Strona główna Rok 2025 Nr 583 Radosław Marcin Bartz – Wiersze

Radosław Marcin Bartz – Wiersze

0
191
Radosław Marcin Bartz czytający poezję
Foto: Elżbieta Wojciechowska

Radosław Marcin Bartz. Przede wszystkim ojciec. W wolnych chwilach poeta i fotograf, a w chwilach zajętych – manager w dużej korporacji. Od 2012 roku ponownie związany z Poznaniem, gdzie inicjuje i prowadzi cykle spotkań literackich, a także artystycznych (m.in. Wiersze w piwnicy, Venflon Poetycki, Przystanek Poezja, Poetycki Raban).

Redaktor w miesięczniku „Bezkres”, oraz redaktor naczelny kwartalnika „Period”.

Debiutował tomem „Monodram” (Sowello, 2020), by dwa lata później wydać „To jeszcze nie jest wielki świat pięknych rzeczy” (FONT, 2022). Jego wiersze pojawiły się czasopismach tematycznych (m.in. Protokół Kulturalny, Angora), oraz antologii „Wiersze dla Ukrainy” (Wydawnictwo IX, 2022) i kilku antologiach grup internetowych, a także pokonkursowej antologii „Wiersze z Szuflady” (Ridero, 2019 ) – konkurs organizowany przez Niezależne Zrzeszenie Studentów Uniwersytetu Adama Mickiewicza – zajął pierwsze miejsce.

Kilkukrotnie prezentowany przez profesora Stanisława Górkę podczas spotkań „Poetyckie potyczki w Kopkach z Górką”, oraz wyświetlany na ścianie kamienicy, przy ulicy Brackiej 1 w ramach projektu „Wiersze na murach” zorganizowanego przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich oddział w Krakowie.

Lubi poetyckie eksperymenty, dzięki którym tworzy własny styl wypowiedzi.

Członek Grupy Literycznej Na Krechę.

Radosław Marcin Bartz

Spałem dzisiaj z obcym mężczyzną

spałem dzisiaj z obcym mężczyzną
twarz miał smukłą i ogoloną dwa dni temu
głęboko osadzone oczy w odcieniu miodu gryczanego
kruczoczarna grzywka beztrosko opadała na czoło kryjąc drobne krople potu
pachniał lasem iglastym lekko zroszonym tanim winem

w końcu upał za oknem wybudził także jego
przetarł policzki i spojrzał na zegarek

spałem dzisiaj z obcym mężczyzną
pozostali pasażerowie jeszcze śpią

następna stacja – Koluszki

Platonicznie

siadam obok siebie bo przy tobie zajęte
oparcie plastikowego fotela murem
między nami pokolenia
starsze panie z zakupami
panowie dźgają je parasolami w łydki
tramwaj jeszcze nie ruszył
a już brak mi słów
czwarty dzień tygodnia
ósma podróż bez słowa
w tę i nazad
w domu tylko kot się cieszy
na widok pełnej miski

poranna kawa i papieros

perfekcyjne połączenie ziaren wodą zalanych żar w głowie przynosi nagłe oprzytomnienie daje balans emocjonalny i psychiczne upojenie i przyjemnie ciepły dotyk na ustach spękanych

poranne spojrzenia nabierają barw wyraźnych czy to przypadek, czy może roztargnienie

czy papieros wydający przezroczyste tchnienie? słońce uśmiechem budzi z koszmarów sennych

dni mijają nazbyt szybko

poranki, choć podobne, każdy wyjątkowy gdy witają mnie twe usta gorące

i spojrzenie mówiące wszystko

ostatni kawy łyk i jestem gotowy

nastał nowy dzień – dzień dobry słońce

mówili, że…

mówili, że za mało się uśmiecham więc zacząłem

i że mój uśmiech jest sztuczny więc przestałem

mówili, że za mało się przytulam więc zacząłem

i że robię to nieczule więc przestałem

mówili, że za mało się odzywam więc zacząłem

i że mnie nie rozumieją więc przestałem

mówili, że każdy może płakać więc zacząłem

i że łzy są mało męskie więc przestałem

mówili, żebym pokochał więc zacząłem

i że nie okazuję emocji więc przestałem

mówili, mówili, mówili… więc słuchałem

stałem się zbyt łatwowierny więc przestałem

bo jak nie mogę spać, to dlatego że…

Dedykuję Ulicznym Pokazom Świetlnym

na sypialni suficie.

