Na tle ośnieżonych gór stoi śliczna dziewczyna w kombinezonie. Pod fotografią podpis: „Drajwerka” Bronisława Sanejko w Cortino przed dwudniową jazdą do Ancony. Zdjęcie jest jednym z 250 jakie owa „drajwerka” umieściła w swojej książce pt. „Zapomniane dziewczęta”. Książka jest poświęcona ochotniczkom z 316 Kompanii Transportowej w Armii gen. Andersa. Bronisława Sanejko-Kwaśnicka napisała ją w Nowym Jorku, a wydała w Lublinie.

W załączonym cyklu wierszy napisanych m.in. przez „drajwerki”, a poświęconych tym bohaterkom Pomocniczej Służby Kobiet, jedna ze strof, skierowanych do kolegów-żołnierzy, definiuje heroiczne posłannictwo młodych Polek w tamtym okresie:
Nasze motory trafią na twoją pozycję,
Górskimi przesmykami, pustynią bezwodną.
Aby ci nie zabrakło na czas amunicji,
Abyś nie był obdarty, spragniony i głodny.
Może to wystarczająco ważna okazja, żeby przypomnieć o książkach, które nie dają zapomnieć o przeszłości. Takich, których zamysłem było edukować następne pokolenia dla pokoju na świecie. Zbliża się 80. rocznica zakończenia II wojny światowej, którą niebawem będzie celebrowała m.in. Europa, zajęta wciąż trwającą kolejną wojną za naszą wschodnią granicą… Ale nie chodzi o monumentalne, przekrojowe analizy polityczno-historyczne. Warto także sięgnąć po niskonakładowe publikacje autorstwa bezpośrednich uczestników działań wojennych, ukazujących dramat młodej generacji, niezliczonych bezimiennych bohaterów przeróżnych operacji, o których dowódcach wiemy bardzo dużo, a o nich podwładnych prawie nic.
Do takich książek należy m.in. wydana przed laty w szwajcarskim Zurichu (i przesłana do Polski) „Zdrada” Antoniego Subocza, pochodzącego z Wilna, jednego z dowódców w Powstaniu Warszawskim o pseudonimie „Kozietulski”, który poświęcił wspomnienia pojedynczym żołnierzom swojego oddziału i ich trudnej, niemal beznadziejnej codzienności. Taką też książką są „Zapomniane dziewczęta”. Językiem prostym, bez aspiracji do literackich ozdobników autorka przywołała własne, traumatyczne przeżycia dziecka-Sybiraczki, ale przede wszystkim losy polskich kobiet, także swoich rówieśnic, które na równi z mężczyznami uczestniczyły w działaniach wojennych na szlaku bojowym 2 Polskiego Korpusu. Zdarzyło się, że z tym działaniami związana została najbliższa rodzina Bronisławy Sanejko-Kwaśnickiej.
Książka w nakładzie zaledwie 700 egzemplarzy ukazała się w roku 1995. W następnym roku autorka przybyła z USA wraz z mężem do rodzinnego Zabłudowa, zresztą nie po raz pierwszy, oraz do Białegostoku na spotkanie promocyjne z udziałem dziennikarzy. Zaprzyjaźniłyśmy się, przez kolejne lata powstało kilka tekstów, bo i wizyty powtarzały się. Zachowały się listy, kartki z życzeniami, zwierzenia z rozmów telefonicznych. Pani Bronisława nie dożyła wieku swojej mamy, Teofili Sanejko, opiekującej się w czasie wojny we Włoszech rannymi żołnierzami 2 Korpusu. Cała rodzina obchodziła 100-lecie urodzin seniorki w Nowym Jorku… Książka „Zapomniane dziewczęta”, która podobnie jak album „W Służbie Ojczyzny”, powstała dzięki ogromnym staraniom i finansowemu wsparciu ze strony autorki, pozostaje nadal znakiem pamięci o czasach, które nie powinny były się wydarzyć. Które nie powinny się powtórzyć.
