Jeżeli będziemy rozmawiać o historii i literaturze Wileńszczyzny, zawsze pojawi się nazwisko Wojciecha Piotrowicza – wiernego mieszkańca rodzinnej ziemi, badacza jej tajemniczej przeszłości. Jeżeli Wojciech ma opowiadać o urodzie i magii Wilna, o doświadczeniach dzieciństwa w okolicach Podbrodzia, o twórczych fascynacjach, będzie to narracja kameralna, dyskretna, przejmująca. Albo te jego strofy z szacunkiem dla tradycji, wyciszone, refleksyjne, jak wczesna „Dygresja” w antologii „Sponad Wilii cichych fal”:
…Zachód z chmur
Jak czas z marzeń
Zdejmuje pozłotę
Ostatniego muśnięcia promyka
Las o innym już gwarzy
Cień chwilowych miraży
Z Gałczyńskiego Farlandią
Gdzieś znika
W tym zbiorze sprzed lat wielu, obok wierszy Wojciecha, pojawiły się wtedy poezje m.in. Henryka Mażula i Romualda Mieczkowskiego, dzisiaj nazwisk doskonale rozpoznawalnych w świecie literackim, że wspomnę o wydawanym od ponad 35 lat przez Romka bezcennym kwartalniku „Znad Wilii”, ogniskującym to, co niezbywalne w utrwalaniu wiedzy i pamięci dla współczesnych.
Wydawać by się mogło, że już wszystko zostało przypomniane, opisane, ogarnięte wzruszeniem czytelników. A tu w ślad za stronicami „Znad Wilii” czytam niedawno wydane książki Tamary Justyckiej, wileńskiej dziennikarki i archiwistki, która przywołuje lata dzieciństwa w tomie pt. „ŚWIĘCIANY – czas na wspomnienia” a ostatnio odkryła też pragnienie wypowiedzenia bliskich sobie tematów w strofach poetyckich w zbiorku „Nastał czas na nowe drogi”. Kiedy na fotografiach z jej spotkania w wileńskim Radiu i rozmowie z Józefem Szostakowskim dojrzałam niewidzianego od dawna Wojciecha Piotrowicza, wróciły wspomnienia… Wojciech przecież wielokrotnie uczestniczył w Warszawskiej Jesieni Poezji, w Międzynarodowej Galicyjskiej Jesieni Literackiej, w Międzynarodowym Listopadzie Poetyckim w Poznaniu, w białostockich prezentacjach twórczych.

Że był też w Paryżu pod pomnikiem Adam Mickiewicza? On? To tylko potwierdzenie jego atencji dla Wieszcza, która wyraża się m.in. poprzez współpracę z dyrektorem wileńskiego Muzeum im. Adama Mickiewicza, Rimantasem Šalną. Dziełem wspólnym obywu pasjonatów jest cykl znakomicie wydawanych książek w języku litewskim i polskim. Warto byłoby do nich zajrzeć w tym roku, kiedy przypada – w listopadzie – 170 rocznica śmierci autora „Pana Tadeusza” w Konstantynopolu…
Dla polskiego czytelnika zderzenie z poezją w oryginale litewskim może okazać się szczególną przygodą lingwistyczną. Dla Wojciecha Piotrowicza język ten nie ma tajemnic. Także z Oną Zitą Šalnienė w duecie wydał ilustrowany zbiorek pt. „Spalvos in digresijos. Barwy i dygresje”. Prawda, że proste? Ale jeżeli chcemy opowieści Wojciecha tylko w ojczystym języku – poczytajmy jego „Moją czasoporzestrzeń”, tom miniaturowych gawęd, o których na okładce znajdziemy m.in. refleksje Jana Tulika, iż mają – prócz wielkiego uroku i poetyckiej aury – olbrzymią moc ocalającą.
Wojciech Piotrowicz ma w swoich losach wydarzenia niezwykłe. Zbyt wiele faktów z życia tego wileńskiego poety, pisarza i publicysty dziwnym przypadkiem podporządkowanych było cezurom historyczno-politycznym. Wprawdzie odnalazł on księgę parafialną, którą zamyka jego nazwisko, ale dotąd nie zna dokładnej daty swojego urodzenia.
– Podobno metryki z 1940 roku uległy zagładzie, więc trzeba było uzyskać nową, „na świadkach”, czyli opartą na cudzych relacjach – opowiadał poeta, „kustosz” śladów mickiewiczowskich przed laty. – W końcu znalazłem metrykę opiewającą na ten miesiąc, w którym się urodziłem, czyli czerwiec, ale wszystko w niej było po litewsku: że ja jestem Litwin, ojcowie Litwini i chrzestni też Litwini. A żyłem wtedy na tej metryce wydanej „na świadkach” – po rosyjsku, że rok 1940, czerwiec. Ale którego czerwca naprawdę? Według tego, co mam w paszporcie, to 18.
Wojciech Piotrowicz uparcie chce dojść ścisłej daty. Ochrzczony został nie w swojej parafii, w Korkorzyszkach, lecz w kościele sużańskim, gdzie później poszedł też do pierwszej komunii.
