opowiadanie
Kiedy Malwina zobaczyła na trawie pod rynną jego gołe ciało, nie do końca zdawała sobie sprawę w co się pakuje zabierając go do domu. Płuca chodziły mocno, jakby były ważniejsze niż jakikolwiek inny organ, a on sam zwinięty w nieforemną kuleczkę całym sobą pokazywał jak bardzo jest oddechem i jak chce żyć. Żebra robiły niczym kowalskie miechy i widać było ich morderczą pracę przez prześwitującą skórę podobną do bezbarwnej spożywczej folii, trochę tylko podbarwioną bladym różem, jakby przedzawałowym fioletem przeszywającego bólu. W kanciastej, opiętej do granic możliwości w cieniutki pergamin nieruchomej kulce uwagę przyciągało wybałuszenie powleczone zamkniętą powieką. No jasne, skwitowała markotnie: oko, które jeszcze nie zobaczyło świata a już dogłębnie zaznało jego okropieństw.
Mimowolnie rozejrzała się za jakimś zdziczałym kotem, który mógłby w jednej chwili skrócić tę mękę i odprawić przy okazji swoje rytuały z dawno wymarłej dżungli. Już go widziała, jakiegoś najlepiej trzcinowego vel bagiennego, jak się zasadza na tego biedaka, jakby miał do czynienia co najmniej z rocznym lwem a nie z dyszącym przedśmiertnie chucherkiem. Wyobrażała sobie kocie tańce; zawiane boczne podskoki imitujące uniki w walce z gibkim przeciwnikiem. Nawet wyniosłe, okrutne zabawy z pół – denatem: a to podrzucanie do góry i popis zręczności w swobodnym łapaniu, a to popychanie łapką w celu ożywienia martwej natury. A może, jeśli byłby bardzo głodny byłoby to bezwzględne ” chap” i natychmiastowe wielkie żarcie przerywane pomrukami satysfakcji lub, jeśli trafiłoby na osobnika ze zwisającym od przejedzenia brzuszkiem – delikatne obwąchiwanie, i po krótkim decyzyjnym namyśle zaniesienie łatwej zdobyczy na próg domowej bogini władającej w kuchni smakami, które nawet trudno kotu wymarzyć: całe imperium morskich stworzeń, jakby podmuch targu rybnego w Splicie albo dopiero co rozładowany kuter w Ustce pełen zapachu flądry, dorsza czy śledzia. Z wdzięczności wypadało zanieść czasem gospodyni świeżego wróbla i zostawić pod drzwiami. Ale, jak kot miałby się sam wyprawić na szerokie wody mórz i oceanów? A tak, wystawiwszy do przodu cały organ powonienia przed miską z resztkami ryby bywał, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w świecie morskich smaków, co przyprawiało go o mocny zawrót głowy. Ach, te zapachy podwodnych łąk pełne tajemnic nieznanego świata!
Może zadziałał tu atawizm? A co, jeśli pamięć przeniosła go na korsarski statek, na który pochwycono jego przodka ukrytego w trzcinach, bo na okręcie rozpanoszyły się myszy a szczury podgryzały nogi nawet kapitanowi? Gdyby nie czerwonawe umaszczenie może nie wypatrzono by go w indyjskich bagnach. Dał się podejść, bo akurat był wtedy mocno, po kociemu zakochany i cała ta historia z rybami wlecze się za nim pewnie przez dwieście pokoleń. Ale do rzeczy, do rzeczy, co niełatwe, bo koci świat, pełen jest niezbadanych tajemnic i wabiących subtelności; jeśli się raz w niego wpakujesz, zassie cię, nomen omen, jak złote lub tęczowe bagno.
Jeszcze miała czas. Mogła odejść. Przecież nie patrzył na nią tym swoimi zaklejonymi bąbelkami, chociaż czuła jego ukryty wzrok, bo pewnie o kilka sekund za długo przystanęła, zdjęta ni to litością, ni gorączkowym, ale i bezradnym poszukiwaniem wyjścia z sytuacji. Jednak już nie potrafiła tak po prostu machnąć ręką.
