Strona główna Rok 2025 Nr 583 Franciszek Czekierda – Uratować komuś życie

Franciszek Czekierda – Uratować komuś życie

0
146
Red berries peek through green leaves and blur.

URATOWAĆ KOMUŚ ŻYCIE

Opisane przypadki wystąpiły w rzeczywistości

Doris, Grażyna, Andrzej i Ryszard spotykali się w stałym składzie w każdą środę w południe w kawiarni na Żoliborzu. Panie zamówiły kawę z ekspresu, mężczyźni zwykłą. Andrzej poprosił o suche ciasteczka, Doris wspomniała nieśmiało o stefankach.

– Żadnych ciastek przekładanych, z nadzieniem, posypką czy lukrowanych – zaprotestowała Grażyna. – Nie chcę potem desperacko walczyć z nadwagą.

– Czasem można sobie odpuścić… – Ryszard wystąpił w obronie Doris.

– Pamiętacie o naszej starej zasadzie: mądry Polak przed szkodą – Grażyna przypomniała dydaktycznym tonem.

– Moralizatorstwo pachnące Wańkowiczem – rzucił Andrzej, krzyżując z nią spojrzenie.

– O co ci chodzi? – odrzekła zaczepno-obronnie. – O ile pamięć mnie nie myli, sam kiedyś podsunąłeś to powiedzenie. Poza tym co do tego ma Wańkowicz.

– Smrodek dydaktyczny. Zapomniałaś?

– Andrzej, proszę…, pijemy kawę, a ty o smrodku – Ryszard spojrzał na przyjaciela z nutką politowania.

Doris podniosła rękę, niczym arbiter.

– Chłopaki, kto dzisiaj miał podrzucić temat?

– Ja – Grażyna odezwała się niepewnie. – Ale nic mi nie przyszło do tej wyjałowionej przez korporację głowy – dotknęła palcami skroni.

– Przez grzeczność nie zaprzeczę – zauważył zgryźliwie Ryszard.

– Och, te twoje nie najwyższego lotu popisy – Doris zestrofowała go. – Błagam, nie obrażaj ludzi.

Grażyna dotknęła przedramienia Ryszarda.

– Na Rysia nie można się obrazić.

W tym momencie Ryszard pocałował ją w policzek, szepcząc coś miłego do ucha.

– Nie myślałam o temacie, bo w końcu nasze spotkania mają być na luzie – powiedziała neutralnym tonem.

– Otóż to, dużo relaksu, zero napięcia – potwierdził Andrzej.

– Dzisiaj jestem jakaś taka… nieswoja, podenerwowana – mówiła Grażyna. – Jadąc tu, czekałam na przystanku tramwajowym przy pasach na rondzie Babka. W pewnej chwili zauważyłam młodego chłopaka, który szedł głęboko zamyślony. Nie pamiętam już, czy miał w uszach słuchawki. Wiecie, tam jest mało miejsca, a zawsze dużo ludzi. Idąc, nie zauważył tramwaju, który nagle się wyłonił – rzec by można – znikąd. Młody człowiek już stawiał nogę na torowisku, już prawie wpadał pod koła, kiedy odruchowo złapałam go mocno za kurtkę i z całych sił odciągnęłam. Tramwaj przejechał tuż przed nim. Strach otrząsnął chłopaka z zamyślenia. Chyba był w szoku. Spojrzał na mnie nieobecnym wzrokiem i zaczął coś mówić bez składu. Nie dziękując, oddalił się. Ja byłam cała roztrzęsiona.

– Uchroniłaś go przed kalectwem, a może nawet przed śmiercią – skonstatowała Doris.

– Może…

– No i masz temat – rzucił odkrywczo Ryszard. – Ratowanie życia.

– Eee… – westchnął sceptycznie Andrzej. – Przecież tym zajmują się codziennie całe sztaby specjalistów: lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni, górscy, czy strażacy.