– W Archiwum Rejonu Wileńskiego znalazłem księgę kościelną, gdzie ostatni zapis po polsku to jestem ja. A dalej – pusto. Nikogo. To znaczy, że tutaj nastąpiła przemiana władz i widocznie zmusili kogo trzeba, żeby przepisać tę księgę po litewsku i prowadzić ją dalej. Ten ostatni zapis był może 16 czerwca, bo wtedy były wybory do władz ludowych, a po paru miesiącach wcielili Litwę w skład Związku Sowieckiego. Jak z tego wynika, początek był dla mnie bardzo dziwny, i dotąd nie znam dokładnej daty urodzenia.

Ze szkołą też były dziwne rzeczy. Wprawdzie przez parę lat po wojnie istniały jeszcze na Litwie polskie szkoły, ale mały Wojtuś w 1948 r. rozpoczął naukę w szkole litewskiej, od razu w drugiej klasie. Tak zdecydowali rodzie z powodu dużej odległości do szkoły w Tarakańcach, między Podbrodziem a Sużanami.
– W następnym roku Polacy na Wileńszczyźnie zaczęli skarżyć się, że dzieci nie umieją po litewsku, że trudno im się uczyć. Ktoś napisał list do Moskwy, która bardzo czule reagowała zawsze na przejawy tzw. nacjonalizmu. No i w następnej klasie mieliśmy już szkołę… rosyjską. Dopiero w czwartej klasie zrobili szkołę polską.
Kolejny poziom to była siedmiolatka. Kiedy Wojciech uczył się w ostatniej klasie, zaczęła się szkoła średnia. Tak się znowu dziwnie złożyło, że był to jedyny rocznik, który ukończył pełną szkołę średnią.
– Był to akurat koniec drugiej fali tzw. repatriacji. Część uczniów wyjechała i już nie było „kontyngentu” na pełny zestaw klas…
Studia podjął Wojciech Piotrowicz w Nowej Wilejce, w dwuletnim Instytucie Nauczycielskim (drugi taki był wtedy w Samarkandzie). Potem władze zaczęły doprowadzać do pełnego wykształcenia, więc dwuletnie instytuty „wygasły” na roczniku Piotrowicza. Co za traf.
– Tak jakoś, przez przypadek, trafiałem na przełomowe okresy – w głosie rozmówcy zero zdziwienia.
Pracując następnie w szkole, pasjonat literatury ukończył na Uniwersytecie Wileńskim… matematykę. Zaraz po otrzymaniu dyplomu znalazł się w radzieckim wojsku, gdzie znowu pogłaskała go historia.
– Służyłem na tzw. Karelskom Piereszejkie, między Ładogą a Wyborgiem. Zima była dość surowa. Ponieważ miałem wyższe wykształcenie, wzięli mnie na dwa lata, a bez wyższego brali na trzy. Już będąc w wojsku dowiedzieliśmy się, że żołnierzom z wyższym wykształceniem skrócili okres służby do roku. Ja byłem pierwszy, który służyłem rok.
Ale radość okazała się przedwczesna. Kilka lat wcześniej Chruszczow, wprowadzając pokojową politykę, zredukował część armii i porozpędzał kadrę oficerską. Młody matematyk po wojsku zdążył parę lat popracować w Centrum obliczeniowym, kiedy nagle… ponownie znalazł się w wojsku, jako oficer, na dwa lata:
– Wtedy służyłem w Kaliningradzie, czyli Królewcu, i częściowo w Wilnie. Byłem w zmotoryzowanej piechocie plutonowym, potem dowódcą roty, wszystkie komendy – po rosyjsku. Potem szybko się ożeniłem. Dwoje synów się wyhodowało. Znów miałem do czynienia z komputerami – sowieckimi. Później, kiedy mi już to nadojadło, prawie w czterdziestym roku życia postanowiłem z tym zerwać, i – poszedłem na półtora roku do redakcji wileńskiej gazety „Czerwony Sztandar”.

Tutaj zaczyna się nowa, można rzec – medialna przygoda Wojciecha Piotrowicza, która zawładnęła całym życiem autora „Tryptyku romantycznego”. Trafił na dłużej do radia, gdzie realizował audycje w języku polskim, wreszcie – do telewizji.
– Kiedy były te znane wypadki pod wileńską wieżą telewizyjną w 1991 roku, audycja w telewizji litewskiej po polsku otrzymała więcej czasu, żeby móc przemówić bardziej do Polaków. Tam już pracowało dwóch polskich redaktorów, mnie wzięli jako trzeciego, na wiele lat.
Wojciech Piotrowicz to żywa kronika Wilna, autor kilku książek poetyckich, prozy i, wydanej w Białymstoku, publikacji pt. „Jerzy Orda – wilnianin z wyboru”. Wyjaśnia realia społeczne powojennego Wilna, kiedy to, jak mówi „wszyscy byli lojalni”.
– Dla potrzeb większego zrozumienia sowieckiej polityki w 1953 roku został założony „Czerwony Sztandar”: niech Polacy mają gazetę, z całą to agitacją, propagandą komunistyczną, ale żeby mogli czytać o tym w rodzimym języku. Jednak dziennikarze przekazywali również jakąś wiedzę o Polakach tam mieszkających. Była to jedyna możliwość opublikowania czegoś po polsku.