Córka młynarza
Młynarz Paweł Sanejko z Zabłudowa pod Białymstokiem produkował mąkę i prąd na lokalne potrzeby. Wraz z żoną Teofilą dochowali się dwójki pociech, syna Józka i o dwa lata młodszej Broni. Dzieciaki jeździły na rowerach do babci mieszkającej w niedalekich Laszkach, w czasie wakacji szkolnych były wysyłane na kolonie do Druskiennik, celebrowały z rodziną święta. W Zabłudowie znałam każdy zakątek – napisała po wielu latach Bronisława Sanejko-Kwaśnicka – tu uczęszczałam do szkoły i miałam wiele serdecznych koleżanek… Wszystkie należałyśmy do harcerstwa i byłyśmy dumne, nosząc na mundurku krzyż harcerski.
Los zakpił ze szczęśliwego dzieciństwa Bronki: najpierw zmusił rodzinę do przeprowadzki na Śląsk (w Chorzowie ojciec uruchomił zakład produkujący klej do dykty i nawozy sztuczne), a w prezencie imieninowym, 1 września 1939 roku podarował dziewczynce – wojnę. O rozstaniu z ojcem, zsyłce z mamą i bratem na Syberię, przesłuchaniach w NKWD i drodze do polskiego wojska pani Bronisława napisała na pierwszych stronach swojej książki pt. „Zapomniane dziewczęta”. To obiektywny dokument wojennej epopei, ale i bardzo osobisty zapis własnego losu. Stąd nie mogło zabraknąć w niej zabłudowskich początków, z których wywiedziona została dalsza biografia autorki.

Przypomniane „Zapomniane dziewczęta”
To, co jest treścią książki, zawarł w skondensowanym słowie wstępnym do niej Ryszard Kaczorowski, ostatni prezydent RP na uchodźstwie, przypominając, iż wcześniej Bronisława Sanejko-Kwaśnicka opracowała (wydany w 1988 r. w USA) album pt. „W Służbie Ojczyzny”, poświęcony żołnierzom-kobietom 316 Kompanii Transportowej 2 Polskiego Korpusu. Autorka zdecydowała – pisał Ryszard Kaczorowski – do tamtego obrazu dodać historię swego oddziału, który w najtrudniejszych warunkach atmosferycznych, w pustynnej spiekocie czy zasypanych śniegiem górskich drogach, pełnił ofiarnie swoją służbę. Wystarczy przypomnieć, że podczas kampanii włoskiej 316 Kompania Transportowa PSK przewiozła: 6.626 ton amunicji, 7.792 tony żywności, 30.410 ton paliwa i 25.320 ton rozmaitego sprzętu, przebywając w tym czasie 3.192.776 km.
Ta wojenna buchalteria musi robić wrażenie…
Angielskie słowo driver oznacza kierowcę. Spolszczona wersja „drajwerka” to szofer-kobieta. Te wszystkie tony amunicji, żywności, paliwa itd. przewoziły w swoich trzytonowych ciężarówkach „drajwerki”. Polskie kobiety, często jeszcze nastolatki. Bronisława Sanejko-Kwaśnicka nie trafiłaby w Rosji do polskiego wojska, gdyby nie świadomie sfałszowane jej dane w dokumentach. Do ukończenia obowiązkowych 18 lat brakowało wtedy 2 lat i 1 miesiąca.
Kiedy do pani Bronisławy dotarła „Antologia wierszy sybirackich” wydana w 1998 r. przez Henryka Szylkina w Zielonej Górze, z sonetem pt. „Kłamstwo broni”, zadedykowanym jego bohaterce, napisała z Nowego Jorku: To moje kłamstwo, Broni, rzeczywiście obroniło mnie przed nie wiadomo jakim losem wojennym…
Sanejków z Zabłudowa zgarnęli z innymi.
Drzewa stały jak martwe znaki zapytania,
któż bowiem mógł zrozumieć bezsens wędrowania
od ogrodów dzieciństwa ku nieludzkiej ziemi.
W nowojorskim mieszkaniu Bronia z Zabłudowa
nie pozwala wyblaknąć wojennej pamięci.
Szlak z Andersem. „Drajwerki” na półwiecznych zdjęciach
i ona. Ta najmłodsza. I nieprzepisowa.