– Lekarki, ratowniczki… – uzupełniła Doris.

– Błagam, nie zbaczajmy na grząski grunt feminatywów – zirytował się Andrzej. – Zawsze byłem przekonany, że jeśli na przykład mówię o lekarzach czy ratownikach, to pod tymi słowami kryją się również kobiety. Tak mówiono kiedyś i było dobrze.

– Czasy się zmieniły – Doris była nieprzejednana. – I trzeba się dostosować, drogi Andrzejku.

– Przerywam wasz spór, bo się wnet zaogni – włączyła się Grażyna. – Przypuszczam, że w tej materii raczej nie osiągniemy porozumienia. Proponuję: bądźmy elastyczni, jak na przykład Miodek. Bez ortodoksji językowej.

– Ratowanie życia. Ważna sprawa… – Andrzej zamyślił się. – Faktycznie, poza wyspecjalizowanymi służbami często słyszy się, że ktoś wyciągnął tonącego z wody albo uratował kogoś z pożaru. Słuchając Grażyny, przypomniałem sobie pewne zdarzenie sprzed lat. Była mroźna zima. Późnym wieczorem szedłem osiedlową alejką i tuż przed moim blokiem zobaczyłem śpiącego na śniegu faceta. Pochyliłem się i poczułem woń alkoholu. Spał twardo. Wahałem się, podenerwowany, co robić. Kiedy się trochę uspokoiłem, zadzwoniłem po pogotowie, następnie poszedłem po najbliżej mieszkającą sąsiadkę. Ta szybko się ubrała i poszła za mną. Pochyliła się nad śpiącym i uderzyła go kilka razy otwartą dłonią po twarzy.

– Co pani robi? – zaprotestowałem.

– To jedyny sposób na ocucenie zamarzającego pijaka – rzekła donośnie. – Tak umarł mój mąż – złagodziła ton.

– Mężczyzna ocknął się – kontynuował Andrzej. – Z sąsiadką przenieśliśmy go do ciepłej klatki schodowej. Po upływie pół godziny, może czterdziestu minut pojawiło się pogotowie. Po wstępnym badaniu zabrali go.

– No to uratowałeś mu życie – skonstatowała Grażyna.

– Nie sam.

– Twoja historia uruchomiła we mnie synapsy – Ryszard palcami dotknął czoła – które wydobyły z pamięci takie oto zdarzenie. Dawno temu uratowałem chłopczyka… – przerwał, zastanawiając się nad czymś. – Ale… nie wiem, czy mówienie o takich sprawach nie jest chwaleniem się… – opanowały go wątpliwości.

– Rysiu, przestań gadać takie rzeczy – zganiła go Doris. – Niby skąd mamy wiedzieć, że ktoś dokonał szlachetnego czynu? Właśnie z takich opowieści. Nie kryguj się.

– Nie kryguję się. Po prostu dzielę się wątpliwościami. Sytuację tę skojarzyłem z przypowieścią o dawaniu jałmużny; jeśli to robisz, nie trąb przed sobą, żeby cię ludzie chwalili.

– To nie kwestia chwalenia się własnymi zasługami, tylko mówienie o faktach. Tam jest mowa, jeśli się nie mylę, o trąbieniu na ulicach, a my rozmawiamy w zamkniętym gronie. Zawsze byliśmy względem siebie szczerzy, więc proszę, bez sztucznej skromności.

– Doris ma rację – poparła ją Grażyna.

– Z żoną byłem na wczasach w Międzyzdrojach – Ryszard przełamał się. – Spacerowaliśmy po drewnianym molo. Dzisiaj jest to już nowa konstrukcja z betonu. Molo usytuowane było dosyć wysoko nad morzem, bo tam jest skarpa.

– Teraz też jest wysokie. A po sopockim jest najdłuższe w Polsce – uzupełnił Andrzej.

