„[…] Rozpoznałam powagę i grozę mego uczucia. Od tej chwili minęło dwa tygodnie, olbrzymie jak dwa lata, wypełnione miłością, jakiej żądał: «nieprzyzwoitą i szaloną»” – zanotowała Zofia Nałkowska w Dziennikach (8.02.1932).
Zanim do tego doszło, cofnijmy się do sierpniowego wieczoru 1930 roku. W zakopiańskiej willi Olma doktora Teodora Biruli-Białynickiego na przyjęciu gościli Stanisław Ignacy Witkiewicz, Zofia Nałkowska, Karol Szymanowski, Marusia Kasprowiczowa i najmłodszy z nich Michał Choromański. Stół był zastawiony góralskim jadłem, winem, piwem i siwuchą. Pan Teodor malował po amatorsku, miał kilka wystaw. Był zaprzyjaźniony z Witkacym, posiadał ponad trzysta jego obrazów. Witkiewicz portretował go wielokrotnie. Rozmowy toczyły się wokół architektury, malarstwa i muzyki. Później zeszło na literaturę. Nałkowska mówiła o kłopotach z przekładem na francuski swojej sztuki Dom kobiet.
– Kocznerówna wyciągnęła ode mnie już połowę obiecanych pieniędzy i chce więcej, a tłumaczenia jeszcze nie ukończyła – żaliła się, spoglądając na Witkacego. – René Saunier chce trzydzieści procent za adaptację, więc niewiele mi zostanie.
– Droga pani Zofijko, jest pani jedną z nielicznych osób, które żyją z pisania. Marcowa premiera Domu była sukcesem, źródełko trysnęło i grosiki będą płynąć, czego z serca życzę. Gdybym ja miał liczyć wyłącznie na dochody z moich sztuk i innych szrajbenszriftów[1], byłby to czysty piurblagizm[2]. Dlatego dużo bohomażę pod różnym wpływem… i w glątwie[3], by znowu mieć za co być pod wpływem… – zaśmiał się w swoim stylu. – I w ogóle być. Sinn und Sein – dodał poważnie.
– A propos „mieć za co…”. Od czasu do czasu zabiorę ci jakiś interesujący portrecik z pracowni – włączył się gospodarz, podkreślając mimochodem, że wspiera artystę.
– Dzięki twoim zaborom mam, poza sensem i bytem, także na pyfko – w tym momencie Witkacy wziął ze szklanicy duży łyk piwa.
Towarzystwo zaśmiało się wesoło. Wykorzystując sytuację Marusia dyskretnie poprosiła Choromańskiego, by zabrał głos. Ten zaczął mówić swoje wiersze. Recytował całkiem udanie. Pani Zofia wpatrywała się w niego z nieskrywanym podziwem: „Pierwszy raz go widzę, choć już o nim słyszałam. Deklamuje melodyjnie, żywiołowo. Mądry i tragiczny przez swą niedolę, bo świat jest mu mniejszy o jedną nogę. Nie znam przyczyny jego chromości. Przystojny chłopiec o rasowym profilu” – myślała usatysfakcjonowana.
Przyjęcie zakończyło się około północy. Było chłodno, wilgotno. Szymanowski i Witkacy wyszli pierwsi. Białynicki zaproponował pozostałym odwiezienie swoim autem. Z przodu usiadła Marusia, która po kwadransie jazdy wysiadła przy Harendzie. Pozostali ruszyli w stronę Poronina. Tylną kanapę zajmowała pisarka z Choromańskim, który swoje kule oparł o drzwi. Samochód jechał wolno wiejską drogą między wierzbami. Wykorzystując kołysanie wozu na nierównościach, młody pisarz przysunął się bliżej do pani Zofii, dotykając „niechcący” jej biodra. Po kilku lampkach wina był ożywiony. Nałkowska nie odsunęła się, czując jego ciepło. Choromański niespodziewanie musnął ją ustami w policzek. Nie słysząc protestu, objął ją i obsypał pocałunkami, zapuszczając się do ust. Pisarka zareagowała akceptująco, lecz bez nadmiernego zaangażowania. Ten, korzystając z ciemności, eskalował pieszczoty. Jego młodzieńcza dzikość spodobała się jej.
„Co ja robię? Oddaję się na pastwę tragicznej młodości, choć serce mam pełne Karola…” – myślała leniwie. Zdumiona własnym zachowaniem, zezwoliła mu „na to i tamto”. W pewnym momencie, poza ekscytacją, poczuła wzruszenie. Doktor Białynicki, prowadząc wóz, udawał, że nic nie widzi, zresztą w ciemnościach musiał skupić się na jeździe. „Czy nie robię tego z litości? – naszły ją wątpliwości. – Ta jego niemoc… Poza tym jestem znacznie starsza, przecież mógłby być moim synem. Mogłam odmówić mu pocałunku? Odsunąć wbrew sobie te nabrzmiałe wargi? Nie robiłam tego od dwóch lat, nie licząc obelżywych rzeczy z Gorzechowskim, ale jego upokarzające całowanie nigdy nie mogłam nazwać pocałunkiem”.
Nazajutrz spotkali się na koncercie fortepianowym Egona Petri; jako wykonawca Szopena był ulubieńcem Polaków. Usiedli obok siebie. Choromański próbował dotknąć jej dłoni, lecz Nałkowska uchyliła rękę. „Sądziłam, że to, co się stało w limuzynie, będzie dla niego źródłem jakiejś męki… On tymczasem poczyna sobie całkiem odważnie. Mam bronić się przed jego żywiołowością?” – pytała siebie w duchu.
W przerwie rozmawiali.
– Po długim czasie dopiero tutaj wróciłam do muzyki – stwierdziła usatysfakcjonowana. – Jego gamy są perliste, zwiewne, miękkie. Szopen w jego wykonaniu daje mi niezmierne upojenie.
– Odczuwam podobnie. Nieliczne chwile szczęścia w trudnym żywocie… – skonstatował filozoficznie.
– Mówi pan, Michale – użyła pokrętnego zwrotu grzecznościowego – jak starzec dźwigający ciężki garb doświadczeń.
– Zgadza się. Ten garb – wskazał wzrokiem na swoje nogi – noszę od siedmiu lat, jednak nie narzekam. Dzięki niemu jestem bogatszy od tych, którzy są go pozbawieni.
Pani Zofia, słuchając go, rozglądała się po widzach. Szukała Szymanowskiego. Nie było go. „Żal, żal, że nie może przeżywać ze mną tych muzycznych wzruszeń – zamyśliła się. – Jest dla mnie bardziej zjawiskiem, niż człowiekiem. Staram się wypracować w sobie stosunek do niego, by z tej nieszczęśliwej miłości wyciągnąć jakąś słodycz, spokój. Wciąż mam przed oczami jego szlachetną twarz… Ale fizjonomia tego młodzieńca jest równie interesująca, a w swoim organicznym smutku urocza”.
– Zamyśliła się pani… – przerwał ciszę.
Nałkowska, by ukryć zmieszanie, zmieniła temat.
– Zapraszam pana do mnie na herbatkę na trzydziestego sierpnia. Będą Malczewscy, Skokowscy, Szymanowski. Na piątą.
– Będę mógł przeczytać kawałek swojej powieści? – zapytał niepewnie.
– Z pewnością.
Goście przybyli punktualnie. Nałkowska zajmowała w pensjonacie „Maraton” dwa pokoje, w tym jeden na górze. Zamiast spodziewanych poważnych dyskusji o literaturze, czy sztuce, opowiadano anegdoty o Witkacym, między innymi o sznyclu schowanym przez niego w portfelu i papierowej piżamie, którą uszyła mu niejaka pani Brzozowska. Spotkanie dobiegło końca, goście się żegnali. Ostatni wychodził Choromański. Nacisnąwszy klamkę, rzekł zawiedzionym głosem:
– Miałem przeczytać kilka stron Białych braci.
– A no… – przypomniała sobie. – Tak dobrze się bawiłam, że zapomniałam. Wracamy do pokoju.
Usiedli na kanapie.
– Zanim zacznie pan czytać, proszę coś powiedzieć o sobie, bo poza tym, że przybył pan z mamą ze wschodu, nic nie wiem. Aha, wiem jeszcze, że mieszkacie u pani Marusi.
