Dwa lata temu odszedł Wojciech Pestka, wrażliwy poeta, wybitny prozaik, niezrównany reporter, pracowity redaktor. „Kochał ludzi, świat, literaturę i Ukrainę” – napisałem w „Kurierze Lubelskim” w dniu śmierci Wojtka, 3 kwietnia 2023 roku. Przeżył 72 lata. Dziś powtórzę za Wawrzyńcem Pestką, synem Wojtka, „że nade wszystko kochał Jedlnię, swą małą ojczyznę, jej historię i jej mieszkańców”.
O sobie mawiał:
„od święta poeta, na co dzień prozaik, scenarzysta, tłumacz: z wykształcenia matematyk, rolnik z przymusu, literat z wyboru. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich”. W tym miejscu muszę dodać: mój Przyjaciel.
Nić sympatii zawiązana podczas studiów na lubelskim UMCS z latami przekształciła się w mocne więzy męskiej przyjaźni. Nasze pierwsze zdjęcie pochodzi z roku 1973, tworzyliśmy wtedy poetycką grupę Samsara, ostatnie z radomskiego szpitala, kilkanaście dni przed Jego śmiercią. Pół wieku serdecznych kontaktów, pół wieku przyjacielskich relacji. We dwójkę przejechaliśmy kawał świata. Każda nasza wyprawa była szczególna, spotykaliśmy niezwykłych ludzi, uczestniczyliśmy w zaskakujących sytuacjach i wydarzeniach, niejednokrotnie ocieraliśmy się o historie tajemnicze i fascynujące. Odbyliśmy wyprawy na Litwę, Łotwę, Słowację, Byliśmy w Estonii, Armenii i Kazachstanie. Wielokrotnie na Ukrainie, Białorusi, w Rosji i Mołdawii. Odwiedzaliśmy znajomych, uczestniczyliśmy w zjazdach i sympozjach literackich, przemierzaliśmy nie tylko turystyczne szlaki.
Wschodnie wojaże traktowałem jako artystyczne ekspedycje, poznawałem pisarzy, wydawców, mego Przyjaciela interesowała historia: losy ludzi prostych, skazanych przez wojny i polityczne zawieruchy na cierpienie, głód, poniewierkę. Do spisywania tych dramatycznych przeżyć i doświadczeń ponaglany bywał przez teścia Mikołaja Szegdę, wieloletniego więźnia ponurego łagru w Workucie. W latach 2009–2020 opublikował trzy obszerne zbiory artystycznych reportaży z serii Kresowa Apokalipsa: Do zobaczenia w piekle, Gdyby Polacy nie byli Polakami, Diabelska maszyna do szycia.
W swych książkach nie unikał spraw trudnych, śmiało sięgał po tematy dramatyczne i drastyczne. Nie koncentrował się jednak wyłącznie na przeżyciach Polaków, nie rozpamiętywał jedynie polskiego bólu, ale wsłuchiwał się w relacje Ukraińców, Białorusinów, Żydów, Łotyszy i Litwinów, rejestrował ich doświadczenia i refleksje. Tworzył dzieła o wymiarze uniwersalnym, o losie jednostki w systemie totalitarnym. Te książki dalekie są od powszechnie panującej dziś ,,poprawnościowej” historii, to głębokie, poruszające traktaty o paradoksach dziejów i koszmarach ludzkiego losu.
Nie tylko mnie zachwyciły te dzieła. Przełożono je na kilkanaście języków. Autora doceniano międzynarodowymi laurami literackimi, nagrodami, medalami, dyplomami. W 2013 roku za książkę Do zobaczenia w piekle – przetłumaczoną przez Andrija Pawłyszyna i opublikowaną lwowskim wydawnictwie „Astrolabia”– otrzymał międzynarodową nagrodę im. Mikołaja Gogola. Nagroda była wyrazem uznania ukraińskiego świata literatury dla polskiego autora.