– Pasaż, czy chodnik mola, jak zwał, tak zwał, położony był wówczas na drewnianych słupach wbitych w nabrzeże i dno morza – ciągnął Ryszard. – Niemal przy każdym słupie wystawały ostre głazy. Po przejściu połowy mola, zatrzymaliśmy się. Podziwialiśmy widok, opierając się o barierkę, której poziome szczeble rozstawione były rzadko od siebie. Po mojej prawej stronie pojawił się jakiś starszy pan, chyba dziadek, z trzy-czteroletnim wnuczkiem, który stanął obok mnie. W pewnej chwili usłyszałem dźwięk, jakby ktoś się poślizgnął. I zdławiony jęk dziadka. Odruchowo rzuciłem się w stronę chłopczyka, który – co trwało ułamek sekundy – prawdopodobnie wychyliwszy się nadmiernie poza najniższy szczebel barierki, spadał… Rzuciłem się za nim i jakimś cudem w ostatniej chwili złapałem go za nogę przy kostce. Wisiał głową w dół nad wodą i wystającymi z niej kamieniami. Trzymałem go mocno i powoli podnosiłem powyżej poziomu desek mola. Żona przytrzymywała mnie za nogi, żebym nie zleciał razem z nim. Kiedy wyciągnąłem go, dziadek pomógł mi go przesunąć na deski, to znaczy na chodnik mola.

– Dzieciak mógłby się zabić. Uratowałeś mu życie – stwierdziła Doris.

– A może tylko uchroniłem go przed połamaniem się.

– Tak, czy inaczej wykazałeś się niewiarygodnym refleksem – podsumował Andrzej.

Nastała cisza, w trakcie której towarzystwo dopijało kawę. Po chwili głos zabrała Grażyna.

– Słuchając o chłopcu na molo – spojrzała na Ryszarda – przypomniałam sobie sytuację, kiedy opiekowałam się roczną córeczką mojego wujka. Miałam wtedy dziewięć lat…

– Czy to możliwe, żeby takie dziecko opiekowało się niemowlakiem? – powątpiewał Andrzej.

– Na wsi to normalne. Dorośli szli do roboty w polu, a dzieci takie jak ja opiekowały się maluchami – Grażyna wyjaśniała spokojnie. – Zanim przejdę do sedna powiem, że kilka dni wcześniej oglądałam w telewizji program, w którym pokazywano, jak zapobiec uduszeniu się dziecka zanoszącego się płaczem. Instruktor zilustrował scenę na manekinie; duszące się od płaczu dziecko chwycił za nogi i podniósł je, aby głowa zwisała mu w dół. Ten program zrobił na mnie wrażenie – Grażyna nabrała głęboko powietrza. – Powracam zatem do niemowlaka. Siedziałam przy mojej rocznej kuzynce, która cały czas pojękiwała. Po jakimś czasie zaczęła ryczeć. Minęła chwila i zobaczyłam, że dziewczynka zaniosła się od płaczu. Nie mogłam jej uspokoić. Z tego zanoszenia się zaczęła sinieć i się dusić. Przypomniałam sobie wówczas telewizyjny program. Natychmiast złapałam ją za nogi, uniosłam do góry, chyba lekko potrząsnęłam i… po sekundzie, może po dwóch złapała oddech.

– Dziecko uratowało dziecko – zauważył Andrzej.

– Bardzo to przeżyłam, bo trochę później uświadomiłam sobie, co by się stało, gdyby jej rodzice wrócili z pola i zastaliby martwą córeczkę. Strach pomyśleć… Do dzisiaj to we mnie głęboko siedzi.

– To był jakiś cudowny zbieg okoliczności, że oglądałaś ten program, a krótko po nim podobny przypadek przeżyłaś w realu – Ryszard patrzył dziwnym wzrokiem na Grażynę.

– Tak – potwierdziła. – A może przeznaczenie…

Po przejmującej ciszy odezwała się Doris.