– Na dniach wyprowadzam się. Doktor Białynicki daje mi wygodny pokój w swojej willi. Będę miał lepsze warunki bytowe i do pisania. A co do mojego życia tam… – wskazał ręką na wschód, po czym zastanowił się chwilę. – Ech, czy moje tragiczne koleje naprawdę kogoś interesują?
– Skoro pytam…
– Pochodzę z Elizawetgradu, spory kawał na południe od Kijowa, pracowałem w szpitalu, w piekarni, uczyłem rysunków w klubie żołnierskim, pisałem recenzje do miejskiej gazety. Widziałem straszne rzeczy podczas rewolucji bolszewickiej. Gdy miałem dziewiętnaście lat dopadła mnie gruźlica stawu skokowego. Leżałem długo w szpitalu. Choroba zrobiła swoje… – wskazał ręką na nogę. – Rok później z mamą przyjechaliśmy do Polski; Druskienniki, Zakopane. Uczyłem się polskiego, bo w domu rozmawialiśmy po rosyjsku i trochę po francusku.
– Leciutki zaśpiew wyczuwam, lecz jest on całkiem miły dla ucha. Zresztą to nie ma znaczenia.
– Na początku bardzo pomógł mi pan Szymanowski, mój krewny. W dwudziestym siódmym zamieszkałem z mamą u pani Kasprowiczowej. W zasadzie to wszystko. Przykrych szczegółów oszczędzę… Zarysowałem je w książce.
– Można by rzec: dramatyczna epopeja polskich losów w jednostkowym wymiarze. Po tym skrótowym opisie, chętnie teraz posłucham literackiej wersji.
Michał zaczął czytać wybrane fragmenty maszynopisu. Po kilkudziesięciu minutach, zmęczony, przerwał głośne czytanie, by łyknąć herbaty.
– Świetnie się słucha – pisarka pochwaliła go. – Jednak… może wystarczy. Charaktery postaci namalowane są barwnie, klimat porewolucyjny na Ukrainie arcyciekawy, tło żydowskie prawdziwe. Jeśli utrzymasz ten poziom do końca, panie Michale, debiut będzie prima sort.
Choromański przybliżył się do niej i w podzięce uścisnął rękę. Po chwili objął ją i pocałował w szyję. Pani Zofia dała mu na to przyzwolenie. I na nieco więcej.
Na odchodne rzucił niespodziewanie:
– Pragnę pani złamać życie.
– Co ja słyszę? – przekomarzała się, uśmiechając się pod nosem.
– Obiecuję – rzekł poważnym tonem, naciskając klamkę.
– Wszyscy moi eks… skutecznie łamali mi życie, lecz żaden z nich nie deklarował tego na początku.
– Teraz będzie odwrotnie – rzekł pół żartem pół serio.
– W preludium słowa o złamaniu, a w finale?
– Zachwycająca symfonia – powiedział melodyjnie, stojąc w otwartych drzwiach.
– Może bez wariacji – żegnała go, podając do ucałowania rękę.
– Więc forma sonatowa? – uścisnął mocno jej dłoń i wyszedł.
„Czyż nie zachowuję się jak idiotka? – zastanawiała się, wpatrując się w zamknięte drzwi. – A co z Karolem? Przecież on mię wciąż wypełnia. Na pewno? Na pewno. I jeszcze ten Baranowski, kiedyś budzący rozpacz i szaleństwo, czego echo wciąż pobrzmiewa w pamięci. Przed czterema laty myślałam, że umrę z tej miłości, lecz samochcąc odeszłam… Nieustanne zgryzoty i strachy. I teraz ten młody człowiek. Mądry i niepokojąco czuły. Niepodobna, abym przystała na taką różnicę lat”.
W lutym następnego roku Zofia Nałkowska wróciła do Warszawy, gdzie załatwiała różne sprawy, m.in. uczestniczyła w próbach swojej sztuki Dzień jego powrotu. W połowie marca ponownie przyjechała do Zakopanego. W jej pokoju w „Maratonie” odwiedził ją Choromański. Rozmowa była długa; zajmująca, chwilami wstrząsająca. Powiedział, że ją kocha. Pani Zofia zamilkła. Przestraszyła się.
