Kolega ze szkolnej ławy załatwił mi pracę w Austrii. Znów opuszczam kraj. Nie lubię wyjeżdżać na obczyznę, tam pracować. Tęsknię, zbyt dużo we mnie żalu i złych emocji, gdy musze dokonywać takiego wyboru. To tak jakby pozbawiano mnie obywatelstwa.
Pracuję w rzeźni. Wstaję o wpół do trzeciej, by do szalonego kołowrotu zaprząc się już od trzeciej. Płacą mi tygodniówkę, więc nie liczą czasu mojej pracy. W drzwiach łapie mnie kierowca i zatrudnia do pomocy przy załadunku towaru do sklepów i restauracji. Lubię im pomagać, tak wdrażam się w kilkunastogodzinny dzień pracy. Uczę się rodzajów mięs, wędlin i podrobów. Potem idę na halę i od razu muszę podać rzeźnikom mięso do rozbioru. Odwożę w dozach do chłodni każdy asortyment już oddzielnie. O szóstej kwadrans przerwy śniadaniowej. Wszyscy idziemy na stołówkę, gdzie jemy bułki francuskie z masłem i serem lub z dżemem, i pijemy kawę lub mleko, jak kto woli. Jem szybko, by jeszcze wypalić papierosa. Znowu arbeit. Schaby, karkówki, boczki i szynki wieszam na hakach jak bombki na choince. Do pomocy rzeźnikom jest jeszcze Darek. W wolnych chwilach, nie ma wolnej chwili, zdzieram skórę z płatów słoniny i boczku. O dziewiątej pięć minut przerwy, jemy Schweinbraten. Na gorąco mi smakuje. Znowu tnę żeberka, kości, gotuję głowiznę, nerki, wątroby, topię skwarki. Cały czas dbam o porządek. Czasem ładuję mięso i podroby na samochód wyjeżdżający do masarni. Sprzątam ze stołów, pod stołami. W samo południe pół godziny przerwy. Wreszcie. Jemy na stołówce dobry obiad do syta. Znowu się śpieszę, by w spokoju choć trochę dychnąć. Mam jeszcze kwadrans przerwy, więc idę do siebie na poddasze, gdzie w kilkunastu chłopa zajmujemy cztery pokoje. Półleżąc zasypiam na moment. Czasem ktoś mnie zawoła, że „kataba” przyjechała. Klnę jak szewc na niepogodę i schodzę na dół. Podciągam do cuchnącego samochodu na poubojowe odpadki wielkie pojemniki na kółkach pełne flaków, szczeciny, odpadów, kości i wszelkiego biologicznego brudu. Później odbieram sobie te dziesięć minut siedząc spokojnie w palarni. Gdy rzeźnicy już około drugiej po południu kończą, zostajemy we dwóch na placu boju. Myjemy skórowarki, piły, kotły, pojemniki na mięso, chłodnie. Jeden porcjuje sto litrów smalcu ze skwarkami do półlitrowych pojemników, a drugi myje posadzki i ściany karcherem. Wszystko biegiem pod czujnym okiem mistrza lub właściciela. By trochę odpocząć, bo już przerwy nie będzie aż do końca roboty, wpadam do kibla. Zapalam papierosa. Szybko ciągnę kilka machów i wychodzę. Nikotyna uderza mi do głowy i przez chwilę jestem jak pijany. Robotę kończę około piątej po południu. Chyłkiem odchodzę, by mnie nie zauważył Martin – mistrz z drugiej zmiany, która przygotowuje towar do około stu pięćdziesięciu sklepów i restauracji, bo by mnie zatrzymał, żeby zawakować mięsa. Idę na poddasze budynku rzeźni. Po robocie przywołują czasem mnie i Darka do rozładowania samochodu-chłodni z półtuszy wieprzowych. Gdy raz w tygodniu przywożą połówki wołowe, zwala się na mnie sto dwadzieścia kilo mięsa. Nogi uginają mi się w kolanach jak sztangiście i z przysiadu podnoszę pół wołu, robię kilka kroków, by zahaczyć go na ślizgu.
