Trzy pory roku
jabłko spada ciążącym błękitem nieba
ostre krawędzie powietrza
tną liście odlane z brązu
zanurzone w patynie słońca
ziemia pęka z pragnienia
biorą zimny oddech kłosy
sieją dojrzałym złotem ziarna
tak okrywa się świata sypialnia
w dojrzałe brązy Tycjana
potem przyjdzie sen
w witrażu płatków śniegu
w klejnotach lodowych łez
melodią poświstu wiatru
z ciemności ziemi wykluje się
przebiśnieg jak kropla szmaragdu
Młodość
młodość uciekła ciemnym ptakiem
po rysie nieboskłonu długiej i jest
ta senność niby w trumnie pamiętaniem
co dotyk zbiera i wzrok kruszy gest
niepełny cały głuszy i rąk złożenie
miłowanie gaśnie jak w czas rzucony kamień
tak walczę z dzikim sekund marszem
i ciągłym myśli śpiewnym fałszem
przyszłości zórz już nie doścignę
miłości ja jedynie dawca.
tak rośnie tęsknota nieba i
jest śmierci ciemna liczba
ja coraz większy ona
coraz mniejsza
tak płonie oczu zatęsknienie
i ust spękane słoje jak w pocałunku drzewie
ścięte do krwi poprzez złe śnienie
samotne w łóżku objęcie
puste oddechu drżenie
Narodziny
moje ciało odpływa kruchy statek w noc
tylko oczy iskrzą się gorączki gwiazd
i ciała naczynie wypełnia tęsknota gęsta
ciepłej ciszy koc otula niepewność
dotknij mnie i uczyń prawdą mój ból
i uczyń prawdą to że chcę być najbliżej
pozwól mi poznać twój oddech śmielej
całuj moje łzy moją niewinność wyjście
z niechcianych ról i przytulenie prawdę
pisaną krzykiem dotykiem palców po skórze
kochaj mnie by na nowo
jeszcze raz przyszło na świat dobro
jeszcze raz mógł odrodzić się czas
zasypiamy maleńcy
w pocie skupieniu i drżeniu
locie snów dziecinnie dorośli w milczeniu
Zagubiony
papieros przed snem
ciche zaproszenie śmierci
do pustego pokoju
boję się przyszłości
wszystkich odrzuceń
w poszukiwaniu czułości
bez złości z poczuciem że
wybory już podjęte
a serce wciąż puste
20 papierosów w paczce
jak naboje w komorze
gram w rosyjską ruletkę
codzienności bo już nie wierzę
w piękno oczekiwania
Więź
wróciłem z nową twarzą
słońce świeciło już inaczej
stare obietnice stały się prochem
śmierć skróciła listę ukochanych imion
ojciec nie zastał syna
syn nie poznał ojca
gdy rany przeszły w blizny
zgubiłem uśmiech dziecka
chciałbym przytulić się
i żeby miętowa
czekolada z dziadkiem
smakowała tak samo
wspomnienia rwą się
jak babie lato
nie ma już dziadka
lata i czekolady
czas prześcignął serce
po raz kolejny
Dom (powrót)
oczy matki są niespokojne
jej słowo przepraszam
obracam ostrożnie
jak kawałek stali
oblepiony lękiem nie chcę
skaleczyć się przeszłością
topię ćmę strachu
w szklance piwa
tęsknotę za tym
by dom był czymś więcej
niż tylko słowem
powrót jest drżeniem
gdy zasypiam tulę
w sobie to co nienazwane
pocałunki i dotyk dłoni
śmiech dziecka i rysunki
przyklejane na lodówce
długie nocne rozmowy
Arkadiusz Paweł Chmielewski (1999) Poeta, Magister Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (2024). Talent Roku 2017 XX Ogólnopolskiego przeglądu poezji Jesienne Debiuty Poetyckie. Stypendysta Prezydenta Miasta Lublin za działalność artystyczną (2018). Stypendysta Prezydenta Miasta Lublin za realizację projektu Literacki Wehikuł Czasu propagującego poezję polską (2025). Kandydat do Związku Literatów Polskich (2024). Członek radia Gab In Net (2024).