„Doceniam powagę tych słów, ale cóż… Nie kocham go – myślała zasmucona. – W najśmielszych przewidywaniach nie spodziewałam się, że to powie”.
Cisza przedłużała się.
– Pani milczenie jest odpowiedzią? – zapytał z nutką rezygnacji.
„Czy naprawdę kocha? Nie oszukuje siebie?” – Nałkowska zastanawiała się.
– Bardzo pana lubię, Michale – przełamała się. Po chwili dodała: – Pana rozum i talent budzą podziw.
– Rozumiem… – rzekł zasmucony.
– Niczego nie rozumiesz – zirytowała się. Po sekundzie zreflektowała się, że jej słowa zabrzmiały niegrzecznie. Postanowiła wytłumaczyć mu swoją rację. – Jak to sobie wyobrażasz, mój drogi panie Michale? Czasu nie odwrócimy, różnica lat działa na niekorzyść nie tylko moją. Nie mogę panu zamknąć drogi, byłoby to nierozsądne.
– Proszę nie patrzeć na to, co inni mogą sądzić…
– Nie mam zamiaru regulować sądu świata o mnie, ani o nas. Te lekcje mam już za sobą.
– Winę wezmę na siebie.
– Nie o to chodzi. Nikt nie mógłby zdjąć ze mnie winy. Nie mam zgody na siebie.
– Nic do mnie nie czujesz, najdroższa pani Zofio? – zapytał zdesperowany, stosując, jak ona, dziwny zwrot grzecznościowy.
– Jesteśmy przyjaciółmi i zostańmy nimi.
– Nie chcę. To brak duszy! – podniósł głos, celowo nie używając sformułowania: „Brak serca”, miał jeszcze cień nadziei, że nie miała go z kamienia. – Jest pani dla mnie niedobra.
„Zniosę jego impertynencje, ale na uczucie nie mogę przystać, za nic nie odważę się w to wejść. Mogę zgodzić się na jego nieokiełznaną młodość, nawet na gorączkową pochyłość, lecz na coś więcej… nie. Będę go lubić i w cichości cierpieć. Czy będę? Przecież go lubię. On buntuje się jawnie, a Karol? Sprzeciwia się, odmawia w białych rękawiczkach, nic nie mówiąc. Te dwa uczucia łączy jedno: brak wzajemności. I jedno pozostaje pewne: moje cierpienie”.
Po trzech dniach Michał pojawił się w „Maratonie”, by zabrać panią Zofię do Harendy na zaproszenie Marusi Kasprowiczowej.
– Potrzebuję wyłączności – wypalił nieoczekiwanie.
– Nie pojmuję – zdumiała się.
– Wyłączności uczucia – doprecyzował.
– Przecie nie jestem dwudziestoletnią panną, wobec której można żądać wyłączności, bo w przeciwnym wypadku adorator targnie się na życie – rzekła lekkim tonem.
– Wyłączności także w znaczeniu zasłonięcia kurtyną innych uczuć, które tak mocno w pani siedzą. Domyślam się, że głównie w pamięci. Żądam odcięcia się od przeszłych zniewalających zależności, będących dla mnie torturą.
– Nie za wiele żądasz, panie Michale? Jak człowiek świadomy swoich zaprzeszłych dni może się od nich odciąć? Nie wspomnę już o wypełniających je porywach namiętności. I nie wspomnę też o tym, że dla osoby piszącej byłaby to duchowa amputacja. Pan to musi rozumieć.
– Pragnę panią zaprosić do mego świata – złagodził żądanie.
– Już mnie wciągnąłeś w orbitę swego życia… – „Tragicznego życia – uzupełniła w myślach – ale tego nie mogę mu powiedzieć”. – Interesującego, skomplikowanego – dokończyła.
– W zestawieniu z moimi, pani losy wydają mi się, proszę wybaczyć, słodkie i mdłe.
– Powiedz wprost, panie Michale, że ja sama wydaję się panu słodka i mdła.
– To są dwie różne rzeczy.
– A może pana złoszczę?
– To już prędzej. Dobrymi manierami, irytująco gładką galanterią.
– Cenię w tobie szczerość.