Minął kolejny dzień. Coś jem przed spaniem, inaczej nie usnę. Na dworze widno. Jest dopiero dziewiętnasta, może trochę po, właśnie dla moich dzieci w kraju kończy się dobranocka. Szczelnie zasuwamy zasłony w oknach. Idziemy spać. Paweł wkłada stopery do uszu. W moment zasypia, już od kilku lat ma takie spanie wytrenowane. Stefan, Polak z Czech, śpi przy mruczącym radiu. To mi przeszkadza. Nie usnę. Muszę mieć cicho i ciemno. Stopery mnie mierzą, to obce ciało. Wyjmuję je. Leżę na boku. Czym bardziej chcę zasnąć, tym bardziej nie mogę. Z radia teraz sączy się jakaś wściekła muzyka, odbija od ściany i bezbłędnie trafia w moje ucho. Po godzinie wstaję i przyciszam radio. Kładę się i gdy już plączą mi się myśli i urywa wątek, cisza budzi Stefana. Pogłaśnia radio. Zawijam się w kołdrę i po dziewiątej usypiam.
W rzeźni i masarni pracuje tylko z dziesięć procent Austriaków, reszta to cała międzynarodówka posocjalistyczna: Serbowie, Bośniacy, Chorwaci, Słoweńcy, Słowacy, Węgrzy, Czesi, Polacy, Rumuni i jeden Turek na okrasę. Pod koniec mojego pobytu przyjechało dwóch Portugalczyków. Pracowali na biało, przecież weszli razem z Austrią do Unii. Po tygodniu wzięli wypłatę i tyle ich widziano. Franz – mistrz masarski – dziwił się, że rzucili pracę. Powiedziałem mu, że nie wytrzymali tępa.
– Mus schnell machen. Gema, gema, cag, cag -odrzekł i coraz szybciej kroił jakieś Fleisch
– Warum schnell? Schon Habsburgen Kőnigreich nicht zurűck – powiedziałem do niego połamanym niemieckim.
Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i podreptał do kotła sprawdzić wieprzowe jęzory. Śmieję się. Nie jest źle. Będzie gorzej, mam gdzie wrócić, nie tak jak ci z byłej Jugosławii.
Byłem pewien, że most na Drinie łączył Bośniaków i Serbów. Żyli tam przecież od wieków nie tyle obok siebie, co razem, przenikały się ich kultury i zwyczaje. Nawet namiestnicy sułtana nie zburzyli tych wszystkich mostów, a kamienny most na Drinie stał się symbolem łączności, sąsiedztwa i pokrewieństwa. Takie miałem przeświadczenie i takie budujące wrażenie wywarła na mnie lektura książki Iwo Andricia. Co się stało, że w końcu XX wieku zakażono ich nienawiścią? A myślałem, że po doświadczeniach obozów koncentracyjnych Europa będzie już inna. Wierzyłem w mądrość historycznej pamięci narodów. Myliłem się. Jakiś diabeł zamieszał w tym bałkańskim kotle i ten okrutny wiek zakończył się wykwitem szaleńczego nacjonalizmu. Duszan, Iwo, Goran, Bożo, Ermir, Raszo, Zlatko i Milan, i jeszcze kilku, których imiona już zapomniałem, z byłych republik Jugosławii, tutaj w rzeźni i masarni pracowali obok siebie. Razem siedzieli przy stole, rozmawiali, śmiali się, byli jakby z dala od swojego Belgradu, Sarajewa, czy Zagrzebia. Nikt nie wspominał o ofiarach Mostaru i Srebrenicy. Nie było widać u nich żadnej wobec siebie nienawiści czy niechęci, jakby to wszystko zostawili za sobą i tu w Austrii od nowa budowali swoje domy, swoją przyszłość.
W rozmowie z Bożanem powiedziałem, że czytałem „Most na Drinie” Andricia. Bożo ucieszył się i z sympatią spojrzał na mnie.
– To lektura w szkole – odrzekł całkiem dobrze po polsku.
– Co się z wami stało? – zapytałem. – Przecież żyliście razem, a teraz zburzyliście wszystkie mosty.
Bożan bezradnie schylił głowę i nic nie odpowiedział.
Teraz, po latach ilekroć słyszę w radiu piosenkę Gorana Bregovicia – syna Chorwata i
Serbki urodzonego w Sarajewie – przypominają mi się ci wszyscy „Jugole”, widzę zakłopotanie i wstyd Bożana za zbrodnie polityków.
