Strona główna Rok 2025 Nr 600 Franciszek Czekierda – Pierwsza praca przedwojennej nauczycielki

Franciszek Czekierda – Pierwsza praca przedwojennej nauczycielki

0
71
Franciszek Czekierda

PIERWSZA PRACA PRZEDWOJENNEJ NAUCZYCIELKI

Przed laty wynajmowałem pokój na Muranowie w mieszkaniu u pani Heleny, emerytowanej nauczycielki. W tym czasie podjąłem pierwszą pracę w wyuczonym zawodzie, w związku z tym była okazja do rozmowy o początkach kariery zawodowej. Pani Helena zaczęła opowiadać o swojej pierwszej pracy.

„Marzyłam o tym, żeby studiować medycynę, ale musiałam iść do pracy w związku z pogorszeniem się sytuacji materialnej rodziny. Paczki z rzeczami i pieniądze przysyłała nam co miesiąc z Harbinu moja starsza siostra, Marylka, której mąż, inżynier, uczestniczył w budowie ostatniego odcinka kolei transsyberyjskiej w Mandżurii. Zarabiał 250 rubli miesięcznie i dodatkowo otrzymywał kilkadziesiąt dolarów od firmy Siemens, z którą współpracował. W maju 1929 roku otrzymaliśmy ostatnią paczkę i przekaz pieniężny, ponieważ siostra z mężem musieli opuścić Mandżurię. Kilka tygodni później ukończyłam Seminarium Nauczycielskie w Krzemieńcu. Jego dyplom nie uprawniał do wstąpienia na studia. W trakcie pracy zamierzałam zrobić maturę, żeby móc zdawać na medycynę. W czerwcu poszłam do kuratorium oświaty w celu otrzymania pracy nauczycielki w szkole powszechnej. Kurator powiedział, żebym się nie łudziła, ponieważ nie było wolnych posad. Jednak złożyłam podanie i czekałam. «Jeśli nie będę pracować w najbliższej okolicy, poszukam pracy na zachodzie Polski» – pomyślałam, opuszczając budynek kuratorium. Wakacje, jak zwykle, spędziłam w domu z rodzicami. W lipcu otrzymałam z kuratorium list zapraszający na rozmowę. Denerwowałam się, gdyż większości koleżanek z mojego kursu kazano czekać do przyszłego roku.

Ubrałam się w białą wykrochmaloną bluzkę, granatową spódnicę, włosy zaś ciasno spięłam do tyłu. Chciałam wyglądać jak najskromniej. W urzędzie przyjął mnie zastępca kuratora.

– No i jak, pani Helu, chce pani pracować? – zagaił.
– Oczywiście, panie kuratorze.
– Bo widzi pani, chętnych jest wielu, także z zeszłorocznego kursu, a posad nie przybyło. Pochodzi pani z zamożnej rodziny?
– Nie.
– Niektóre pani koleżanki nie mogą sobie pozwolić, aby nie pracować i być balastem dla rodziny. Gdyby pani mogła jeszcze poczekać…
– Mimo wszystko chciałabym pracować przynajmniej przez ten rok, póki nie zrobię matury. Nie chcę być dłużej dla rodziców ciężarem. Po roku zwolniłabym posadę i poszłabym na studia medyczne.
– Zwolniłaby pani etat? – zastanawiał się chwilę. – Czy w terenie nie straszna dla pani praca?
– Mogę wszędzie, panie kuratorze – odpowiedziałam entuzjastycznie.
– Niczego nie obiecuję. Zobaczymy. O decyzji powiadomimy panią listownie.