Około czwartej przyjechali taksówką na Harendę. Marusia Kasprowiczowa przywitała ich uprzejmie. Zaprowadziła do pokoju gościnnego, poczęstowała kawą i ciastkami. Po pewnym czasie pojawił się Karol Szymanowski, który zdziwił się widokiem Nałkowskiej.
– Nie wierzyłem w pani ponowny przyjazd – podali sobie dłonie.
– Czasem potrafię zaskakiwać. Nawet siebie – kokietowała go. – Zaskoczenie… czyż nie świetny temat na muzyczne scherzo? – uśmiechnęła się tajemniczo.
– Żałuję, że tej formy nie uprawiam – udał zasmuconego.
– Kobieca nieprzewidywalność… To może być dobra materia na muzyczne wariacje – włączyła się Marusia.
– Kapitalny pomysł – pan Karol skłonił przed nią głowę. – Lubię pisać wariacje.
Po wyjściu kompozytora (wcześniejszym niż planował) Choromański czytał swoją prozę. Nie chciał tego robić przy nim, gdyż obaj – mimo więzów krwi – nie lubili się. Czytał dobrze, niczym radiowy spiker. „Co za talent! To może być nowe tchnienie…” – Nałkowska zachwycała się w duchu. Nie chcąc jednak, żeby przewróciło mu się w głowie, po zakończonej lekturze powtórzyła głośno swoją opinię w stonowanej formie. Nie kryła jednak sympatii do niego, co nie umknęło uwadze Kasprowiczowej.
– Cudownie, wspaniale – chwaliła go Marusia, która od początku wizyty była nadskakująca. Swoim zachowaniem chciała przebić Nałkowską.
Ta, o dziwo, nie widziała jej przesadnego stosunku do pisarza, sprawę postrzegała zgoła inaczej: „Cóż za anioł dobroci. Zachowuje się niczym oddana siostra. Pogodna, pełna finezyjnego pobłażania. Iście ewangeliczny obrazek” – myślała, patrząc na nią z uznaniem.
Po przyjęciu Nałkowska i Szymanowski odjechali dorożką. Choromański został.
– Ona nie ukrywa swojego uczucia do ciebie – Marusia była oburzona na pisarkę.
– Jak zwykle przesadzasz – Michał próbował zignorować jej podejrzenia.
– Mężczyzna nie dostrzega tego, co kobieta.
– Przecież ona nic do mnie nie czuje, poza ogólną sympatią.
– Jeśli nie kocha, to na pewno się w tobie podkochuje.
– Przestań, proszę! – „Chciałbym, żeby mnie kochała – zamyślił się. – Dobrze, że ta zazdrośnica nic nie wie o naszych relacjach, o moim uczuciu”.
– Czyż ona nie wie, kim byłeś… – po chwili poprawiła się – kim jesteś dla mnie?
– Marusiu, rozmawialiśmy już o tym… – mówił niechętnie. – Niepotrzebnie tu przyjeżdżałem. Przecież uzgodniliśmy, że się wyprowadzam.
– Niczego nie uzgodniliśmy. Sam zadecydowałeś. Chcę, żebyś tu mieszkał – Marusi zaszkliły się oczy. – Twoja mama dobrze się tu czuje.
– Wychodzę – podniósł głos.
– Do tej znacznie starszej ode mnie kobiety?
– Co ty wymyślasz? To chore, że traktujesz ją jak rywalkę.
– Ona rada by włączyć ciebie do swojej galerii, o której wszyscy wiedzą.
– Nie obrażaj tej szlachetnej damy. I mnie. Czy nie spostrzegłaś, że cię lubi? A ty? Tak się jej odwdzięczasz? Jeszcze nie tak dawno chciałaś, żeby zamiast w pensjonacie zamieszkała tutaj.
– Nie pozwolę, by ta ciężka kobieta zniszczyła twoje życie – zmieniła temat.
– Dziękuję ci za troskliwość – powiedział zgryźliwie. – Wybacz, ale sam będę decydował o sobie. Wychodzę.
– Dokąd? Nie! Poproszę z dołu twoją mamę…
– Nie włączaj mamusi w nasze sprawy.
