Agnieszka Czachor
To ja sam jestem Emmą Bovary. O Zygmuncie Haupcie.
Nie pociągają mnie pisarze czy twórcy popularni. Nie interesują ci, którzy niczym „dzieci szczęścia” mieli wszystko podane na tacy, którym pisany był sukces literacki od kołyski, którym jakiś niewidzialny czarodziej układał los w taki sposób, że bez wysiłku wszystko się im udawało. I nie dość, że ich twórczość hołubiona była przez „władzę” to i wśród czytelników, a po ich śmierci wydawnictwa nie nadążały z dodrukami. Nie. Mnie raczej interesują pisarze mało znani, pisarze zapomniani, nie dlatego, że słabo pisali, a dlatego, że albo się nie przebili, albo los zmusił ich do podjęcia innej pracy niż pisanie a na tworzenie nie wystarczyło czasu ani siły. Albo pisali o czymś, co w danym czasie było niepopularne lub nawet zakazane.
Haupt na swoim koncie nie ma za wielu tekstów. A te, które zostały opublikowane mimo, że w Polsce były przychylnie przyjęte przez krytyków (nielicznych), to nie zapewniły mu miejsca w pamięci zbiorowej. Na pewno przyczyniła się do tego również jego emigracja do USA, ale chyba w większym stopniu odpowiedzialny był brak zainteresowania jego twórczością ze strony polskich wydawnictw.
Jeżeli poczytamy – nie są liczne – artykuły osób, które podjęły próbę zaszufladkowania prozy Haupta, przypisania jej do jakiegoś gatunku, porównania lub wskazania pewnych podobieństw do innych wielkich pisarzy, to możemy poczuć bunt, tak jak mnie się to zdarzyło. Zresztą zdarza mi się podobna reakcja za każdym razem, kiedy natrafiam na przymusowe wręcz neurotyczne przypisywanie twórcy miejsca w literaturze. Tak jakby najpierw ktoś „mądrzejszy” powinien to miejsce zrobić, zapewnić, wyznaczyć a nie on swoją twórczością sobie owo miejsce wykuć. Za czasów Haupta się to zdarzało i za naszych się powtarza. To, że za dużo mówi się o samym twórcy a za mało o jego dorobku. O tym, co pozostawił po sobie i co poprzez swoje teksty mówił. I jeśli tylko pisarz ma możliwość to często próbuje przywołać do porządku rozkrzyczany świat (interesujący się głównie sensacją) dopytujący tylko co u niego i co chciałby powiedzieć czytelnikom. Nieraz słyszałam, że na takie roziskrzone od emocji pytania, pisarze mówili, że wszystko, co chcieli przekazać, to zawarli w swoich tekstach.
Haupt ma na tyle oryginalny styl i tak potężny zasób przestrzeni w swojej prozie, że mu nie potrzebne porównania do Prousta, Schulza czy Kuśniewicza. Jego proza sama się broni. Zresztą ja w niej Schulza nie widzę. Schulzowi brakowało plastyczności i malowniczości a nawet malarskości opisu czyli tego czego Haupt miał aż nadto. Według mnie. Nie zrozumiem nigdy tej maniery jaką – niesłusznie – chełpią się tzw. znawcy literatury. Błyskawicznie w swojej ocenie autora porównując do innego autora. To niczemu dobremu nie służy a informuje czytelników, że nie umiemy tak zwyczajnie, spokojnie przyjąć cudzego tekstu jako na przykład hauptowski lub iksiński. Tylko koniecznie musimy się podpierać jakąś trzecią nogą w postaci znanych pisarzy. Doszukiwać się – czasem na siłę – podobieństw do tego czy tamtego, a takie podobieństwa w mojej ocenie pisarzowi szkodzą. Bo jeśli ja – jako czytelnik – słyszę, że jakaś autorka to druga Tokarczuk, to po tę autorkę nie sięgnę, bo po co mam to robić, skoro mogę sięgnąć po Tokarczuk? Nie interesują mnie kalki, podróbki, naśladowanie. W literaturze poszukuję oryginalności. Świeżego spojrzenia na rzeczywistość, innego jej przetwarzania niż to, które już znam. Ale z jakichś powodów nasz świat współczesny stawia na kalkę i ją nagradza. A wybijającego się głosu, do którego trzeba się przyzwyczaić, spróbować zrozumieć o czym mówi – tak jakby się bał.