Może dlatego zazwyczaj pospiesznie pędzimy, patrząc przed siebie, usprawiedliwieni, że nie widzieliśmy, nie słyszeliśmy, a kto by tam wiedział „coś takiego”, wygodnie nie widzieć tego, co zburzy nasz spokój wynegocjowany z sobą samym na każdy dzień, który i tak ma przecież „dość swej biedy”. Może najłatwiej uciec od problemu, zakręcić nosem, dać w długą i po sprawie. To może być nie tylko dosłowna ucieczka, czasem pęd pamięci, wybieg, fortel, wyparcie, manipulacja, w końcu – amnezja.
Nie wydawał żadnych dźwięków. Oho, jeszcze by tego brakowało i ta jego bezradna niemota była najbardziej poruszająca. Po krótkiej chwili odpowiedziała na to jego milczące błaganie:
– Wiesz, stary, ja też nie wiem, jak to będzie. Ale…spróbuję.
Już nie było odwrotu, bo był w jej dłoni zdany na łaskę i niełaskę amatorskiej pielęgniarki i ptasiej opieki medycznej w leśnym ogrodzie. Nagle całkiem ode niej zależny. Poczuła, że cały kosmos zwalił jej się na głowę, jakby ode niej zależeć miało, czy to życie zaiskrzy jeszcze i rozpali się w złoty płomyk czy zgaśnie, zwiędnie i uschnie bez jej uwagi i poświęcenia.
– Gdybyś był jeszcze w jaju, to może łatwiej byłoby cię zostawić – wymamrotała, trochę już jednak wzruszona, że ze skorupki jednak wykluło się pisklę i wypadło, albo zostało wypchnięte, Bóg raczy wiedzieć czemu. Odruchowo moszcząc w wiklinowym koszyku kłaczek waty a później pakując pierwszą szczęśliwie złapaną muchę do tunelu gardzieli, błądziła myślami w świecie dzieciństwa, by pod poduszką – w domu, który ostał się już tylko w jej pamięci i sercu, znajdywać a to mokre z wysiłku i emocji gąsię, na pół wychylone z potrzaskanych wapiennych śpioszków, a to puchowo żółty zwitek, podobny do rozkwitłej wielkanocnej bazi, który okazywał się być kwilącym kaczęciem, z włogawą łapką, którą jej mama, doświadczona w corocznym „wywodzeniu” gęsich, perliczych i kurzych stad okręcała plasterkiem słoniny i gałgankiem bandaża. Czasem taka piskliwa biedota pachniała octem i nie wiadomo jakimi jeszcze miksturami, jednak pod opieką ciepłych i delikatnych rąk te wszystkie biedoty wyrastały na dorodne gęsi i kaczory, zdobiące podwórko szmaragdowo białym pierzem.
Z octem bała się zaczynać przy takiej drobinie, ale niezwykle pomocna okazała się nowa pincetka ze złoconą końcówką, która świetnie posłużyła za karmiący dziób wróblicy, precyzyjnie celując w głodną – po wilczemu – otchłań. A później dokupiona pipeta do serwowania wody. Oddech przesunął się na drugi plan. Może tak wyraziście powracał jeszcze podczas gorączkowego snu, w który malec zapadał raz po raz – teraz jednak ważniejszy był apetyt.
Aby się tak do końca nie rozczulać przewrotnie nazwała go Macho i już wyobrażała sobie, jak wyrośnie na dorodnego pięknego wróbla, który złamie niejedno serce i porozstawia po gałęziach bezwolnych nieudaczników i szpakowatych maminsynków. Teraz żaden był z niego śmiałek. Jedyne, co potrafił, to jeść całym sobą. Przemienił się z płuco – ptaka do niedawna walczącego o łyk tlenu – w system trawienny i nawet wybarwił połykanymi muchami drobniutkie jelita, dobrze widoczne przez pergaminową skórę. Właściwie, kiedy przychodziła pora karmienia, a była ona nieustająca, nie licząc krótkich morderczych przerw na bieganie za muchami, nie był prawie widoczny, bo przesłaniała go jego własna przepastna czerwona gardziel z intensywnie żółtymi zajadami, które miały prowokować ptasią niańkę do wydajniejszego uganiania się za żywnością. Całe szczęście, dwudziesty czerwca był pełnią sezonu dostaw ormiańskich czy tureckich arbuzów i ich resztki nieodparcie przywabiały połyskliwe bzyki. Uprzykrzone, zazwyczaj „prztykały” beztrosko po świeżo umytych oknach, zawieszonych przed chwilą firankach, nonszalancko penetrując, co się tylko dało w otwartej szeroko na leśny ogród kuchni. Ale było ich i tak za mało, bo i mało było krów w okolicy: może dwie albo trzy. Na dodatek skrzydlaci przyjaciele: jaskółki i muchołówki, które niczym podniebne delfiny z wizgiem naganiając sobie w powietrzu co tłuściejsze ławice, wyłapywały krwiożercze piranie obór.
– No takie jedzenie, taki nieposkromiony apetyt, to rozumiem. Każdy kucharz byłby szczęśliwy, gdyby wszyscy tak jedli. Będzie z ciebie niezły pracownik – przypomniała sobie, jak to podobno oceniali dawni majstrowie przydatność terminującego czeladnika. Taki „świeży” najpierw dostawał jeść: jeśli jadł szybko i konkretnie – cokolwiek to znaczy – pewnie, jeśli nie wybrzydzał i nie wiosłował w zamyśleniu łyżką w zupie albo nie grzebał widelcem kapuście w poszukiwaniu kiełbasy, nadawał się na robotnika. Jak je – tak pracuje.
Much niestety było mało i teraz w pełni doceniła zabieganie a właściwie zalatanie, prawie do upadłego, ptasich rodziców. Często ich obserwowała: Przylot – mucha – karmienie – pakiet. Wylot (z kupą w dziobie) – mucha – przylot. Sanitarny pakiecik. Motyl, larwa, gąsienica – też się nada – przylot i tak rzutem na taśmę w zależności od gatunku i zwyczajów żywieniowych gniazda oraz nieomylnego instynktu.
O, matko! Na co ja się porwałam! – wyrywało jej się nie raz podczas tej bieganiny. W końcu przydałyby się skrzydła. Mizeria w temacie much latających zmusiła ją do poszukiwania pod kamieniami mrówczych jaj, w których nader gustowały zielone dzięcioły. Na szczęście leśny ogród obfitował w liczne kolonie tych pracowitych owadów i w polodowcowe kamienie wszelkiej maści. Zaprzestała prawie gotowania, bo kto by tam miał do tego głowę w takim zamieszaniu.
Siły i entuzjazmu dodawało jej każdorazowe zajrzenie do koszyczka i radosne stwierdzanie, że Macho ciągle żyje, „dycha” a nawet wyczuwa ruch ręki, bo natychmiast mości się, otwiera dziób i próbuje unosić łebek. No i kto by się poddał!
Zdawało się, że cały ogród niańczy z nią ptasie dziecko a wszystkie skrzydlate mamy doradzają radośnie jak ma je pielęgnować, przypatrując się z wyrozumiałym uśmiechem jej lękom i niezręczności. Wyczuwała w głosach dochodzących z czerwcowych drzew (Macho kulił się w koszyczku na tarasie zwróconym na półdziki ogród) tyle gorącej zachęty graniczącej prawie z rozświergotaną euforią, że niebawem pozbyła się resztek strachu: będzie co ma być. Nawet słoneczne światło emanowało macierzyńskim ciepłem, łagodne promienie szukały kwilącego i drżącego nieszczęśnika i kiedy rozgrzewały jego wiecznie lodowate ciało uspokajał się i zasypiał, jakby nareszcie upewniony, że znów znalazł się pod rozpalonym brzuchem matki w nieustannie rojącej się gromadce braci i sióstr. – Jeszcze by tego brakowało, żebym mu zaczęła śpiewać – przyłapała się na iście matczynym rozmarzeniu.
W świecie – przypomniała sobie wyczytane gdzieś mądrości – ciągle powstają nowe teorie o tym, jak nasze ciało „rozmawia” samo ze sobą w rejonach powszechnie niedostępnych naszemu poznaniu: na poziomie komórek, co nader często decyduje o zdrowiu albo chorobie, załamaniu psychicznym albo zadowoleniu z życia. Otóż jedna z takich teorii głosi (nie zapamiętała jej twórców), że komórki w żywych organizmach porozumiewają się nie poprzez przesyłanie impulsów elektrycznych a poprzez emitowane z nich światło. To jako „światłolubnej” bardzo jej się spodobało i przemówiło do niej bardziej niż jakiekolwiek inne kuracje i procedury. Mówi się przecież – myślała – o świetlistych duszach, o świetlistym spojrzeniu, o światłych w końcu ludziach i „nietrzymaniu pod korcem prawdy” a w świetle. Światło wyłaniające się z mroku, świetlistość brzasku, olśnienie nową ideą, wynalazkiem, oświecenie jako zaprzeczenie prostackiej ciemnoty. Ostatecznie, każdy człowiek cały zdaje się być w spojrzeniu: w – jego mroczności albo świetlistości. Nawet jeśli jest to tylko niekiedy światło wewnętrzne wypisane na jego twarzy. Czyż nie jesteśmy obdarowani nim hojnie, jeśli składamy się z gwiezdnej materii? Przez jakie światło i światy we Wszechświecie przeszedł nasz biologiczny potencjał, bagaż przeszłych pokoleń, form istnień i istot, z którymi czujemy więź jako wybrani do szczególnej roli „czynienia sobie Ziemi poddanej”? Ile po drodze „wchłonęliśmy” tej niepojętej przedwiecznej promienistości podczas kosmicznej wędrówki? Skąd – rodząc się – tyle wiemy, ile wiemy? Przecież wszystkiego, co obejmuje nasza świadomość, podświadomość, instynkty, przeczucia, talenty nawet w najdłuższym życiu i najstaranniejszej edukacji nikt nie zdołałby opanować.
Tak więc świetlista czułość zapanowała w całym ogrodzie i w duszach, bo Macho, pomimo tego, że był tak słaby i nijaki wniósł w codzienny schemat jakąś trudno definiowalną odświętność potęgi życia, tak jak widziany przez nią swego czasu mysikrólik, kiedy to ona sama przypominała takiego wycieńczonego „macho” – tak była słaba i przez to zrezygnowana. Pamiętała swój spacer po zimowym ogrodzie, kiedy dreptała niepewnie pomiędzy styczniowymi sosnami, szarość panoszącej się zimy dorównywała jej fizycznej anemiczności, gdy nagle na jednej z gałęzi sosny zauważyła, tuż przed nosem, kolorowe, popiskujące cichutko, ale uskrzydlone dosłownie i w przenośni cudo, które nie zwracało na nią uwagi, bo była pewnie dla niego rodzajem wolno przesuwającej się góry lub nieruchawym niedźwiedziem, no a w ostateczności, czymś leśnym jak i ono samo.
Najpierw usłyszała cichutkie” ciiisiii” a później zobaczyła opierzonego ptaszka z siarkowożółtą fajerką na łebku i zielonkawym płaszczyku. Mysikrólik tak był zajęty zbieraniem czegoś (dla niej niewidocznego) na dorodnych igłach świętokrzyskiej pinii, tak absolutnie szczęśliwy przy tej robocie i wcale nieprzejęty śniegiem, mrozem, zmorą szarości nadciagającej zimowej nocy, która, jeśli chce kładzie śmiertelnym pokotem nie takie filigranowe osobniki. – Mój Boże – pomyślała. – Jakże takie maleństwo przeżyło alpejskie amplitudy temperatur? Gdzież to biedactwo śpi, gdy mróz łamie gałęzie a jego oddech tka na szybach lodowe jedwabie?
Nie była pewna czy ją widział, czy tylko tolerował, a może nie był tam przypadkiem, bo kiedy przypomniała sobie zdanie z zapisków Gabrieli Bossis:” W życiu nie ma przypadków”, to pomyślała sobie, że Bóg zawsze dodaje otuchy i wysyła znaki. Ale trzeba odczytywać te wiadomości, trzeba czytać ze zrozumieniem te listy, nawet jeśli ich się na początku nie rozumie dokładnie, trzeba pragnąć. Cudem, z dnia na dzień nabrała sił, bo w tamtej chwili mocno uzmysłowiła sobie, że skoro życie tego nic a nic niemartwiącego się mysikrólika jest absolutnie w ręku Stwórcy, więc i jej także. Co za ulga, co za otucha, co za oczywiste” odkrycie”, o którym chwilowo zapomniała.