Trzeba było się uciec do kłamstwa w papierach.
Leciutko dopasować rocznik do wymogów.
Korekta o rok, o dwa. I o całe życie.
Alternatywą Armii był koszmar Syberii
– żadnej szansy na powrót do rodzinnych progów.
…a Bronia nadal tęskni za Polską o świcie.
KK
– Pracuję dla Muzeum 2 Korpusu w Orchard Lake koło Detroit – opowiadała autorka książki podczas jej promocji przed laty w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Białymstoku. Kombatantkę z Nowego Jorku zaprosił na to spotkanie ówczesny minister-kierownik Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, prof. Czesław Dobroński. Zbieg okoliczności sprawił, że obok Bronisławy Sanejko-Kwaśnickiej zasiadł autor słowa wstępnego do jej książki, Ryszard Kaczorowski – mieszkający w Londynie, a urodzony w Białymstoku, przedwojenny harcerz i harcmistrz… – W tym muzeum właśnie, gdzie mamy piękne zbiory, zorganizowałam w 1987 r. nasz pierwszy światowy zjazd. Właściwie powinna była zrobić to Anglia, bo tam jest najwięcej naszych koleżanek. Mamy tablicę pamiątkową naszego oddziału na Jasnej Górze, ale chciałam, żeby na terenie Stanów Zjednoczonych pozostawić młodzieży ślad naszej bardzo ciężkiej pracy, którą wykonywałyśmy jako młode dziewczynki za kierownicami trzytonowych wozów. Umieściłam tablicę w seminarium duchownych w Orchard Lake i w amerykańskiej Częstochowie.

W londyńskim Instytucie im. Gen. Sikorskiego zachowało się wiele źródeł, „drajwerki” też ocaliły osobiste dokumenty, ale, jak mówiła pani Bronisława, w męskich książkach praktycznie nie odnotowano ich trudu. Tylko Melchior Wańkowicz w swoim „Monte Cassino” wspomniał o „wojsku pani pułkownik Wysłouchowej”. Dlatego „drajwerka” z Zabłudowa zaczęła gromadzić materiały do archiwum. Kiedy z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego przyjechał ksiądz prof. Zygmunt Zieliński na poświęcenie tablicy pamiątkowej w amerykańskiej Częstochowie, po obejrzeniu wydanego już albumu i zapoznaniu się z materiałami pisanymi, zdecydował, że KUL wyda je w postaci książki. Autorka upewniła się w Londynie, że nikt nie zamierza zająć się tym tematem, zgromadziła fotografie oraz wspomnienia swoich koleżanek i wreszcie, w roku 1995 „Zapomniane dziewczęta” zostały przypomniane przez edytora – Oddział Lubelski Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” pod egidą KUL-u.
Powroty
W 1971 r. Bronisława Sanejko-Kwaśnicka po raz pierwszy od zakończenia wojny znalazła się w rodzinnym Zabłudowie. Wraz z nią przyjechał wtedy mąż, Jan Kwaśnicki i młodszy syn, 16-letni Jacek, który urodził się już w Nowym Jorku. To Jacek (Jay Kwasnicki), zatrudniony w firmie reklamowej, zaprojektował okładkę do książki swojej mamy. Starszy syn, urodzony w Londynie Andrzej, kończył w tym czasie studia inżynierskie.
Losy małżeńskie Bronisławy i Jana Kwaśnickich mogły być tematem na osobną, niemal sensacyjną książkę. Pochodzący z Podola Jan Kwaśnicki, absolwent wydziału prawa na uniwersytecie we Lwowie, przez dwa lata był kapitanem w wojsku brytyjskim, zjeździł pół świata, poznał kilka języków. W Palestynie dołączył do Wojska Polskiego. Tak więc oboje byli żołnierzami 2 Korpusu. Poznali się i pobrali w najtrudniejszym czasie. Ślub odbył się w lipcu 1945 r. w kościele we włoskim Loreto. Po dwóch powojennych latach w Anglii trafili na blisko 7 lat do Argentyny. Tam prawnik-żołnierz został zegarmistrzem. Kiedy w 1955 r. wyjeżdżali do Stanów Zjednoczonych (w Nowym Jorku mieszkał ojciec pana Jana), nie mieli żadnego obywatelstwa. W dokumentach wpisano: „nie Argentyńczycy”.