lubię

gdy zasypiasz mi na ramieniu słyszę serca twego rytm kojący zapach włosów

choć łaskoczą trochę w nos

lubię

zrównać nasze oddechy oraz trzymać twoją dłoń drugi zamykać oczy obserwować nocy blask

lubię

gdy zasypiasz mi na ramieniu ale

nie umiem spać na plecach

nocnymi ulicami spacery

szare miasto pogrążone w zamęcie

księżyc wtulony w nocne obłoki

w oddali słychać czyjeś kroki –

to przechodzi ludzkie pojęcie

galimatias

mętlik w głowie

nogi znów pomyliły krok

a igły w stogu siana

ze świecą

szukać nie

wypada

świat nie do zobaczenia

między wierszami
na dole strony tuż przy krawędzi
gdzie krawężnik styka się z jezdnią
ludzie parkują drogie samochody
byle w cieniu stanąć
nie pod drzewem
tam ptaki biorą na celownik istnienia
a kowale noszą na plecach upiorne maski
nie na płycie kanału by Norek mógł wyjść z pracy
na Wolę pojechać tramwajem
mijając akwarium bez rybek gdzie stanął pierwszy McDonald’s
burger z nożem i widelcem
politycy przecięli wstęgę
przekroczyli linię mety
koniec epoki

początek drugiej
strony monety wirującej w powietrzu
statystycznie pięćdziesiąt procent że wypadnie reszka
trzydzieści siedem procent zawartości alkoholu w wódce
na obiad orzeł i trzynaście procent ziemniaków
warzywa na patelnię jeszcze dochodzą
daleka droga z marketu do domu
jeszcze kawał
przychodzi baba do lekarza
w izbie przyjęć kolejka
wymarzony prezent pod żywą choinką
martwe karpie smakują mułem
klaczą z oślej ławki
zakładka
wiersze należy dozować

nie tylko mężczyźni pochodzą z Marsa

dawno temu okazało się że dżdżownice mają silną nietolerancję rdzy
musiały opuścić statkami powierzchnię czerwonej planety
dżdż-2 stopił się w gęstej atmosferze Wenus
dżdż-5 doleciał na Ganimedesa z którego pięknie prezentuje się największa burza
w układzie słonecznym co budziło wspomnienie odległego domu

dżdż-3 wylądował na błękitnej planecie
tak jak Marsa dawniej zamieszkiwali Marsjanie
tak Ziemię opanowały Ziemniaki

kolonizacja i adaptacja trwała przynajmniej siedem pokoleń

ich dalszy los jest nieznany
ktoś wyrzucił dziennik pokładowy
spalił archiwa i podał nadgryzione jabłko

narodziny świata – zarys ogólny

biała przestrzeń w dwóch wymiarach
bezwładny człowiek
leci
spada
stoi na czarnej kresce
maszeruje

nie ma chmur
nie ma słońca
nie ma dźwięku
nie ma horyzontu

litery układają się w słowa
imiona nazwiska miejsca kolory
żywioły i czas

narodziny religii
podziałów

rozmowa z bogiem poza czasem

bóg: ja ciebie stworzyłem
ja cię mogę zniknąć

Pan Arendt: jeśli umrę
pozostanie mój świat
notatnik
każdy czytelnik zostanie
księżycem

bóg: tobie równych istnieje więcej
każdy wyjątkowy
każdy jednakowy

Pan Arendt: ja ciebie stworzyłem
ja cię mogę zniknąć

tabula rasa

na peronie dziewiętnastowieczny parowóz
Święty Piotr sprawdza bilety
mimo obszernych blankietów idzie mu to sprawnie
podróżnych stale przybywa a wagony ni to stoją ni to jadą
znikają jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki
a w ich miejscu natychmiast pojawiają się kolejne

Pan Arendt ściska w dłoni pustą kartkę
w drugiej drewniany przyrząd z grafitowym czubkiem wyciętym w szpic
coś się kończy coś się zaczyna
jest tak wiele możliwości
czasu aż nadto
pociąg na koniec świata odjeżdża za kwadrans

wszystko będzie inaczej już było

notatnik w twardej oprawie
bez kratki bez linii
bez litości krzyczy o zaległościach
krzyczy o remoncie
o ulubionej książce
na nieprzykręconej półce
krzyczy bezdźwięcznie
nerwowo szarpanym pismem
drukowanych liter

czas bezwzględnie osadza się na głowie
srebrnymi minutami i słabnącym wzrokiem
zmarszczkami
(dla niektórych bywa łaskawszy)
pozwala notować przed snem
co było do zrobienia
a będzie zrobione nigdy
co jest do zrobienia
a będzie zrobione jutro

koniec świata – zarys ogólny

choroby cywilizacyjne
upadek wartości
hałas hałas hałas
przebodźcowane społeczeństwo

niedokończone sprawy
zgrzytanie widelców o talerze
gorzki smak wódki
ból głowy

wyrzuty sumienia
wyrzuty
wy

historia zatacza koło
czy wojna jest jedynym rozwiązaniem?

Poprzedni artykułLudmiła Janusewicz – Szczeciński Pryzmat Literacki
Następny artykułStanisława Górki poetyckie widzenie świata – Joanna Kulmowa

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko