19 sierpnia 2025
Skowycze, jak Macondo

Wieś Skowycze zgubiła się gdzieś na Warmii. A ta „niczym samotny galeon wyruszyła w podróż po ciemnych i zimnych wodach nadchodzącej jesieni i jeszcze dalej w cichą otchłań zimy.”
We wsi Skowycze mieszkał Bernard Witten. Bernard Witten był najbogatszym gospodarzem. Miał krowy, wieprzka, pola, żonę. Ta kolejność nie jest przypadkowa. Bo gospodarz kochał krowy. Ludzi nie kochał. Czasami byli mu obojętni, częściej ich nie lubił, czasami kopał w dupę. Nie lubił wyrażać własnego zdania. Zwłaszcza w Młynie, miejscu spotkań i popijania piwa przez miejscowych.
Anna, żona Bernarda miała złą przypadłość. Była brzydka. Wziął ją Witten za żonę, bo brzydka będzie posłuszna i nie będzie sprawiała problemów. Stop, miała więcej przypadłości. Dzieci nie miała, jak się na końcu okaże, nie ze swojej winy. I lubiła, zasłoniwszy święty obraz czerwona chustą, przyzwać męża i go ujeżdżać.
Świat Bernarda nie był duży. Czasami się powiększał o cudze gospodarstwo, które przechodziło w jego ręce. Domy, pełne nędzy, zgnilizny i brudu palił. Bo i na co mu one.
Miały Skowycze swój kościół i księdza Pieczonkę, dla którego Witten za dużo szacunku, może i słusznie, nie miał. Ale ksiądz wierzył w swe posłannictwo. Zwłaszcza, gdy przyszła susza…
Był jeszcze Kubuś i Mirka. On młodszy, ona starsza. On od matki, która sprowadzała letników i źle skończyła. Ona od Wydry, wiejskiego nędzarza. Zabrał ich Witten do własnego domu i dał Annie. A ona, początkowo nieufna, pokochała jak własne.
Kubuś lubił liczyć i pisać. Zapisywał, zapełniał zeszyty. Mirka mu się podobała, choć rozumu nie miała za wiele. I chodziła bez majtek.
Czasami pojawiał się zmarły ojciec Bernarda, który gadał z nim jakby był całkiem żywy. To on namówił go na budowę zbiornika na wodę. Namówił kiedy lały deszcze i nikt nie mógł zrozumieć po co ta budowa. Ze zbiornika dochodziły stuki i nawet miastowy majster tylko wzruszył ramionami.
Byli gospodarze. Pszczelarz Kurian, który lubił kobiety, a i one z chęcią szły w jego ramiona, był doktor Piechowicz, który przyjeżdżał do wsi na kilka miesięcy i leczył ludzi całkiem za darmo, a po śniadaniu, przed lustrem ćwiczył miny, bo chciał być taki, jak inni. No, była jeszcze Baba, do której mieli ludzie potrzebę chodzić, gdy pojawiał się dyduk.
Czas płynął. Czasami samogon mącił w głowie. Raz Bernard po przebudzeniu znalazł w kieszeni cudzą rękę. Budził się często w oborze, obok tych, które były mu najbliższe. Ale przecież i do nich nie miał specjalnego sentymentu. Odprowadzał do rzeźni, brał pieniądze. Ale lubił patrzeć w ich oczy, lubił dotykać, czuć ich zapach. Dbał o nie bardziej niż o Annę. Nie lubił zasłony na świętym obrazie, choć godził się i nie protestował.
Aż przyszła susza. Tak wielka, że wyschła rzeczka i wszystkie studnie. Witten stał się panem życia i śmierci. Szybko zaczął sprzedawać wodę ze zbiornika, a tej, o dziwo, wcale nie ubywało. Ludzka nędza stała się codziennością.
Ksiądz Pieczonek kazał ludziom na kolanach urządzać pielgrzymki dookoła kościoła. I modlić się, modlić. Pojawiły się chmury, spadł deszcz, ale potem błagania nie dawały efektu.
A Mirka? Tej się spodobał Kurian. Tak bardzo, że z nim poszła. A jak poszła, to i zniknęła. Jej nie znaleźli, a jego we krwi. Sprawiedliwość mogła być tylko jedna. I chcieli ją gospodarze sami wymierzyć. Tyle, ze wieprzek zaczął mówić ludzkim głosem, zdarzało mu się to i wcześniej, to pouciekali. Ale nikt nie darował. Pieczonek chciał ofiary z Kuriana (i procentu od sprzedawanej wody), ludzie jego śmierci, ojciec Wittena namawiał aby się powstrzymać, Anna dosiadła byłego pszczelarza (byłego, bo susza pozbawiła go miododajnych owadów) i zaszła w ciążę, Kubuś spisał wszystkich mieszkańców Skowycz z imienia i nazwiska, z ich marzeń i z tego jakimi są zwierzętami, Bernard próbował pozbawić życia Kuriana metalowym prętem, ale rady nie dał. Ten i tak skończył żywot. Krowy miały pieśni. Te łaciate było trudniej usłyszeć.
A woda ze zbiornika przestała lecieć (choć dalej w nim stukało). Tajne zapasy w beczkach puścił Witten do ziemi. Bo ma być, jak będzie.
A potem posłuchał taty i ruszył ratować świat. Przez małe okienko w oborze.
Czytałem powieść Staniszewskiego i ciągle powracała myśl o Macondo ze „Stu lat samotności” Marqueza. Skowycze, jak Macondo? Przyszła ta myśl, utkwiła we mnie i nie chce odejść.
Łukasz Staniszewski – Pieśni łaciatych krów, Znak, Kraków 2025, str. 372.