W uzasadnieniu werdyktu jury znalazło się stwierdzenie Jewhena Barana: „Żałuję, że ukraińscy pisarze nie napisali takiej książki. […] Wojciech Pestka, który wystąpił jako autor-redaktor książki Do zobaczenia w piekle, udostępnionej czytelnikowi ukraińskiemu, pokazał jak można eksperymentować z formą rozmowy i jak tej formie nadać ton tworzący wzorzec gatunkowy”. Uroczystości uhonorowania polskiego pisarza towarzyszyły spotkania autorskie w Maniewiczach, Sarnach, Nowowołyńsku połączone z obchodami 70. rocznicy Rzezi Wołyńskiej 1943–1945, w których uczestniczyli pracownicy Konsulatu Generalnego w Łucku z Konsulem Generalnym Krzysztofem Sawickim.
Otrzymał szereg znaczących nagród, przypomnę Międzynarodową Nagrodę Literacką im. Hryhorija Skoworody (Ukraina), Nagrodę Pióra (Łotwa), Laur miesięcznika „Dukla” (Słowacja). W 2013 r. za zasługi w promowaniu kultury i historii Polski na Wschodzie – na wniosek ambasadora RP na Ukrainie Henryka Litwina – został uhonorowany odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”, a minister kultury RP profesor Piotr Gliński dokonania Wojtka nagrodził srebrnym medalem Gloria Artis. Z tego pakietu wyróżnień Laureat najbardziej cenił sobie przyznany przez Ukraińską Fundację Kultury medal „Za Wierność Przesłaniu Poety”.
W lutym 2022 roku, po inwazji Rosji na Ukrainę, Wojtek – człowiek wielkiego serca – przyjął pod swój dach czterdziestu uchodźców, w jego domu mogli ochłonąć po szoku wojny, zebrać siły po ucieczce, znaleźć pracę. Uchodźcami – w zasadzie – opiekowała się żona Wojtka, Danusia. Potrafiła uzyskać wsparcie od sąsiadów, znajomych, kilku organizacji. Nie skąpili grosza – o czym chętnie i często przypominam – członkowie Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W dniach wojny Wojtek nie zrezygnował z reporterskich wyjazdów na Ukrainę, trafiał na linię frontu, ocierał się o śmierć. Fotografował zrujnowane domy, rozbite pojazdy cywilne i wojskowe, pomagał rannym, odwiedzał ich w szpitalach. Jego relacje z wojny cieszyły się ogromną popularnością, bywały drukowane w prasie europejskiej. Po powrocie do kraju nie ustawał w wysiłkach zbierania pieniędzy na kamizelki kuloodporne i noktowizory. „ – Ludzie chcą walczyć, ale chcą i żyć. Musimy pomóc im przetrwać” – mawiał.
Debiutował (oficjalnie) w lubelskiej „Kamenie”, nieoficjalnie w pisemku „Niepokorni”, które w czasie studiów tłoczył na dziecięcej drukarence dostępnej w tamtym czasie w sklepach z zabawkami. W Jedlni (ziemia radomska), gdzie zamieszkał po wyrzuceniu z pracy na częstochowskiej uczelni, objął czterohektarowe gospodarstwo po dziadkach. Naciągnął gumiaki, stanął za pługiem, bo – jak wspominał – nie pozwolono mu pracować nawet w podstawówce. Dwadzieścia lat uprawy roli, każdego roku orka, zasiewy, zbiory, każdego dnia obrządek inwentarza. „ – Nie było łatwo – wyznał w jednym z wywiadów. – Nie miałem przecież pieniędzy, maszyn, wiedzy o gospodarowaniu”. Radził sobie, utrzymał rodzinę, czwórka dzieciaków dorosła i ukończyła studia. Pokochał okolicę, poznawał jej historię, zdobywał sympatię i szacunek sąsiadów. I nie odkładał pióra. Pisał w każdej wolnej chwili, a że takich chwil rolnik nie ma, pozostawała noc. Potrafił pracować za dwóch, może nawet za trzech. Tworzył, przekładał, założył miesięcznik parafialny „Nasza Jedlnia”. Przypomniał się kolegom z dawnych lat, został współpracownikiem dwumiesięcznika „Lublin. Kultura i Społeczeństwo”, redaktorem serii „Biblioteka Literatur Naszych Sąsiadów”, niestrudzonym organizatorem sesji literackiej „Pisarze Świata w Lublinie”, jurorem Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Józefa Łobodowskiego.