Minął rok, może trochę więcej. Relacje Nałkowskiej i Choromańskiego układały się w kształcie nieregularnej sinusoidy: raz ulegała jego płomiennemu urokowi z poczuciem winy, innym razem z uczuciem radości. W jej wyobraźni raz był chłopcem wymagającym czułej opieki, kiedy indziej zaś rozrastał się do rozmiarów złowrogiego demona. Przyszedł wreszcie dzień, kiedy uległa jego erotycznemu urokowi, bo „przebywanie z nim nie mogło być bezkarne”. Tego wieczora leżeli w łóżku w jej pokoju w „Maratonie”.
– Czasem odnoszę wrażenie, że idę przez życie z dziwacznym losem jak z przekleństwem – odezwała się po długiej ciszy.
– Myślałem, że nasze chwile są przyczyną wspólnej radości, a słyszę głos fatum.
– Jesteś ciekawy, frenetyczny, a nade wszystko utalentowany.
– Uciekasz od tematu.
– Radość jest, lecz wewnętrzna, przykryta kożuchem trosk. Dlatego na pierwszy rzut oka jej nie widać – przytuliła się do niego. – Życie nauczyło mię ją powściągać, bo często dostawałam po głowie.
– A ja po dupie – zaśmiał się głośno.
Nałkowska zawtórowała mu wesoło.
– Jesteś niepoprawny i za to także cię uwielbiam. – „I ubóstwiam ten doskonały młodzieńczy śmiech” – dopowiedziała w myślach.
– Mówiłaś o troskach. Sądzę, że to ja żyję w większym niepokoju; niepokój o mamę, siostrę, o dach nad głową dla nas, o chleb, o pisanie, żeby przestać być obcym… – wyliczał przejętym głosem.
– Porzuć perspektywę étranger’a. Nie jesteś już obcym.
– Wierzę, że dzięki tobie przestanę się tak czuć – musnął ją wargami.
Ta noc wywołała w niej mieszaninę różnych myśli: „Zawarłam z nim pakt oparty na filarze fascynacji gorzką młodością z przyporami wzruszenia i współczucia, czego nie mogę ukrywać przed sobą. Wbrew Karolowi, którego jedno miłe słowo… Ale nie ma go i nie będzie”.
W grudniu 1931 roku pisarka zanotowała w Dzienniku: „Istotne porozumienie trwa z Michałem Choromańskim. Osoba jego budzi na przemian gniew i współczucie, często podziw i znaczne lubienie. Ale ta sprawa nie sięga dość głęboko, w niczym nie odmienia mi świata, który jest rzeczywisty. Tylko, że dobrze jest siedzieć razem i rozmawiać, na nic nie bacząc. W jego czułości jest ciągła niedostateczna aprobata, ale nie jest to ważne. Tyle jest aprobaty wszędzie indziej, że nie tego mi już trzeba”.
W styczniu następnego roku Nałkowska przebywała w Zagrzebiu na premierze swojej sztuki Dzień jego powrotu. W hotelu spotkała się z Milutinem Čekićzem, pisarzem i reżyserem teatralnym. Spodobali się sobie. Atmosfera była sprzyjająca, mało brakowało, aby uległa przystojnemu Serbowi. Uratowała ją bliska premiera sztuki. Nie czuła oburzenia, obustronna namiętność była autentyczna. Jednak intencjonalnie „zgrzeszyła” wobec Michała. Miała wyrzuty sumienia.
W pierwszym tygodniu lutego Choromański umówił się z nią w jej warszawskim mieszkaniu. Czekała na niego stęskniona. Kiedy się spóźniał, narastało w niej zdenerwowanie. Zawsze była punktualna i wymagała tego od innych. Po upływie pół godziny była wściekła. W głowie miała kotłowaninę sprzecznych myśli, które męczyły ją od początku romansu. Kiedy przyszedł spóźniony o trzy kwadranse, przeważyły myśli żądające zakończenia tej historii. Rozsądek wziął górę nad uczuciem.
– Przepraszam, nie mogłem być na czas, bo… – zaczął się usprawiedliwiać.
– Żadnych wyjaśnień – przerwała mu kategorycznym tonem. – Dość tego!
Choromański zląkł się.