– Andrzej uratował człowieka z sąsiadką, Ryszard chłopczyka z żoną i dziadkiem, a ja z mężem uratowałam wujka. Było to dawno temu, szczegółów już nie pamiętam. Wujkowi nagle zaczęły drętwieć nogi od palców w górę i powoli tracił w nich czucie. Wezwaliśmy lekarza, który stwierdził, że dzieje się tak na skutek cukrzycy, na którą chorował. Nie pamiętam, czy doktor przepisał jakieś leki. Intuicyjnie czułam, że jego diagnoza nie była trafna. Mąż potwierdził moje wątpliwości. Gdy doktor wyszedł, zastanawialiśmy się, zestresowani, co robić, bo drętwienie nóg nie ustawało. W końcu wezwałam karetkę. Lekarz z pogotowia nie zlekceważył jego stanu, zabrał go do szpitala. Wuj trafił w ręce dobrego neurologa, który zdiagnozował jakąś bardzo rzadką chorobę. Powiedział, że gdyby drętwienie dotarło do serca, mógłby zostać sparaliżowany.

– Z mężem zapisaliście się do zaszczytnego klubu osób, które uratowały komuś życie – zauważył Andrzej.

– Wydaje mi się, że nie powinniśmy temu nadawać formy klubu, czy czegoś podobnego – sprzeciwiła się Grażyna.

– Niby dlaczego? Ten klub wymyśliłem ad hoc.

– Bo każda forma to takie… trąbienie. Nawet, jeśli jest myślowa, czy wirtualna. Te rzeczy, które udało się nam zrobić były niejako naszym obowiązkiem.

– A czy obowiązkiem było na przykład ratowanie Żydów w czasie wojny? – Ryszard zapytał poważnym tonem.

– A ty co, Rysiu? – zdumiał się Andrzej. – Sięgasz do wojny, kiedy wszystkie nasze przypadki wydarzyły się w czasie pokoju. Trudno jest porównywać to, co nieporównywalne.

– Ratowanie życia. To jest porównywalne. I a propos tego powiem wam o zdarzeniu z czasów okupacji, które usłyszałem od znajomego mojego ojca, Franciszka Dusiłło. Miał on wtedy kilkanaście lat. Działo się to w wiosce Cieszacin pod Jarosławiem. Jego rodzina uratowała Żydówkę, Fajgę Dawid z jedenastoletnią córką (dziewczynka miała na plecach sporą brodawkę, chłopak na pewno musiał ją widzieć, skoro po pięćdziesięciu latach wspomniał o takim szczególe). Gdy Niemcy zabierali z wioski Żydów, Fajga z córką ukryły się u sąsiadki. Mąż został w domu, nie wiadomo, czy celowo, czy nie zdążył uciec. Niemcy zabrali go. Można się jedynie domyślać, jaki później spotkał go los. Kiedy oddział opuścił wioskę, rodzina Dusiłłów ukrywała Fajgę z córką w stodole. Pan Franciszek nie wiedział, czy matka z córką przeżyły wojnę.

– Czy ta historia została gdzieś odnotowana? – zainteresowała się Doris.

– Chyba nie. To jeden z tych czynów, o którym ginie pamięć wraz ze śmiercią ostatniego świadka. Dusiłłowie byli szlachetnymi i odważnymi ludźmi. Na pewno zdawali sobie sprawę, co im groziło, bo przecież w każdej społeczności byli donosiciele. Przypuszczam, że o swoim dokonaniu nikomu nie powiedzieli.

– Po tej historii straciłam ochotę na kolejną kawę – Grażyna powiedziała stłumionym głosem.

– A te nasze czyny mają się nijak do ukrywania przez ludzi Żydów w czasie wojny – Andrzej stwierdził poważnym tonem.

– Dlatego proponuję: posiedźmy chwilę w ciszy – rzekła Doris.

Franciszek Czekierda

Poprzedni artykułStanisława Górki poetyckie widzenie świata – Joanna Kulmowa
Następny artykułAdam Majewski – Dać nura

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko