Mirosław Chojecki 1949 – 2025
TRZY SPOTKANIA
1. We wspomnieniach o Nim wszyscy mówili o Mirku. Dla mnie i dla moich znajomych z Caracasu był Mirem. Ewentualnie Chojem. Jasny blondyn, długie włosy, broda. Wyglądał jak hipis, ale nie był hipisem, był harcerzem w drużynie kontynującej tradycje Zawiszaków, do których przed wojną należeli Jego rodzice. Podczas wojny oboje byli żołnierzami batalionu Parasol, walczyli w Powstaniu Warszawskim. Mama, Maria Stypułkowska-Chojeckia ps. Kama, brała udział w wykonaniu wyroku na Franzu Kutscherze. Kiedy Go poznałem nie wiedziałem o tym dzidzictwie, gdy się dowiedziałem Jego droga życiowa stała się bardziej zrozumiała.
2. Pijalnia kawy Caracas przy Placu Narutowicza, poświeciłem jej akt strzelisty w swoim „Późnym Gomułce wczesnym Gierku”. Spotykaliśmy się tam wszyscy. Licealiści, studenci, hipisi i bandyci. Śmietanka Ochoty. Wiele z tych znajomości przetrwało do dziś. Caracas już nie istnieje, sentyment pozostał.
Mir był kilka lat ode mnie starszy, otaczała go aura tajemniczości. Najczęściej milczał, kiedy już się odezwał, warto było go słuchać. Ogromnie mi imponował. I wtedy, w Caracasie, i później gdy jako świeżo upieczony absolwent chemii UW (z Poliechniki wyrzucono go za udział w wydarzeniach marcowych) dostał się do Instutu Badań Jądrowych w Świerku. Był świetnie się zapowiadającym naukowcem, kiedy w nasze życie wkroczyła historia.
3. Rodzice już w niemowlęctwie zapisali mnie do spółdzielni mieszkaniowej więc wcześniej niż znajomi dostałem mieszkanie. Bywałem w nim rzadko, studiowałem w Łodzi, w Szkole Filmowej. Było wczesna jesień 1977 roku, wróciłem do domu, żona otworzyła, była niespokojna – Jakiś facet na ciebie czeka. Tym facetem był Mir. Siedział w kucki w kącie pokoju, chyba drzemał. Przyszedł kilka godzin wcześniej, nie przejął się moją nieobecnością, powiedział, że zaczeka. Nie chciał kawy, herbaty, nic. Kucnął w kącie i tak
w milczeniu czekał na mój powrót. Dwie godziny? Trzy? Bez słowa. Żona była przerażona.
Mir nie chciał rozmawiać w mieszkaniu, wyszliśmy na spacer. Tworzył właśnie sieć niezależnych drukarni, spytał czy użyczę mu jeden pokoj. Nie mogłem odmówić. Przez następnych kilka lat żyliśmy w oparach farby drukarskiej. Któregoś dnia odwiedził nas mój ojciec. Zajrzał do pokoju, chłopcy drukowali na sicie. Ojciec skrzywił się z dezaprobatą – W AK mieliśmy lepszy sprzęt.
Wkrótce my również doczekaliśmy się lepszego sprzętu. Produkcja szła taśmowo. Juz nie tylko ulotki, biuletyny KORu, ale również czasopisma a później książki. W malutkim pokoiku na drugim piętrze ursynowskiego bloku wydrukowano legendarne publikacje: „Czarną księgę cenzury”, „Kompleks Polski” i „Małą Apokalipsę” Konwickiego i wiele, wiele innych.
Mir zjawiał się rzadko i zawsze na chwilę. Nie wiem, czy choć raz udało nam się wypić kawę. Miał już wtedy rozbudowaną siatkę drukarzy, kolporterów, dostawców, nie wiem, jak to wszystko ogarniał.
Jako „honorarium” dostawałem egzemplarz każdej wydrukowanej pozycji, uzbierała się spora biblioteczka. Wszystko zarekwirowała esbecja podczas rewizji w pierwszych dniach stanu wojennego. Litościwy esbek pozwolił mi zachować „Transatlantyk” Gombrowicza. Łaskawca!
4. Wcześnie debiutowałem, byłem członkiem Koła Młodych ZLP, zaglądałem czasami do kawiarni literatów przy Krakowskim Przedmieściu. Kawa była podła, gorsza niż w Caracasie, ale równie tania no i można było popatrzeć na tuzów polskiej literatury. Papatrzeć tylko, nigdy nie miałem śmiałości przysiąść się, pozrozmawiać.
W 1981, podczas Karnawału Solidarności częstym gościem kawiarni stał się Choj. Zajmował narożny stolik, przy nim przyjmował interesantów. Interesantami byli najwybitniejsi polscy pisarze. Założona przez Mira NOWA stała się największym polskim wydawnictwem, a jeśli nie największym, to na pewno najbardziej prestiżowym. To właśnie NOWA wydawała Miłosza, nim jeszcze dostał Nobla, Gombrowicza, Mrożka, wszystkich największych. Nie tylko pisarzy emigracyjnych, również tych z kraju, którzy odważyli się wydawać w podziemnym wydawnictwie. Po Sierpniu odwaga staniała, coraz więcej pisarzy decydowało się na publikacje w nielegalnym wciąż wydawnictwie. Tym bardziej, że NOWA zaczęła wypłacać honoraria autorskie. Teoretycznie wciąż była nielegalna, praktycznie jej książki były powszechnie dostępne, choć, oczywiście, nie w państwowych księgarniach. Nakłady często były większe niż w oficjalnych wydawnictwach, honoraria również. Było to możliwa, bo NOWA nie posiadała struktury biurokratycznej. Całym tym ogromnym przedsiewzięciem zarządzało dwóch ludzi – Mir i Grześ Boguta plus kilku pomocników. Biurem była kawiarnia literatów.
