Jabłonie
Ryszardowi Tomczykowi
Nie obawiaj się pór roku
przed nami jest już tylko codzienność
nieoswojona
pełna pustych komnat
w których nasze sny
utrwalają się
niczym eksponaty muzealne
nie można do nich dotrzeć
przeszkadzają ostre klify nadbrzeżne
krzyk orła
płoszący poranne ptaki
wiecznie nietrwały zapach jaśminów
tych rzeczy nie można w sobie oswoić
ale też nie można z nich zrezygnować
tymczasem młode dziewczyny
biegnące wzdłuż brzegów
z włosami rozrzuconymi
niczym oskubane przez wiewiórki
łupinki orzechów
chłopcy z gitarami przerzuconymi niedbale
przez opalone ramiona
zachód słońca ochrypły od wiatru
zastygają w nas
warstwa po warstwie
codzienność wiecznej Pompei
przecież wiem
odgaduję
ciągłą niecierpliwość
chęć utrwalenia swojej obecności
dotykiem i słuchem
rejestrację każdego westchnienia
wyrzuconego w przestrzeń
tak właśnie smakuje
nasza nieśmiałość
gesty
zdumione codziennością
w najodleglejszym
oddechu kosmosu
Już wiesz
ścieżki leśne prowadzą do
rozpaczy
obszarów w których usiłujemy
zamknąć pragnienia
ogień na obrzeżach jaskiń
do którego bezstronnego rozsądku
powracamy
nie parzy nas swym dotykiem
choć wiemy
zdajemy sobie sprawę
że dojrzewają w nas
ostatnie jabłonie
umierającego sadu