Emma Bovary jest postacią tragiczną. Jest kobietą nieszczęśliwą, bo pragnęłaby miłości tej rodem z powieści, podobnie jak Don Kichot pragną rycerskiego życia i uwierzył, że rycerska rzeczywistość nie dość, że kiedyś istniała to nadal istnieje. Co poskutkowało tym, że w efekcie oszalał. Podobnie było z Bovary. Znużona życiem na prowincji i swoim mężem, poszukuje radości, idąc ku przepaści. W kontekście tego tekstu sama Emma jako bohaterka literacka nie jest tak bardzo interesująca, jak pytanie, dlaczego Zygmunt Haupt zatytułował jedno ze swoich opowiadań: „To ja jestem Emmą Bovary”.
O czym jest to tekst? O Emmach Bovary, których za czasów Flauberta nie brakowało ani za czasów Haupta, ani za naszych czasów nie brakuje. Co prawda Haupt w swojej interpretacji nie idzie za daleko. Raczej zatrzymuje się na początku drogi Emmy. Nikt w jego tekście nie traci zmysłów i być może autor trochę przesadza, twierdząc, że żaden stan, żadna grupa społeczna nie jest wolna od osób czujących się lub postrzegających świat jak Bovary. A te osoby nie są tylko płci żeńskiej. Rzecz jasna najłatwiej było czy jest, tego typu zachowanie przypisać kobiecie. Łatwo było za czasów Flauberta, bo męski bohater o takich problemach nie byłby wiarygodny dla czytelnika. Inaczej, czytelnik nie chciałby o takim bohaterze czytać.
Pisząc: łatwo, doskonale wiem jak bardzo Flaubert męczył się nad tą powieścią czyli dla samego pisarza raczej łatwe ani lekkie nie było. Do zmiany!
Emma przed zamążpójściem myślała, że jest zakochana, ale że związane z miłością szczęście nie przyszło, uznała że się pomyliła.
Haupt dając akurat taki tytuł swojemu tekstowi nawiązał do słów Flauberta, który sam się mienił Bovary. Nie sądzę, aby Haupt się z tą bohaterką utożsamiał. Nie pasuje mi to do niego. Odnoszę nawet wrażenie, że sobie nieco kpi z kolejnych pań Bovary.
„(…) poczułem na sobie jej spojrzenie. Jakie? Znudzone, spłoszone, wzgardliwe, pytające, sarnie (miała co prawda zielone oczy), błagalne, wyzywające, aroganckie, powłóczyste. Cóż za suka? – pomyślałem sobie i przeszliśmy do rozmowy towarzyskiej.”
Haupt bardzo lubi, albo robi to z innego powodu wyszczególniać imiona. Tych imion bohaterów mamy czasem pół strony. Brzmi to jak Stary Testament, w którym opisywano pochodzenie poszczególnych osób lub rosyjska maniera funkcjonująca do dzisiaj, że przedstawiając kogoś równocześnie nazywało się go/ją od nazwiska przodka. Co często przeszkadzało w prozie na przykład, aby się zorientować kto jest kim. Bo te wspominane imiona u Haupta czy pseudonimy lub przezwiska nie mają znaczenia dla tekstu. Gdyby je wyciąć, nikt by nie zauważył braku. Przynajmniej dla mnie są nieistotne.
We wspomnianym tekście autor również zarzuca Sienkiewiczowi, że opisywana przez niego Ameryka jest nieprawdziwa. Bo James potrafił w kilku słowach o Ameryce napisać, że upał. I to była według Haupta prawda, a Sienkiewiczowskie „dyrdymały” nie prawda. No tak, bo Sienkiewicz koncentrował się na opisie życia towarzyskiego a nie na opisie dzwoniącego lodu w szklance. Poza tym, kiedy jego wnuczka była w Ameryce sto lat po nim, to również znalazła już inną Amerykę niż jej dziadek, bo miasta się zmieniają. Haupt – zdawać by się mogło – że oczekiwał od Sienkiewicza zmysłu reporterskiego, który akurat Haupt posiadał. Jednak warto o tym nadmienić i zapamiętać, że reporter to nie powieściopisarz, bo różni ich inna wyobraźnia. Sienkiewicz publicystą był fatalnym.
Są autorzy, którzy wiecznie piszą o swojej ulicy czy ogródku. Nie potrafią wymyślać. Co prawda bywają chwaleni i popularyzowani, ale dziennikarstwo nie jest tym samym, co pisanie prozy fabularnej. Powieść to co innego niż artykuł na portal, który „żyje” dwie godziny – współcześnie – kiedyś to był tekst w gazecie codziennej. Haupt zdaje się tego sobie nie uzmysłowił, podobnie jak Prus. Który felietonistą był świetnym. Tyle, że – powieściopisarzem według mnie – słabszym. Kiedyś powiedziałam, że kiedy czytam kogoś tam tekst, to się czuję jakbym gryzła żwir. I tak się czuję, kiedy czytam powieści Prusa. Tym bardziej są dla mnie trudne, że wiem iż powieść zawierał wręcz we wzorach prawie matematycznych. Dla niego fabuła była wyliczona. Tam nie było spontaniczności czy ułańskiej fantazji. Tam była linijka i milimetry. A mnie bardziej odpowiada „ułańska fantazja”.
