Strona główna Eseje Beata Hebzda-Sołogub – Wprowadzenie do albumu Miłosza

Beata Hebzda-Sołogub – Wprowadzenie do albumu Miłosza

0
172
Maria Kluza – nr. kat. 1034 "Różowe Łabędzie" ol. pł. 140x180
Maria Kluza – nr. kat. 1034 "Różowe Łabędzie" ol. pł. 140x180

Wprowadzenie


Adam Lizakowski – poeta, prozaik, tłumacz, działacz polonijny, lider i założyciel grupy „Niezapłacony Rent”, twórca kwartalnika „Dwa Końce Języka”, współzałożyciel Towarzystwa Dolnośląskiego w Chicago – urodził się w Dzierżoniowie na Dolnym Śląsku, mieszkał i pracował w Pieszycach. W 1981 roku wyjechał z Polski. Przeszedł kwarantannę austriackich obozów dla uchodźców i jako azylant wyemigrował do USA. Początkowo mieszkał w San Francisco, a następnie w Chicago. Wiosną 2015 roku, po trzydziestu czterech latach spędzonych w Ameryce, powrócił do ojczyzny.

Podczas pobytu w San Francisco Lizakowski miał niezwykłą okazję poznać osobiście Czesława Miłosza. Zafascynowany twórczością noblisty uczestniczył w jego spotkaniach autorskich i odczytach, które odbywały się na terenie San Francisco Bay Area. W ten sposób jesienią 1984 roku trafił na zbiorowy wieczór poetycki organizowany na rzecz Amnesty International z udziałem Miłosza. Jak wspominał po latach w rozmowie z Januszem Kopciem:


Pamiętam, uczestniczyło w nim wiele sław międzynarodowych, między innymi był Josif Brodski. Rozmowa z poetą [Czesławem Miłoszem] wtedy była bardzo miła, wymieliliśmy kilka zdań. Podpisał mi Rodzinną Europę. Przemiły człowiek, wiedzący czego chce w życiu. Dla mnie to wzór w każdym calu. Powiedziałbym nawet ideał niedościgniony. Tytan pracowitości. Przykład szczęścia, które niewielu ludziom dają niebiosa. […] Słowem cud natury. Geniusz.


Bliższa znajomość nawiązała się później, w wyniku wymiany korespondencji. Lizakowski wysłał do pisarza, na adres Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, tomik poezji Anteroom Poetry wraz z prośbą o opinię i spotkanie, na co otrzymał odpowiedź:


Dziękuję za list z 15 grudnia i tom wierszy. Że też Pana zaniosło w te dzikie okolice. Wiersze Pana bardzo silnie naznaczone dzisiejszą poezją polską, która jest inna od amerykańskiej i to może stanowić Pana nijaką szansę na tutejszym „rynku”, o ile w ogóle można mówić o „rynku” w odniesieniu do poezji w tym kraju. Wiersz o poetach w Ameryce [American Poets] całkiem dobrze to ujmuje […]. Zresztą w Polsce też jest inflacja poezji, również (i przeważnie) tej, która służy szlachetnym celom, np. opozycji wobec Jaruzela. Ciekaw jestem, w jakim stopniu opanował Pan
język angielski i czy może Pan siebie tłumaczyć, wszystko pisać po angielsku. Przejście z jednego języka na inny jest poważną i często osobistą decyzją, którą ja osobiście podjąłem na „nie”. Ale myślę, że dla Pana pewnym wzorem musi być Charles Simic, który jest bardzo serbski, mimo że
pisze po angielsku. Działa on jako pośrednik pomiędzy poezją w języku serbskim i angielskim. Być może klucz w Pana ręku do języków słowiańskich, nie tylko jednego, bo kto zna polski, łatwo poznaje inne, wart jest uwagi. Pana wiersze są publicystyczne. 98% poezji w Polsce to poezja publicystyczna. Na tym tle może Pana wiersze o tym, czym jest Ameryka, mogłyby mieć niejako charakter prowokacji, tylko że sens takiej operacji byłby wątpliwy. Trudno mi powiedzieć, ku czemu Pan będzie zmierzać, ale życzę Panu dobrze i posyłam pozdrowienia.


Dwa miesiące później Lizakowski był już gościem w domu Miłosza na Grizzly Peak w Berkeley, odpowiadając na propozycję spotkania zawartą w krótkim liście z 23 marca 1987 roku o następującej treści: „Szanowny i Drogi Panie, trochę byłem w podróży, ale teraz będę w Berkeley i może zechce Pan do mnie zatelefonować, żebyśmy mogli umówić się na spotkanie”.


Młody poeta, emigrant z Polski, wzbudził zainteresowanie Miłosza, który – jak wspomina Marek Nowakowski na łamach „Dziennika Związkowego” – „darzył go wyraźną życzliwością. Zatrudnił go nawet przez jakiś czas w charakterze mieszanym – jako sekretarza, szofera, pomagiera. Miał przy sobie młodego Polaka świeżo z kraju, wschodniej jak on natury, poetę w dodatku. Bo rzeczywiście Adam Lizakowski z zachowania i wyglądu »polski chłop« – był prawdziwym poetą”.