Przyjaźnią obdarzyli Wojtka pisarze z Białorusi, Ukrainy, Rosji, Słowacji, Tatarstanu, Kazachstanu, Armenii i Udmurcji. Przekładał ich wiersze, poematy utwory prozatorskie. Pierwszy w Polsce przetłumaczył powieści wybitnego prozaika Ukrainy Wasyla Słapczuka. Dziś ukraiński pisarz cieszy się w Polsce wielka popularnością, należy więc przypomnieć, że pierwsza jego książka Kobieta ze śniegu opublikowana została w serii lubelskiego Stowarzyszenia Pisarzy „Biblioteka Literatury Naszych Sąsiadów”, a przekład jest wspólnym dziełem Iwony Wasilewskiej i Wojciecha Pestki.

Wydałem kilka książek Wojtka, były to tomy wierszy, zbiory prozy, sztuki sceniczne. Każda edycja to wielka przygoda intelektualna. Monodram Syrop z kocimiętki ukazał się w serii „Książki Duma Lublina”. Lektura wstrząsnęła Piotrem Fronczewskim i niezrównany aktor wyraził gotowość do scenicznej prezentacji Syropu. Powieść Powiedzcie swoim, za którą wyróżniony został lubelską nagrodą Bolesława Prusa, posłużyła Jackowi Gwizdale jako scenariusz filmu Klecha, to rzecz o protestach robotników w Radomiu roku 1976 i o męczeńskiej śmierci ks. Romana Kotlarza, kapłana radomskiej wsi, który miał odwagę pobłogosławić protestujących robotników, a dwa miesiące później umarł skatowany przez nieznanych sprawców. Bezkompromisowa narracja dotyka również kontrowersyjnej i okrytej milczeniem kwestii współpracy polskiego kleru ze służbami PRL. Film w znakomitej obsadzie (w rolach głównych Roman Baka, Piotr Fronczewski, Danuta Stenka, Artur Żmijewski, Janusz Chabior, Marcin Bosak, Robert Gonera) nie przedarł się na ekrany, mimo kilkakrotnych informacji o premierach. Pierwszą zaplanowano w 90.rocznicę urodzin bohatera filmu (17 października 2018 roku), kolejne w następnych miesiącach i latach. Wojtek, twórca niepokorny, przekonany o swej misji głoszenia prawdy i edukowania bliźnich, w poszukiwaniu sprzymierzeńców ratowania filmu stukał do wielu drzwi kurii i ministerstw. Czy coś wskórał? Jego pasja musiała budzić szacunek, argumenty zaś musiały mieć swoją wagę i siłę, a choć – zapewne z różnych powodów – decydenci nie mogli im ulec, to musiały zapadać w pamięć. Największy wieniec z biało-czerwonych róż złożyli na wiejskim grobie Wojtka przedstawiciele Ministerstwa Kultury, zaś wiceprezes Rady Ministrów – profesor Piotr Gliński sygnował nekrologii pisarza z Jedlni publikowane w prasie ogólnopolskiej. Dziś czytam w Wikipedii, że film Klecha nie został ukończony z powodu upadłości producenta filmowego. Dodam więc szybko o kilku zamkniętych projekcjach, jedną z nich zorganizowali przyjaciele zmarłego pisarza w lubelskim kinie Bajka, poprzedzona była spotkaniem z reżyserem i małżonką Wojtka, Danutą Szegda-Pestka.
Wiele pięknych rozpraw i szkiców poświęcił Powstaniu Styczniowemu. Wspomnę gawędę o płk. Dionizym Czachowskim Starzec straszniejszy od diabła. Wiekowy dowódca – przez Rosjan zwany „strasznym starcem”, pierwszy sukces odniósł już w pierwszej godzinie powstania: „W Jedlni, wiosce niedaleko Radomia, stali saperzy. Czachowski tak zręcznie i w tajemnicy napad urządził, że zabrał wszystkich bez rozlewu krwi – zabrał broń, amunicję i z obładowanymi furgonami przybył do Wąchocka” – zapisano w XIX-wiecznych kronikach. To prawda, Wojtka interesowali szczególnie bohaterzy ziemi radomskiej. Przywrócił pamięć wielkiego patrioty, proboszcza Jedlni, uczestnika powstań listopadowego i styczniowego, historyka Kościoła ks. Józefa Gackiego, publikował reprinty jego prac monograficznych i modlitewnika Głos do Boga, nie skąpił sił ni pieniędzy przy odbudowie pomnika nagrobnego, a także zainicjował akcję nadania bibliotece gminnej imienia ks. Gackiego. Kiedy zbliżała się 600.rocznica bitwy pod Grunwaldem zgłosił projekt wzniesienia pomnika króla Władysława Jagiełły. I pomnik stanął, jako trzeci taki monument na świecie. Władysław Jagiełło często bywał w Jedlni. Jan Długosz pisał, że 23 razy. Miał w pobliskiej puszczy dwór myśliwski i zimą wiele razy przyjeżdżał na polowania. Tu – jak głosi legenda – przygotowywał się do bitwy z Krzyżakami. A na uroczystości odsłonięcia zjawiło się kilkunastu pisarzy z całego świata.