Najtrudniej się wdrożyć i robotę sobie obrzydzić. Początki zawsze są trudne. Przypominam sobie poniedziałki w rzeźni. Wtedy budziliśmy się już o pierwszej w nocy, by z okolicznych wsi zwozić świnie do uboju. Po pierwszych kursach świniobusu, kiedy już poczekalnia była zapełniona i woda w wannie do parzenia świń gorąca, ustawiono mnie ze Słowakiem Irzim za szczeciniarką, przy podeście z metalowych rur. Kwiki przyszłych ofiar dochodziły tutaj lekko stłumione, bo każdą sztukę porażano prądem i nieprzytomnej zakładano pętlę na tylną racicę. Łańcuch windował ją do góry na kołowrót i wtedy Raszo wprawnym ruchem seryjnego zabójcy przebijał jej serce. Krew tryskała do wielkiego gara, po czym martwa świnia odjeżdżała nad wannę z ukropem. Tam z pętli odpinał ją Darek, łagodnie zanurzał w wodzie i jak łazienny doglądał kąpieli.
Kąpała się świnka, pławiła w jacuzzi, aż ogromne łapy wybrały ją i wrzuciły do szczeciniarki. Ciało świni obracało się jak w betoniarce, a gumowe łopatki robiły jej gili gili, zdzierając szczecinę. Po chwili świnia przestawała tańczyć, obroty zwalniały, zapalały się cztery dysze ogniem piekielnym, który opalał to, co miał opalić. Płomienie gasły i maszyna wypluwała ciało wieprza na nasz podest. „Rzeźnia numer pięć”. Stałem w gumowym fartuchu pełen determinacji do morderstw, przejęty czy sobie poradzę. Każdy pospieszał: – Gema, gema. – Wiedzieli, że jestem pierwszy raz przy uboju. Zerkali na mnie z ironią. Uzbrojony byłem w dzwonek do skrobania świń. Patrzyłem co robi Irzi i tak samo próbowałem. Wyskrobałem śwince pachwinki, trochę szczeci w dołkach za uszami i resztki na nosku. Irzi już śwince zdjął haczykiem pedikiur z zadnich racic, ja z przednich nie zdążyłem, bo już następna świnia zwaliła się na podest.
Tamtej Irzi przecina pęciny za ścięgnami, wbija haki i oddaje ją do rozprucia następnym oprawcom. Znowu nie nadążam. Słowak wyrywa mi racice z dłoni i wprawnym ruchem zdejmuje śwince pazurki. Przyskakuje do mnie z dzwonkiem jakby chciał mi ryj oskrobać, a w oczach ma takie pochodnie jak w tej piekielnej maszynie.
– Ste s…synu, sa nebudem pre teba urobit!
– Spie…laj. – Zakląłem i ja pod nosem na niego też nieładnie.
On dalej nadganiał z robotą i rzucał błyski w moją stronę. Po pół godzinie, gdy wszystkie świnie już zwieźli, zmienił mnie Nico – Rumun z Bukaresztu. Mnie kazali iść do pierwszego kojca naganiać blondynki pod kleszcze paralizatora i nieprzytomne zaczepiać na łańcuchu kołowrotu.
Niemiecka precyzja i organizacja pracy sprawiła, że o szóstej rano półtusze i wszystko do przerobu ze sto dwudziestu świń Darek wepchał do chłodni. Niko i Sorin – jego kolega z wioski koło Giurgiu nad Dunajem – sprzątnęli już kojce, umyli szczeciniarkę, a ja wyczyściłem wszystkie żołądki z treści. Po czym umyliśmy się, przebrali w czyste kitle i poszliśmy na śniadanie.
Tak mija dzień za dniem, tydzień za tygodniem. W soboty roboty trochę mniej, bo zaczynamy o szóstej rano, a kończymy o drugiej po południu. W soboty i niedziele posiłki już przygotowujemy sobie sami. Zaopatrujemy się w mięso na dole w rzeźni. Preferuję cielęcinę i polędwiczki wieprzowe. Co sobie będę żałował. Kolega Jurek – rzeźnik z Kęt dobrze gotuje. Składamy się po parę szylingów, on kupuje potrzebne warzywa i przyprawę – litr smirnowa. Potem, pojedzeni i już napoczęci, kupujemy w pobliskim sklepie u Hofera po butelce gorbaczowa lub jelcyna i robimy Drang nach Osten. Odbijamy Lwów. Maszerujemy przez Zaporoże i zdobywamy roponośne pola Zakaukazia. Ech, polska fantazjo.