W sierpniu przyszedł list. Dostałam pracę nauczycielki w czteroklasowej szkole powszechnej w Borkach, dwadzieścia kilka kilometrów na wschód od Krzemieńca. W piśmie kurator informował, że kierownik szkoły, Kazimierz Sójka, został już powiadomiony o zmianie nauczyciela, a sołtys został zobowiązany do zapewnienia podwody pod wskazany przeze mnie adres. Natychmiast napisałam do sołtysa, żeby podstawił konie pod dom w Krzemieńcu 31 sierpnia o godzinie trzeciej po południu. W piśmie kuratora zaniepokoiła mnie informacja o zmianie nauczyciela. «A więc idę na miejsce kogoś, kogo chyba usunięto» – pomyślałam zaniepokojona.

Ostatniego dnia sierpnia, kiedy z matką jadłyśmy obiad (ojciec nie wrócił jeszcze z pracy) pod okna domu podjechały konie. Byłam gotowa do podróży. Mama przygotowała mi na drogę kanapki i kompot w butelce. Woźnicą był chłopak, który nie wyglądał na osiemnaście lat. Służąca Aniela wprowadziła chłopaka do salonu. Ujrzawszy go, mama i ja przeraziłyśmy się; był pijany, ledwo stał na nogach.

– Ja przyjechał po panią nauczycielkę – oznajmił chropawym głosem.
– Jak się wchodzi do czyjegoś domu, należy się przywitać – mama pouczyła go władczym tonem. – Dzień dobry panu – powiedziała ironicznie.
Chłopak stał zażenowany. Milczał.
– Anielu, zaprowadź pana do pokoju przechodniego. Daj mu coś zjeść i niech tam poczeka – mama zadysponowała.
Wozak posłusznie poszedł za służącą.
– Nie powinnaś z nim sama jechać. Ojca nie ma, ja z tą nogą nie mogę… Nie wiem, co robić – mama była bezradna.
– Może Anielcia pojedzie ze mną? – zaproponowałam nieśmiało.
– W szóstym miesiącu ciąży miałaby się tarabanić po wybojach? Wykluczone. Poczekajmy trochę, może wytrzeźwieje – mama szukała rozwiązania.
Po pewnym czasie zajrzałyśmy ukradkiem do pokoju przechodniego. Woźnica siedział w wiklinowym fotelu i kiwał się nad szklanką wody z sokiem. Po dwóch godzinach odpoczynku nie wytrzeźwiał.
– Jeśli teraz nie wyjadę, nie zdążę przyjechać przed zmrokiem – niepokoiłam się.
– Chyba nie mamy wyjścia. Jedź – mama z trudem zgodziła się.

Walizkę i dwa tobołki zaniosłyśmy do wozu, po czym Aniela przyprowadziła wozaka. Wyruszyłam ze łzami w oczach, siedząc na wiązce słomy. Wiedziałam, że do Borek jedzie się około trzech godzin. Kilka kilometrów za miastem zaczęło się ściemniać. Wozak zasypiał, konie szły same wiedzione zwierzęcym instynktem. Modliłam się, aby nic złego się nie stało i żeby woźnica spał. Na przekór moim intencjom obudził się.