Lubię i cenię wiersze Wojtka, przywracają wiarę w miłość, szlachetność, piękno. Zachwycają mnie Jego liryczne uniesienia z tomu wierszy Spacer po linie napisanym wspólnie z ukraińską poetka Anną Bagrianą, ujmują utwory z obsypanego nagrodami zbioru Dziesięć wierszy dla Grosza, przypominają o ludzkim obowiązku trwania w prawdzie, nieuleganiu podszeptom zła, potrzebie wiary w zwycięstwo dobra. Z tomu Przejście, ostatniego dzieła Przyjaciela, zapamiętałem słowa:
***
Panie czasu i stworzenia
przez moje trzewia
płynie twoja ciemna rzeka
posadź na jej brzegu kaczeńce
każ weselić się wróblom
muzykować świerszczom
bym uwierzył w Ciebie
że jesteś
by mi było lekko umierać
Piękny wiersz Wielkiego Poety.
Każdy utwór, każda książka Wojtka warte są solidnego eseju zaś ekspedycje – powieści lub opowiadania. Na koniec więc kilka słów o jednej ze wspólnych wypraw. Na Słowacji, w roku 2018, w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się u podnóża Kapuszczańskiego Wierchu, na którego szczycie piętrzyły się ruiny zamczyska. Lokalna legenda głosi, że stare mury skrywają skarb konfederatów. To w pobliskim Preszowie, stolicy historycznego regionu Szarysz, 13 października 1770 roku konfederaci barscy ogłosili detronizację króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Wsparcie konfederatom – obrońcom wiary katolickiej i niepodległości Rzeczypospolitej – udzieliła Turcja, tureckie złoto na wyposażenie sił konfederackich złożono w okolicy zamku, może w jego podziemiach, może oficynach… Nie zdążono skorzystać z daru, konfederaci zostali pokonani, złota szukają do dzisiaj. Postawić stopę na ziemi skrywającej skarb, gratka nie lada. Ruszyliśmy na szczyt, siąpił październikowy deszcz, nie odstraszyła nas informacja, że przed nami 90 minut uciążliwej wspinaczki. Pięliśmy się mozolnie przez bukowy las, a z góry – co pewien czas – schodziły grupki Cyganów. Nie byli to poszukiwacze skarbów lecz grzybiarze. Dźwigali kosze pełne opieniek, na Słowacji zwanych vaclavkami lub medovymi hubami. Wymienialiśmy uprzejme pozdrowienia, jeden z grzybiarzy, najbardziej dociekliwy, rzucił pytanie: – szukacie grzybów czy skarbu?
– Nie poszukujemy skarbu, jesteśmy jego strażnikami! – Wojtek znalazł taką odpowiedź.
Język słowacki nie jest trudny dla Polaka, podobnie polski dla Słowaków. Zrozumieliśmy pytanie ciekawskiego, on odpowiedź.
A smażone vaclavki smakują wybornie. Raczyliśmy się nimi w podgórskiej gospodzie po skończonej wspinaczce. Nie był to koniec niespodzianek. Szynkarz miał dla nas garść cygańskich i słowackich piosenek ale także coś dla specjalnych gości: Pieśń konfederatów barskich. Wysłuchaliśmy w skupieniu.
Nigdy z królami nie będziem w aliansach
Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi
Bo u Chrystusa my na ordynansach
Słudzy Maryi…
Kiedy wspominam tamte chwile, jeszcze dziś czuję ciarki na grzbiecie.
A „strażnik konfederackiego skarbu” – urząd, który może piastować osoba wielkiej wyobraźni. Jeszcze jeden honorowy tytuł Wojtka.