W nowojorskim domu czekała na powrót córki i zięcia pani Teofila – zabłudowianka, żona młynarza Pawła Sanejki, która z córką Bronią przeżyła czas syberyjski i przeszła trudny szlak bojowy w 2 Korpusie. Gdyby dokładnie opisać jej losy, powstałaby jeszcze jedna fascynująca opowieść. Swoje „Zapomniane dziewczęta” Bronisława Sanejko-Kwaśnicka zadedykowała, niczym kwintesencję biografii, właśnie jej: Pracę tę poświęcam mojej Mamusi TEOFILI SANEJKO, Sybiraczce i byłemu żołnierzowi 2 Korpusu. Pod dedykacją dopisek: Przez cały czas pobytu we Włoszech pracowała w 3 a potem w 6 Szpitalu Wojennym, opiekując się naszymi rannymi żołnierzami. Nazywano Ją „Mamusią”.
W roku 2000, kiedy Teofila Sanejko obchodziła 100-lecie urodzin, pani Bronisława przysłała szczegółowy życiorys swojej mamy, dzięki czemu mogłam napisać poświęcony jej losom specjalny artykuł w białostockiej „Gazecie Współczesnej”. Wojna rozdzieliła ją z mężem, nie spotkali się już nigdy. 20 czerwca 1941 r. wraz z synem i córką znalazła się w bydlęcym wagonie jadącym na Sybir. Zesłanie „w tajgę” miało trwać 20 lat. Na szczęście, w październiku, po kilku miesiącach wegetacji w tragicznych warunkach i ciężkiej pracy, zesłańcy zostali uwolnieni na mocy układu pomiędzy Rządem Polskim i ZSRR…
Niespełna 18-letni Józef odjechał w styczniu 1942 r. do Wojska Polskiego. Matka i siostra odnalazły go na swoim szlaku, kiedy był w 3. Dywizji Strzelców Karpackich. Bronisława była już wtedy w 103. Kompanii Pomocniczej Wojskowej Służby Kobiet, pani Teofila w 3. Szpitalu Wojskowym. Za nimi – Irak, Palestyna, znowu Irak, potem Włochy… Nie do wiary…

Jest nas 700 kandydatek do szkolenia na kursie samochodowym – czytamy w „Zapomnianych dziewczętach” o tym, co było w palestyńskiej Gederze. – … Wykładali wszystko, co dotyczy samochodów: budowę silnika, podwozia, elektrotechnikę, technologię metali, konserwację, naukę jazdy, czytanie map, znaki drogowe. Przeszłyśmy też przeszkolenie wojskowe łącznie z nauką o broni i strzelaniem…. Autorka zamieściła „wyjątek z kroniki męskiej 316 Kompanii Transportowej”: „… Ochotniczki z 318… przyjechały z Palestyny (do Iraku) po kursie samochodowym, aby zobaczyć znów, jak wyglądają skorpiony, tarantule, falangi, czarne wdowy, czterdziestonóżki itp. Stworzenia spacerujące po łóżkach, moskitierach, namiotach, szukające smakołyków w chlebakach, lub żmije odpoczywające w hełmach… W końcu… przydzielono je do nas, a my przydzieliliśmy im samochody”…
Sfabularyzowane, nie pozbawione humoru, opisy codzienności wojskowej w książce wzbogaciły liczne wspomnienia wielu „drajwerek” dzielących wspólny los. Do tego doszły jako aneksy – wiersze tworzone na gorąco, stan ewidencyjny 316 Kompanii Transportowej oraz ponad dwie setki fotografii ilustrujących tamten czas, o którym nie byłoby wyobrażenia, gdyby nie ta edytorska pamiątka, jaką dla potomnych – niech będzie patetycznie – pozostawiła Bronisława Sanejko-Kwaśnicka z Nowego Jorku, dziewczynka z przedwojennego Zabłudowa pod Białymstokiem…