– Ma pan jakąś lampę? – zapytałam.
– Po co? – odburknął. – Mam kocie oczy.
Przed lasem chłopak niespodziewanie przystanął i zaczął wyprzęgać konie.
– Co pan robi? – zdenerwowałam się.
– Tu jest trawa. Konie muszą się popaść.
– O tej porze?
– Od rana nic nie jadły. Ja zabuł zabrać obrok.
– W takim razie idę piechotą – rzekłam stanowczo. Zeskoczyłam z wozu i poszłam. Po kilku minutach wozak dogonił mnie.
– Niech panienka, niech pani siada. Tu mogą być wilki.
Przestraszyłam się, po krótkim wahaniu usiadłam na swoim miejscu. Chłopak siedział na prowizorycznym koźle zrobionym ze zbitych desek.
– Zimno – poskarżyłam się.
Po tych słowach chłopak przesiadł się na wiązkę słomy obok mnie.
– Proszę wrócić na swoje miejsce – zażądałam.
– Ja nic złego pani nie zrobię.
– Poskarżę się wójtowi.
– E tam… – zlekceważył moją groźbę. – Zrobiło się zimno. Rozgrzeję panienkę. – W tej sekundzie dłonią dotknął moich pleców i kolistymi ruchami zaczął je rozgrzewać. – Poczułam przypływ ciepła, ale jako nauczycielka nie mogłam sobie pozwolić na takie czułości.
– Proszę natychmiast przestać! – podniosłam głos.
– Będzie ciepło – wozak nie słuchał.
Odsunęłam się i otwartą dłonią uderzyłam go w twarz. Zaryzykowałam, bo nie wiedziałam, jak się zachowa. Zaskoczony uderzeniem, zapłakał.
– Ja chciał dobrze… – szlochał.
– Proszę trzymać ręce przy sobie, a najlepiej trzymać w nich lejce!
Wozak przeskoczył na kozioł.
W milczeniu, tuż przed dziesiątą wieczorem, dotarliśmy pod dom sołtysa.
– Pani nauczycielka nic nie powie sołtysowi? – zapytał zlękniony.
– Zastanowię się – trzymałam go w niepewności.
Noc spędziłam w domu sołtysa.

Z rana poszłam do szkoły. Przywitałam się z kierownikiem Sójką. Zajęty był czyszczeniem roweru i mocowaniem do ramy wędki. Przyglądałam się jej, bo nie widziałam jeszcze składanej wędki, choć widziałam u kolegów wędki zrobione z kija. Kierownik zauważył moje zainteresowanie nią.

– Zawsze wożę ją ze sobą. Kiedy wracam z gminy, zatrzymuję się nad rzeką i łowię.

Uroczystość rozpoczęcia nowego roku szkolnego była skromna. Ze ściśniętym sercem obserwowałam biednie ubrane dzieci, większość nie miała obuwia. Kilkanaście metrów od szkoły stał jakiś wysoki mężczyzna, przypatrujący się mnie i dzieciom. Po zakończonej uroczystości poszłam do sołtysa, żeby zaprowadził mnie do gospodarza, u którego miałam mieszkać.

– Pani pokój nie jest jeszcze wolny – zmieszany przygryzł dolną wargę.
– Przecież muszę gdzieś mieszkać – zdenerwowałam się.
– Widzi panienka…, tę kwaterę zajmuje jeszcze były nauczyciel, który nie chce rozstać się z zawodem, ani z pokojem.
– Czy to taki wysoki mężczyzna?
– Poznała pani Hieronima?
– Widziałam, jak krążył dookoła szkoły i nas obserwował.
– Dowie się pani wszystkiego od kierownika, ja się do tego nie wtrącam.
– Do czego? – chciałam się dowiedzieć czegoś więcej.
– Do czasu zwolnienia przez niego kwatery będzie pani nocowała u mnie.
W domu sołtysa było pięcioro dzieci, dziadek i babcia. Mieszkałam w ciasnej izdebce, udając, że się dobrze czuję. Nie chciałam zrazić sobie gospodarza i współdomowników.
Nazajutrz poprosiłam kierownika o wyjaśnienie sprawy.

– Hieronim to świetny nauczyciel, ale kurator go zwolnił, ponieważ nie uzupełnił wymaganego wykształcenia.
– Co z moją kwaterą?
– Pan Hirek nie chce zwolnić pokoju. Ale będzie musiał…

Przez dwa tygodnie Hieronim przychodził towarzysko do szkoły, czemu kierownik się nie sprzeciwiał. Opowiadał dzieciom, że będzie je uczył, z tego powodu czułam się niekomfortowo. Jeden z mieszkańców wioski powiedział mi, że Hieronim był najlepszym nauczycielem, jaki był w Borkach. W połowie września opuścił jednak swój pokój i wioskę. Mówiono, że dostał posadę nauczyciela w Łanowcach pod granicą z Rumunią. Od razu przeprowadziłam się do wolnego pokoju u miłej rodziny.

Uczyłam dwie pierwsze klasy, zaś kierownik trzecią i czwartą. W rzeczywistości uczyłam wszystkie klasy, ponieważ pan Sójka często wyjeżdżał do gminy. Kłopot polegał na tym, że szkoła mieściła się w oddalonych od siebie o kilkadziesiąt metrów dwóch budynkach, w jednym znajdowały się dwie klasy i w drugim dwie. Będąc sama musiałam co kwadrans chodzić z budynku do budynku. Dzieci wykorzystywały moją chwilową nieobecność i rozrabiały. Częste wyjazdy kierownika niepokoiły mnie, ale nic na to nie mogłam poradzić. Mając dużo zapału urządzałam dzieciom wieczorynki, przedstawienia i jasełka. Organizowałam także zabawy wiejskie, na które przychodziła młodzież z sąsiednich wiosek. Poza tym utworzyłam koło byłych wychowanków szkoły, z którymi co pewien czas się spotykałam. Jednak trudno mi było pozyskać zaufanie wszystkich mieszkańców, ponieważ większość z nich stanowili Ukraińcy nieufni wobec polskiej nauczycielki. Kierownik był sceptyczny co do mojej aktywności, ale nie zabronił działać. Z powodu dodatkowych zajęć nie byłam w stanie przygotować się do matury.

Pewnego słonecznego poranka, gdy pan Sójka pojechał, jak zwykle, do gminy, zebrałam uczniów wszystkich klas i poszłam z nimi na wycieczkę nad rzekę, ponieważ w czwartej klasie wypadała lekcja przyrody. Weszliśmy na wysoki brzeg, skąd rozciągał się piękny widok. Kilka metrów dalej, ku mojemu zdumieniu, na brzegu siedział pan Sójka z wędką.

– Dzień dobry, panie kierowniku – przywitałam się.
– Aaa, to pani. Dzień dobry. Tylko ciii… – przyłożył palec do ust – bo ryby się spłoszą. Rower mi się zepsuł – wskazał na oddalony o kilkanaście metrów bicykl oparty o krzaki, przy którym kręciły się dzieciaki. – Ten czas postanowiłem wykorzystać… – rzekł usprawiedliwiającym się tonem.
Uśmiechnęłam się pod nosem. «Kłamczuszek – pomyślałam. – Zamiast do gminy, przyjechał łowić ryby».
– Zabrałam dzieci w teren na lekcję przyrody – oznajmiłam neutralnym tonem.
– Dobry pomysł. Najładniejsze widoki rozciągają się stamtąd – wskazał ręką na wyższą skarpę oddaloną o kilkaset metrów w stronę górnego biegu rzeki.
– Dziękuję za informację, nie znam tych okolic.
Pożegnałam się i zeszłam ze skarpy. Zebrałam dzieci i policzyłam je, by w komplecie pójść we skazanym kierunku. Brakowało największego łobuziaka z czwartej klasy.
– Gdzie Stasio? – zawołałam zaniepokojona.
– O, tam! – jakiś chłopak wskazał ręką w stronę polnej drogi. – Biega z rowerem kierownika, uczy się jeździć, ale na pewno się nie nauczy.
Jeden z kolegów przywołał go. Staś przyszedł z rowerem. Zauważyłam, że miał zerwany łańcuch, którego jeden koniec wlókł się po ziemi.
«A jednak nie jest kłamczuchem» – pomyślałam o kierowniku. Poczułam się nieswojo”.

Pani Helena nie poszła na medycynę. Praca nauczycielki pochłonęła ją. Do końca czerwca 1939 roku i kilkadziesiąt lat po wojnie uczyła w szkole.

Franciszek Czekierda

Poprzedni artykułAndrzej Walter – Mały brat prowokator
Następny artykułTadej Karabowicz – Pamięć i tożsamość