Po wojnie był w Białymstoku krótko. Pozostawił przed wysoko wzniesioną bazyliką św. Rocha monumentalną postać Chrystusa Dobrego Pasterza. Wewnątrz – Madonnę z Dzieciątkiem, w której to rzeźbie widzę skopiowaną Madonnę obozową. Wyjechał do Torunia i Gdańska. W obydwu miastach pozostawił swoje dzieła. Także w Warszawie: w roku 1955, przed głównym wejściem do – oddawanego wtedy do użytku Pałacu Kultury i Nauki, stanęła 4-metrowa, granitowa postać Adama Mickiewicza. Tego roku przypadała też 100. rocznica śmierci wieszcza. Fotografia archiwalna z muzeum mówi więcej niż współczesne… (fot. 8 c.)

Jan Bogusławski. Dla swoich woldenberskich studentów prowadził wykłady z zakresu historii sztuki, architektury i meblarstwa, dzieląc się przedwojennymi osiągnięciami w tych dziedzinach, które m.in. w Paryżu doceniano nagrodami. Po wojnie, w zrujnowanej stolicy został laureatem konkursu architektonicznego na projekt odbudowy Zamku Królewskiego. Z domowego albumu autorstwa Marii i Andrzeja Szypowskich pt. „Zamek”, wypełnionego historycznymi fotografiami chwały tego obiektu, jego zagłady podczas wojny (spalony przez hitlerowców we wrześniu 1939, wysadzony w powietrze w roku 1945) i heroicznej odbudowy od roku 1971, wypisuję notę: m.Projekt odbudowy wykonała pracownia projektowa „Zamek” Państwowego Przedsiębiorstwa Pracownie Konserwacji Zabytków (PKZ) pod kierunkiem generalnego projektanta prof. Jana Bogusławskiego. Generalnym wykonawcą był Oddział „Zamek” tegoż Państwowego Przedsiębiorstwa…”.

Od dziesięcioleci pomieszkuję w hoteliku (płatnym) Domu Literatury, prywatnie lub uczestnicząc w Warszawskich Jesieniach Poezji, organizowanych przez „mój” Oddział Warszawski ZLP. Z okien na poziomie poddasza mam wspaniały widok na Zamek Królewski. Obiekt, który podnosił z ruin woldenberczyk. Z poziomu I piętra można wyjść na balkon obok auli, i widzieć królewską budowlę z Placem Zamkowym. Jeszcze inna perspektywa jawi się z II piętra – przez okna biblioteki, przechowującej dorobek twórczy literatów. Instytucja, znana jako Biblioteka Donacji Pisarzy Polskich, podlega od pewnego czasu pod Bibliotekę Narodową. Miło tu bywać, w atmosferze sprzyjającej obcowaniu z literaturą współczesną i archiwaliami, nad którymi czuwa od wielu lat m.in. kustosz Barbara Garczyńska (fot. 9 a.)

To tu właśnie, w roku 2024, drobny epizod stał się początkiem nowego wydarzenia, związanego z Oflagiem II C Woldenberg. Przywiozłam do zbioru moich książek „Listy dobiegniewskie”. Kiedy otworzyłam album na stronach z sonetami obozowymi, pani Barbara zwierzyła się, że jej ojciec był jeńcem tego oflagu. Mimo że publikowała już wspomnienia rodzinne w innych okolicznościach, nie było kontaktu z dobiegniewskim muzeum. Sprawdziłam w (wymienianej na początku) publikacji wykaz jeńców autorstwa Andrzeja Pazdy, zawierający blisko 6 tys. nazwisk. Jan Sroczyński, (fot. 9 b.) l.p. 4771, stopień – Ltn ., numer obozowy 1272/XI B. Wszystko się zgadza… – Przed wojną pracował w zespole adwokackim i studiował prawo – wspomina córka. – Po wojnie był naczelnikiem w NBP w Rawie Mazowieckiej…

Czas upływał, podtrzymywałyśmy korespondencję, także z Ireną Zmaczyńską. Dzisiaj w zbiorach woldenberskiego muzeum mają swoje miejsce liczne dokumenty – korespondencja rodzinna, fotografie, wspomnienia Barbary Garczyńskiej. Jeden z obozowych listów Jana Sroczyńskiego, pisanych na niemieckich formularzach, z datą 10.VII.1944 r. adresowany do ukochanej żony Steni, wydaje się szczególnie optymistyczny: (fot. 9 c.)

Może Bóg da, że to się rychło skończy, wierzę w to.

 

Bóg dał. Pół roku później, 25 stycznia 1945 oflag opustoszał…

Minęło jeszcze pół roku, i w lipcu do zbombardowanego Woldenbergu – Dobiegniewa zaczęli napływać repatrianci z Kresów. Moi rodzice zamieszkali w jednym z ocalałych domków blisko jeziora. Tam się urodziłam. Do dzisiaj zastanawiam się kim byli, kim są dla mnie, dobiegniewskiego dziecka nr 3, ci wszyscy jeńcy zza drutów kolczastych. Jak ich nazwać…

Krystyna Konecka

 

 

 

 

 

Poprzedni artykułRekomendacje książkowe z Biesiady Literackiej SPP
Następny artykułZbigniew Ikona – Kresowaty – „IKONA ZAWSZE SPADA Z NIEBA”