Po takiej kampanii byliśmy już mocno zmęczeni. Wtedy Jerzyk zaczynał opowiadać o swoich gołębiach. Dłonie składał w łódeczkę, jakby w nich trzymał te swoje garłacze, pawiki, grzywacze i pocztowce. Całował je czule w dziobek i rozkładał dłonie. Patrzył za nimi jeszcze chwilę wzrokiem mętnym, walił się na łóżko i zasypiał. Bar wzięty!
Ci, którzy planują niedzielną wycieczkę, rezygnują z podboju Dzikich Pól i wycofują się już z nad brzegów Dniepru na leże.
Wyjeżdżamy czasem do Wiednia, Tullnu, Sankt Polten, czy innych miasteczek w okolicy.
W Wiedniu zajeżdżamy pod kościół Św. Józefa na Kahlenbergu. Przed wejściem czytam inskrypcje na tablicy poświęconej Janowi III Sobieskiemu. Król ma marsowe oblicze, a głowę ozdobioną wieńcem laurowym zwycięzcy. Po prawej stronie jest tablica wbudowana na pamiątkę pobytu tutaj Jana Pawła II w roku 1983 w trzechsetną rocznicę odsieczy wiedeńskiej. Po mszy wchodzimy na taras widokowy. Z góry widzę tuż przed sobą korony drzew. Rozsiadły się kępami po łagodnych grzbietach zieloności pól. Czasem w dół zbiegają równymi rzędami poletka winorośli. Domy przedmieścia chowają się w cieniu drzew, dalej otwiera się szeroka panorama miasta. Błyszczy z oddali, aż po sine pagórki za nim. Tam dalej już Węgry. Tuż na lewo płynie wstęga Dunaju podzielona podłużną wyspą na dwa nurty.
W dole, u bram miasta wyobrażam sobie wielotysięczne oddziały tureckich janczarów Kara Mustafy. Widzę ich białe czapy i jasne stożki ich namiotów, które otaczają kołem przepyszny złoty namiot Wielkiego Wezyra. Jest cudowna pogoda, słońce kładzie światło na dolinę, a mnie już rosną skrzydła, jak husarii Króla Jana.
W restauracji na tarasie zamawiamy coś do picia. Pod kościół przychodzą kolejne grupy turystów. Mówią po polsku. Czytają z dumą zdania obu inskrypcji. Czują się jak u siebie. Wracamy do Europy.
Wracamy z wycieczki. Teren jest płaski jak w moich rodzinnych stronach. Naraz w oddali wyrasta ogromna góra, a na niej spomiędzy drzew bieleją ściany i czerwienią odbija się dach zamku. Wjeżdżamy do Sitzenberg-Reidling, tu mamy swoje poddasze.
Ci najwytrwalsi w walce teraz leczą rany. Zapijają kaca. Klina klinem. Wino jest tu za bezcen. Dla mnie zbyt kwaśne. No cóż, wychowałem się na mleku. Niedzielne popołudnie mnie nudzi. I wlecze się, i mija za szybko – zależnie od nastroju. Tęsknię, myślę o rodzinie. Dzwonię z budki telefonicznej do domu. Lubię odkładać tę rozmowę z żoną i dziećmi na późne niedzielne popołudnie. Wiem, że coś dobrego mnie spotka. Chcę ich usłyszeć, to jest jak deser po obiedzie. Cały tydzień ma wtedy sens i niedziela też obiecuje szczęśliwe zakończenie. Idziemy spać po szóstej wieczorem, bo jutro znowu świniobicie. Już idzie mi sprawnie to doczyszczanie pach, ryjów i zdejmowanie pazurków. Irzi się nie wścieka. Śmiejemy się razem. Zaczynam go lubić.
Ostrzył sobie nóż do rozbioru mięsa. Przyciskał palcami klingę do tarczy ostrzałki, nóż się podwinął i podciął mu cztery palce lewej dłoni. Dłoń mu zabandażowali, a że w Austrii nie był ubezpieczony, kolega Zoltan odwiózł go do Bratysławy. Po miesiącu chciał wrócić, ale już w rzeźni u Jozefa Tojfnera nie było miejsca.
I ja po półtora roku wracam na dobre do kraju. Znajduję wreszcie pracę w swoim mieście. Popołudniami i w dni wolne robię ogrodzenie wokół swojego domu. Dzieci się cieszą, bo teraz mogę im kupić psa.
Adam Tomczyk