W 1955 roku – w 100-lecie śmierci Adama Mickiewicza powstał pierwszy polski zespół pieśni i tańca „Wilia”. Później tworzyły się i rozpadały teatrzyki amatorskie, a zespół „Wilia” przetrwał wszystko. Pojawiły się kolejne zespoły: „Wileńszczyzna”, „Solczanie”, Troczanie” itd. Tu gazetka, tam zespół z grupą młodzieży. Nie było żadnej opozycji.
– Wszyscy byli ulegli, lojalni i na nic tam nie zezwalało się, bo jeżeli coś gdzieś drgnęło, to trafiało się np. pod wyrok sądowy – tłumaczył Wojciech Piotrowicz. – Mówię o czasach późniejszych, bo wcześniej to w ogóle bardzo dużo ludzi zesłali z Wileńszczyzny na Syberię. Dlatego podczas pierwszej i drugiej repatriacji praktycznie cała inteligencja, która czuła, że może znaleźć się na „białych niedźwiedziach”, wyjechała. Przykład z Jerzym Ordą, takiej klasy inteligentem, który wybrał Wilno, przetrwał tu w upokorzeniu najgorsze czasy i został po wojnie – jest jednym z bardzo nielicznych. Jak przypadki kilku starszych nauczycieli.
W pewnym sensie kościół dodawał otuchy, bardzo przyczynił się do zachowania polskości i jakiejś kultury – podkreślał Wojciech. – Szczególnie księża starszej daty. Wtedy było jedyne seminarium w Kownie, teraz są diecezjalne i międzydiecezjalne. Za czasów „pierestrojki” Gorbaczowowskiej zaczęła się druga odwilż, po Chruszczowowskiej. W końcu imperium rozpadło się.
Pierwszą polską organizacją było Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe Polaków na Litwie, którego Wojciech Piotrowicz był jednym z założycieli. Po roku, na pierwszym zjeździe przekształciło się w Związek Polaków na Litwie. Zaczęły się wtedy… podziały i Piotrowicz „wyszedł z całej tej gry”.
– Coś chyba jest w charakterze narodowym, takie dążenie do atomizacji. Przyczyny są różne. Jak już wszystko można, to pojawia się bardzo wielu liderów i każdy chce mieć za sobą jakiś zastęp. Wtedy bardzo szybko dochodzi do podziałów i konfliktów. Czasami i Polska wpływała na to. Przyjeżdżali w gościnę różni działacze i postępowali u nas z punktu widzenia własnej opcji, pomocy dla niektórych. Oczywiście, nie trzeba robić z tego tragedii, bo są organizacje, które sobie nie przeszkadzają, np. Macierz Szkolna. Powstanie pierwszej partii politycznej – Akcji Wyborczej Polaków na Litwie – wymusiła polityka państwa litewskiego, ponieważ organizacje społeczne nie miały prawa wystawiać swoich kandydatur na posłów do sejmu…

Wtedy, w roku Mickiewiczowskim Wojciech Piotrowicz przebywał wraz z poetą Henrykiem Mażulem we Francji – z inicjatywy Krystyny Sadowskiej, nauczycielki szkoły polskiej im. Adama Mickiewicza w Paryżu. Pisał o swoich wrażeniach na łamach „Znad Wilii” Romualda Mieczkowskiego. Piotrowicz, Mażul, Mieczkowski, Józef Szostakowski i jedyna w tym gronie kobieta, Alicja Rybałko stworzyli pięcioosobowy Parnas literacki współczesnego Wilna. Organizując Międzynarodowe Spotkania Poetyckie „Maj nad Wilią” współdziałali z sekcją polską przy Związku Pisarzy Litwy. Sam Wojciech Piotrowicz pisał jeden, dwa wiersze na rok:
– Co na warsztacie? Szylkin z Zielonej Góry zażyczył sobie wydać bibliografię wilniuków piszących, to spisałem swoją. Do kwartalnika „Lithuania” wysłałem dwa wywiady. Jeden z Gedyminasem Jokubonisem, rzeźbiarzem, autorem pomnika Mickiewicza i biskupa Antanasa Baranauskasa do Sejn, na przyjazd papieża. I z kapucynem ojcem Stanisławem z Datnowa. To miasteczko za Kiejdanami, w stronę miejsc Miłoszowych, dlatego i tam byłem.
Ileż czasu upłynęło od tej rozmowy… W domu Piotrowiczów spoza książek nie widać mebli. Żona Danuta, laureatka nagrody im. Witolda Hulewicza podczas Warszawskiej Jesieni Poezji w 1998 r., przez długie lata pracowała w „Kurierze Wileńskim”. Często podpisywała się Danuta Werowska,
– Teraz bardzo dużo książek chciałoby się mieć – tak mówił Wojciech Piotrowicz. – Ale nasze zarobki nie pozwalają na to. Jeżeli w ciągu miesiąca kupi się poważniejszą książkę, to nie starczy na coś innego…