– Chciałem tylko… – próbował coś powiedzieć.
– Miarka się przebrała! – znowu mu przerwała. – Jestem kobietą i wymagam należytego szacunku w każdym wymiarze. Musimy to zakończyć, panie Michale – rzekła oficjalnie.
Zamurowało go. Nie wiedział, jak zareagować. Po kilku sekundach dotarło do niego, co się stało.
– Rozumiem. A więc zrywasz?
– To wszystko nie ma żadnej przyszłości. Wie pan to lepiej ode mnie. Ma pan przed sobą całe życie, przede mną rozciąga się już pustka. – Zastanowiła się chwilę, utwierdzając się w decyzji: „Dobrze robię. Dla niego i dla siebie”. – Rozstańmy się w zgodzie – zaproponowała.
– Nieodwołalnie? – upewnił się.
– Unikam powtarzania słów – była stanowcza.
– Nie zamknie to naszej przyjaźni? – zapytał błagalnie.
Nałkowska milczała.
Choromański, nie doczekawszy się odpowiedzi, ukłonił się i wyszedł. Poza ostatnim pytaniem, nie okazał chwili słabości.
Pani Zofia z trudem powstrzymywała łzy. „A jednak kochałam go. Cóż z tego, skoro nie umiem nigdy stworzyć, ani ukształtować swego uczucia. Potrafię tylko je niszczyć. Czy miałam prawo zniszczyć jego miłość? Już chyba do końca życia będę się męczyć z wewnętrzną niesprawiedliwością” – rozpaczała.
W połowie lutego Nałkowska przyjechała do Łucka, gdzie w Teatrze Polskim na Wołyniu odbywały się przedpremierowe próby do jej sztuki Dzień jego powrotu, w których uczestniczyła. Popołudnia i wieczory miała wypełnione wizytami towarzyskimi. Wielokrotnie gościła u wojewody wołyńskiego, Henryka Józefskiego, malarza-amatora, przyjaciela pisarzy i artystów. Kiedy miała wolny wieczór, w hotelu pracowała nad nowymi projektami.
Wielość zajęć nie usunęła myśli o Choromańskim: „Jego fenomen rozrósł się do gigantycznych rozmiarów, właściwie żyłam jego życiem, w jego kategoriach. Zapominałam o sobie. Ostatnie tygodnie z nim były przepełnione miłością wariacką, nawet immoralną. Obawiałam się, że już nie będę mogła pisać. W przeciwieństwie do całego okresu Karola, w przypadku Michała byłam deprymowana działaniem niezmiernie silnej, demonicznej osobowości. Teraz powoli wracam do siebie” – zakończyła refleksje spokojniejsza.
Kilka dni po premierze pisarka wróciła do Warszawy. Z poczty odebrała dużą przesyłkę poleconą z Zakopanego. Choromański odesłał wszystkie jej listy. Bez słowa komentarza.
W sierpniu oboje spotkali się przypadkowo w redakcji „Wiadomości Literackich”. Zachowywali się tak, jakby nic się nie stało. Poszli na kawę.
– Od dnia rozstania miałem same pochmurne dni i nie przespane od cierpienia noce – żalił się.
– O sobie nie będę mówić ile mię to kosztowało.
– Nie myślała pani o mnie przez ten czas?
„Egoista. Poza mefistofeliczną naturą, jeszcze to…” – spojrzała na jego pewną siebie minę.
– Miałam dość troski o siebie, by myśleć o panu – odpowiedziała prawie arogancko.
Michał zorientował się, że sprawa jest definitywnie zakończona. Musiał obrać inny kierunek dialogu.
– Zgodzi się pani, abym przeczytał jej moją nową powieść? – zapytał niepewnie.
– Nigdy nie odmawiam młodym talentom, żeby pomóc oszlifować tworzywo, które nie zawsze musi być brylantem, lecz może zyskać jego blask. Zapraszam do Górek, gdzie się tym zajmiemy.
W letnim domku w przez dwa słoneczne dni czytali na zmianę Zazdrość i medycynę. Nałkowska zasugerowała kilka stylistycznych poprawek.
– Jest dobra – podsumowała krótko po zakończonej sesji. – „Może gatunek powieści nie jest najwyższy, ale talentu nie mogę mu odmówić” – dokończyła w myślach.
Kilka dni później Karol Szymanowski zaprosił Nałkowską na śniadanie do „Simona i Steckiego”. Uprzedził, że będzie także Choromański, pisarka zgodziła się. Podczas spożywania posiłku i rozmów o niczym było przyjemnie i… nic więcej. „Właściwie nie wiem, po co mnie zapraszał – pani Zofia zastanawiała się, opuszczając lokal. – Czy chciał mnie skonfrontować z Michałem? Prawdopodobnie wiedział, że się rozstaliśmy, lecz na pewno nie wiedział, że ponownie nawiązaliśmy kontakt”.
Michał zaproponował pani Zofii odprowadzenie do taksówki. W końcu stanęło na tym, że pojechali oboje.
– Niedawno w Zakopanem długo rozmawiałem z Szymanowskim. Wyznał mi w sekrecie… – zrobił wymowną pauzę – że panią kochał – dokończył szeptem, żeby nie słyszał taksówkarz. – Nie wiem dlaczego mi to powiedział. A może wiem…
– Takich rzeczy raczej się nie mówi osobom trzecim – była poruszona tą informacją. – Ale wierzę panu. Dziwne to… – „Dziwna gra Karola. Przecież mnie nie kochał – snuła refleksję. – Zapewne powiedział mu, będąc przekonanym, że mi powtórzy”.
– Musiało pani być przyjemnie mieć nas dwóch przy stole, wiedząc, że obaj…że on i ja… – plątał się.
„Ten chłopak niczego nie pojmuje – popatrzyła na niego z pobłażliwością. – Nie wie, bo niby skąd ma wiedzieć, że wyczekuję na list od Miroslava Krležy, który zniewolił mię swoim czarem…”.
Minęło półtora roku. Po czytelniczym sukcesie Zazdrości i medycyny oraz po przyznaniu Choromańskiemu w lutym 1934 roku Nagrody Młodych Polskiej Akademii Literatury, pisarz zaprosił Nałkowską na śniadanie do hotelu Bristol. Po zerwaniu i kilku niezobowiązujących późniejszych spotkaniach, teraz nastąpiło przyjazne pojednanie. W tym czasie pisarz mieszkał w Zakopanem z Cecylią Nalepińską, urodziwą i zdolną projektantką kostiumów i aktorką, starszą o rok od Nałkowskiej.
– Jest pan sławny – pani Zofia pochlebiła mu.
– I chory – uzupełnił. – Dziękuję za oddany głos na moją kandydaturę.
– Gratuluję sukcesu. Dobra jakość roboty pisarskiej i uznanie czytelników… Czegóż więcej potrzeba?
– Wszystko oddałbym za zdrowie.
– Doszły mię słuchy, że coś się u pana zmieniło…
– Nie taję, że mam partnerkę. Cecylia jest wszechstronnie uzdolniona.
– Widziałam ją w Zakopanem. Pamiętam także jej dawny salon literacki naprzeciwko „Ziemiańskiej”.
– Mamy się pobrać… – rzekł bez przekonania.
– Nie wierzę – zdumiała się. – „Zastąpiła niejako mnie – pomyślała bez satysfakcji. – Ponoć stanowcza i mocna. – Kiedyś ładna, teraz… brzydsza ode mnie. Dlaczego on lgnie do starszych kobiet, jak muchy do miodu? Nie chcę znać odpowiedzi”.
Choromański nie ożenił się. Rozstał się z Nalepińską, która przeżyła to bardzo boleśnie. W 1935 roku pisarz poznał dwudziestoośmioletnią tancerkę i choreografkę, Ruth Sorel (z domu Abramowicz). Tuż po wybuchu wojny, 6 września 1939 roku pobrali się. Ze względu na jej nie aryjskie pochodzenie musieli opuścić okupowaną Polskę. Przez kraje Europy zachodniej przedostali się do Brazylii, po trzech latach zamieszkali w Kanadzie.
Zofia Nałkowska zmarła w grudniu 1954 roku. Niecały rok później Michał Choromański i Ruth Sorel powrócili do Warszawy.
Franciszek Czekierda