Haupt pisał piękniej niż Prus. Haupt miał dar, umiejętność opisywania swojego otoczenia czy krajobrazów w taki sposób, że aż się chce uczyć od niego słów. W tym opisie był spontaniczny na pewno. Był zachwycony tym, co widział. Tym za czym tęsknił i będąc w Ameryce, widział w swojej wyobraźni. Z jego tekstów wynika również, że był świetnym obserwatorem i czasem kpiarzem. Co poczytuję mu na plus. Ale to, co on sam sobie poczytywał za plus, czyli odwzorowywanie rzeczywistości, ja uznaję za minus. Dawno temu na zajęciach, na Uniwersytecie red. Mazurek od progu powiedział bardzo poważnie: jeśli chcesz się zajmować literaturą to daj sobie spokój z dziennikarstwem. Powiedział to do sali, do wielu osób, ale tylko ja schowałam się pod ławkę. Wcześniej mieliśmy zadanie, aby napisać jakieś tam teksty i pewnie po tych tekstach pan uznał, że należy to zaznaczyć.
Dlatego jako wyobraźni powieściopisarza i umiejętności korzystania z pamiętników, będę bronić i moja ścieżka ze ścieżką Haupta się rozchodzi. Gdyż jeśli chcę wiedzieć co się dzieje za oknem, to przez nie spojrzę, a nie będę szukać tekstów Haupta czy innych reporterów. Poza tym nie biorę do ręki powieści po to, żeby mi relacjonowała, że pod oknem ktoś używa młota pneumatycznego. Chcę wyobraźni, fantazji, czegoś czego sama nie wymyślę. Na innych zajęciach, tym razem na UJ-cie, jeden z prowadzących (celowo nie podaję nazwiska, bo nie chcę zmyślać, niby pamiętam kto, ale nie jestem pewna) powiedział jednej ze studentek, która była dziennikarką, że ona się nigdy nie wyzbędzie dziennikarskiej maniery. Że nigdy nie będzie tworzyć literatury, bo nie widzi różnicy między literaturą a tekstem użytkowym, jakim jest artykuł.
Odnoszę wrażenie, że ta różnica – zwłaszcza współcześnie – się zatarła. Dziennikarzowi się wydaje, że potrafi napisać powieść, a prozaik próbuje się dostosować i pisać zamiast powieści, zbeletryzowany reportaż. W efekcie gubimy rozeznanie co jest czym.
Teksty Haupta w Baskijskim diable, są tekstami porwanymi, przypominają notatki. Redaktorzy przygotowujący je do druku stworzyli z nich jakąś całość, ale to „porwanie” widać. Co do Bovary niczego zaskakującego się nie dowiemy. Są dwa opisy: próżnej kobiety ze sfery wyższej i kobiciny z ludu, która wspomina swojego kolejnego nieboszczyka męża. Wspomina tego najlepszego, bo się za niego jej żyło najlepiej. Trochę też marzy, ale marzy w przeszłości, ta kobieta. Marzy, że jej tamto życie ciągle trwa.
Czy to jest boviaryzm?
Niektórzy twierdzą, że boviaryzm to samotność. Twierdzą tak jakby odkryli samotność. Samotności, ludzkiej samotności nie trzeba odkrywać. Nikt jej nam nie podrzucił. Ona towarzyszy człowiekowi od urodzenia. Czuje to kobieta podczas porodu, czuje to noworodek. Każde z nich w tym samym momencie musi przejść inną drogę, ale samotnie. Mimo obecności ludzi, osób pomocnych nikt za człowieka nie urodzi dziecka, za dziecko również nie uda się urodzić i nikt za nikogo nie umrze. To są oczywistości, ale okazuje się, że trzeba je powtarzać.
Pierścień z papieru Haupta dopiero przede mną. Chociaż co nieco przeczuwam. I to „co nieco” mi się nie podoba. Zaskoczyło mnie zainteresowanie Hauptem wydawnictwa Czarne i organizowanie festiwalu pod nazwiskiem Haupta.
Dlatego do Haupta wrócę jeszcze. Mam nadzieję, że mnie zaskoczy swoją powieścią, chociaż – przyznaję – jestem sceptyczna. O, chciałabym takiego zaskoczenia jak zaskoczył mnie Zły Tyrmanda.