Miłosz stał się dla początkującego poety przewodnikiem po świecie literatury i najważniejszym czytelnikiem jego wierszy. Udzielał wskazówek dotyczących pisarskiego rzemiosła i życzliwego wsparcia. Spotkanie z noblistą okazało się dla przyszłego autora Legendy o poszukiwaniu ojczyzny punktem zwrotnym w jego karierze literackiej, umożliwiającym mu stopniowe odkrycie w sobie polskości i powrót do twórczości w języku ojczystym jako pierwszoplanowej:


W pewnym momencie, gdy poznałem Czesława Miłosza, w jednej z naszych rozmów powiedział mi, że amerykańskim poetą nigdy nie będę. Pisanie po angielsku w moim przypadku, jak i wielu przede mną i po mnie twórców emigrantów, nie ma sensu. Nie można pisać po angielsku o polskiej tęsknocie, nie można po angielsku „przetwarzać” całego dorobku kulturalno-historycznego wyniesionego z ojczyzny i wyssanego z mlekiem matki. Zrozumiałem, co do mnie mówił, zatęskniłem za Polakami i polskością. Polskość, kultura polska to nie opanowanie języka, ale cały
szereg drobnych, na pierwszy rzut oka niewidocznych czynników, które w żaden sposób nie dadzą się powiedzieć w innym języku niż polski. W San Francisco niewielu było Polaków, uciekałem od polskości i Polaków świadomie, chciałem zostać jak najszybciej Amerykaninem. Chciałem pisać
wiersze po angielsku, nawet próbowałem wymazać Polskę ze swej pamięci. To pan Miłosz uświadomił mi, że zawsze będę Polakiem, i żebym nie szukał wiatru w polu, tylko jak najszybciej powrócił do polskości. Bo dojdzie do takiej sytuacji, że o jednym języku „zapomnę”, a drugiego
nigdy się nie nauczę.


Autor Traktatu poetyckiego polecał wiersze Lizakowskiego uwadze redaktora Jerzego Giedroycia, który przyjmował je do druku w paryskiej „Kulturze”. Listem z 14 stycznia 1988 roku Miłosz informował zainteresowanego o swoim wsparciu: „Wiersze wysłałem do »Kultury« z listem moim do Giedroycia, w którym je poleciłem. Niech Pan jednak nie uważa sprawy za załatwioną. Giedroyc jest znany z tego, że nie liczy się z żadnym absolutnie zdaniem i jego postępowania nie da się przewidzieć. Zobaczymy”. Dzięki protekcji noblisty Lizakowski publikował również w „Tygodniku Powszechnym”. Wspomina o tym Marek Skwarnicki w swojej książce Sen o wolności: „Jednego z uciekinierów posierpniowych do Ameryki polecił mi w latach osiemdziesiątych Czesław Miłosz. Wtedy jeszcze byłem redaktorem „Tygodnika Powszechnego” i Miłosz przesłał mi z intencją poparcia do druku wiersze Adama Lizakowskiego”. Oto fragment listu polecającego Czesława Miłosza z 22 lipca 1989 roku, w którym czytamy:


Piszę w sprawie młodego poety, który nazywa się Adam Lizakowski. Wiersze jego drukują od czasu do czasu pisma anglojęzyczne i polskie emigracyjne, np. „Kultura”. Widzę w nim autentyczność i nie-literackość, co rzadkość dzisiaj, tak że postanowiłem mu pomóc, kierując się ponadto
następującymi założeniami:
1 niechże ta liczna diaspora emigrantów po roku 1980 wyda choć jednego poetę, który by był brutalnym głosem jej bólów.
2 polskiej poezji dzisiejszej potrzeba odtrutki na literackość, jakiegoś mięsa rzeczywistości, a to znajduję u Lizakowskiego.
Jeżeli może Pan wydrukować te wiersze – w jednej porcji albo po parę, w „Tygodniku”, byłoby dobrze.


Pamiątką dawnej znajomości stały się po latach – obok wierszy, wspomnień, zapisków dzien nikowych, listów i dedykacji książkowych – wykonane przez Lizakowskiego amatorskie fotografie, ukazujące noblistę podczas wieczorów autorskich, na ulicy, w domu i ogrodzie w Berkeley na Grizzly Peak, w towarzystwie żony Carol bądź osobistości świata kultury. Część zdjęć ukazała się na łamach prasy polonijnej (na przykład w „Gwieździe Polarnej”, „Razem”, „Dzienniku Związkowym”, „Dzienniku Chicagowskim”) z okazji rocznic urodzin poety czy jubileuszy przyznania noblowskiego lauru. Po śmierci Miłosza były prezentowane w ośrodkach kulturalnych i akademickich na terenie kraju, a także w Polskiej Galerii Artystycznej Znad Wilii Wandy i Romualda Mieczkowskich w Wilnie, chicagowskiej księgarni D&Z oraz w Bibliotece Muzeum Polskiego w Chicago.


Spontanicznie wykonane fotografie mają niezaprzeczalną wartość dokumentalną. Zebrane w prezentowanej tu książce albumowej, wzbogacone o prywatne pamiątki, komentowane poetycką refleksją oraz wspomnieniami o osobistych spotkaniach z Miłoszem, o decyzjach twórczych podjętych pod jego wpływem i przemianach tożsamościowych dokonujących się dzięki niemu, pozwalają na bliższe poznanie noblisty z perspektywy osoby, która miała okazję go spotkać i uczestniczyć w kilku epizodach jego życia.


Wydawnictwo nieprzypadkowo zbiega się z czterdziestopięcioleciem pracy pisarskiej Adama Lizakowskiego. Jest wyrazem pamięci i wdzięczności złożonym przez Jubilata jednemu z najwybitniejszych twórców naszych czasów.

Beata Hebzda-Sołogub

Poprzedni artykułAnna Łyczewska – Subiektywne kalendarium artystyczne 21.08-3.09
Następny artykułIrena Kaczmarczyk – Wywiad z Józefem Baranem: „Dekalog podkarmiania weny”