Któregoś dnia Mir zaprosił mnie do stolika. Zostałem przedstawiony kilku pisarzom, których wcześniej mogłem tylko podziwiać z daleka. Musiałem opuścić stolik, kiedy Mir z kolejnym autorem zaczęli negocjować honorarium a w kolejce czekał już następny pisarz.
Zabawne, że tę niecodzienną w końcu sytuację Choj traktował, jako coś normalnego. Jakby całkiem zwyczajnym było negocjowanie umów wydawniczych przez redaktora nielegalnego wydawnictwa przy stoliku w siedzibie koncesjonowanego przez władze ZLP.
Stan wojenny przywrócił „normalność”. Wcześniej Mir wyjechał do Paryża. Tam założył miesięcznik „Kontakt”, a później firmy Audio-Kontakt i Video-Kontakt.
5. Gdy spotkaliśmy się w wolnej Polsce Mir był już producentem fimowym, założycielem Grupy Filmowej „Kontakt”. Produkował filmy dokumentalne, więc długo nie mieliśmy okazji współpracować. Po kilku latach namówiłem go na fabułę, na mini serial o Marcu 68′ wg znakomitych opowiadań Józefa Hena „Oko Dajana”. Niestety, nasz projekt nie zdołał się przedrzeć przez telewizyjną biurokrację. Do próby realizacj fabuły wróciliśmy kilka lat później. Otwarto archiwa IPNu, Mir uzyskał dostęp do swoich teczek. Było tego kilkadziesiąt wypchanych tomów. Przekazał mi je, prosząc bym sklecił z tego jakąś opowieść. Nie potrafiłem. Relacje esbeków był banalne i zwyczajnie nudne. „Figurant wyszedł na zakupy, wrócił…”, „odprowadził dziecko do przedszkola, wracając zrobił zakupy”, „wyjechał na wakację, obserwację przejęła Komenda MO w…” I tak przez kilka, może kilkanaście tysięcy stron. Banalność tych relacji nie znaczy, że nie miały dla SB żadnej wartości. Ważna była każda informacja, nawet tak oczywista, jak przedszkole, do którego chodzi dziecko, czy że figurant woli Brahmsa od Moniuszki. Pozwalała esbekom osaczyć ofiarę, przekonać, że wiedzą wszystko, że nic się przed nimi nie ukryje, że milczenie, zaprzeczanie nie mają sensu. Słabsi często się załamywali. 6. Nie tylko Chojecki uzyskał dostęp do archiwów, czytali je również historycy, dziennikarze. W prasie zaczęły się ukazywać materiały o tajnych współpracownikach. Reakcja zawsze była taka sama. 1. Nic nie podpisywałem. 2. Podpisałem, bo mnie szantażowali, ale nie donosiłem.
3. Może i coś tam im powiedziałem, ale tylko jakieś bzdury, nikomu nie zaszkodziłem…
4. Naprawdę nie chciałem zaszkodzić, może coś mi się niechcący wymknęło, ale nie brałem od nich żadnych pieniędzy.
5. Może czasami wziąłem parę groszy, czasy były ciężkie, w domu się nie przelewało…
A później zaczynał się festiwal pocieszania i usprowiedliwiania delatora. Koledzy, na których donosił rozumieli jego sytuację: przecież gdyby nie podpisał, to by stracił prawo jazdy! Albo: gdyby żana się dowiedziała, to zniszczyłoby jego rodzinę itd… No musiał donosić! Po prostu nie miał wyjścia! Koledzy wybaczali i pocieszali a redaktorzy rozpisywali się o podłości i małości. Nie!, nie donosicieli, ale ludzi, którzy udostępnili obciążające ich materiały. Choć tak naprawdę trudno mówić o „obciążeniu”, bo TW mieli się dobrze, ba!, nigdy nie mieli tak dobrej pubicity, jak po ujawnieniu ich donosów. Biegali od redakcji do redakcji, od stacji do stacji, przyjmowali wyrazy współczucia i pokrzepienia. Delator stał się nowym „bohaterem naszych czasów”!
Myślałem, że żyję w jakimś obłędnym matrixie.
7. Z Mirem umówiliśmy się w Kawiarni Literatów. Odnosiłem mu teczki, z którymi nie potrafiłem sobie poradzić. Przywitałem Go ponurym żartem:
• Wiesz, teraz, żeby zaistnieć w towarzystwie powienienem zacząć: „Cześć, jestem tajnym, świadomym współpracownikiem SB…”
Nie rozbawiłem Mira. Odpowiedział poważnie.
• Nie w każdym towarzystwie.
To krótkie zdanie było jednym z najważniejszych w moim życiu. Wektory moralne wróciły
na swoje miejsce. Miałem ochotę uściskać Go. Nie uściskałem. Choj nie lubił czułości. Podaliśmy sobie dłonie. Nie trzeba było nic mówić.
8. Niewielu jest ludzi, którym zawdzięczam tak wiele. Nie ma nikogo, kogo bym tak podziwiał.
CZEŚĆ JEGO PAMIĘCI