Kiedy Macho znalazł się w polu widzenia jej świadomość była już bogatsza o takie drobne zwycięstwa ducha z mizerotą ciała. I jakiekolwiek ono by nie było kruche, to ogrzane siłą wewnętrznego światła stawało się dzielne i zdolne „mierzyć siły na zamiary”.
To było nieodwołalne, o życie Macho trzeba było walczyć z całych sił i kiedy wreszcie nieopierzony golas przejrzał na oczy, sprawy potoczyły się radośniej. Błyskał cekinem źrenic na soczystą zieleń na tyle, na ile mógł dostrzec ją spoza swojej waciano gałgankowej pieluchy. Z nieruchawego stał się dosyć ożywiony i ciągle próbował nowych ćwiczeń. Wyglądało to jak ptasie rozciąganie dyktowane, rzecz jasna, prawie nieustanną chęcią zaspokajania głodu. Czasem zasypiał i w dzień, a w nocy dobrze okryty w czujnym półśnie wytrwale wyczekiwał świtu. Rankami zawsze z pewnym lękiem uchylała skopanej kołderki przekonana, że tym razem pewnie zastanie już wychłodzonego denata. Ale nie! Wola przetrwania i obopólny zapał doprowadziły do tego, że skóra malucha zaczęła obsypywać się pałkami, na końcu których dumnie zarysowywały się pędzelki przyszłych piór. No, ale życie ma swoje wymagania i trzeba od czasu do czasu udać się na większe zakupy. Kiedyś musiał sam zostać w domu. A właściwie z drugim „nieszczęściem” – podrzuconą czarno – białą suką. Dla jej smukłych nóg żadna wysokość nie wydawała się przeszkodą. Przy tym mocno interesowała się nowym domownikiem. Co więc było robić z coraz to śmielej dokazującym wróbelkiem?
Malwina wpadła na, zdawało się, genialny pomysł: wróblik w koszyku zostawiony na zewnętrznym parapecie okna nie tylko uniknie namolnego i nieprzewidywalnego w skutkach obwąchiwania psim nochalem a na dodatek weźmie pierwszorzędne lekcje świergotów. Czas był najwyższy na wydawanie ptasich dźwięków. Przy tym mały dowie się z pierwszej ręki, skąd mu nogi wyrosły i dlaczego został haniebnie porzucony, wypchnięty czy zgubiony. A może wywleczony przez wiewiórkę albo sójkę, którą nagle ktoś spłoszył? Dobrze znać swoje dzieje. Nakarmiony, napojony wodą z pipety, z dobrze zablokowanym koszykiem, żeby nie zsunął się przypadkiem, wróbelek pozostał na świeżymi powietrzu w życzliwym otoczeniu rozśpiewanej letnio zieleni.
Po powrocie do domu Malwina natychmiast pobiegła pod parapet od zachodniej strony, blisko rozłożystego czerwonego głogu, w którym urzędował cały wróbli klan i stanęła jak wryta. Macho leżał prawie w tym samym miejscu, w którym go przedtem znalazła. Tym razem jednak martwy na amen. Koszyczek jak stał tak stał, nieporuszony, bo podparty solidnym kamieniem. Przyszywana ptasia mama nagle poczuła pustkę, a później dojmujący smutek i zapłakała tak jak się płacze w ukryciu: krótko, mocno, gorzko i wstydliwie.
– Kto by pomyślał, że taki z ciebie chojrak. Co najlepszego zrobiłeś, Macho? – z wyrzutem zapytała przestrzeń wokół siebie.
– Chyba oszalał z pragnienia swojego gniazda. – Tłumaczyła sobie w duchu. – Pewnie usłyszał ich natarczywe wołania; porwał go nieokiełznany zew krwi. Pewnie zebrał wszystkie moce, jakie miał, i nawet te, których nie miał. W euforii wygramolił się z trudem z koszyka, byle tylko dofrunąć do matki. Pewnie stare zaprawione w awanturach wróble zagrzewały go do boju. – No, mały, śmiało! Dalejże i takie tam… Wróblica mogła oponować, czując, co się święci. Ale to w końcu nie lisia, kocia ani wiewiórcza matka. Nie zdołałaby chwycić nielota za skórę, by przenieść go w bezpieczne miejsce.
Nie było szczęśliwego zakończenia. Nihil novi sub Sole. Życie – ten genialny pisarz nad pisarze – przełożyło następną stronicę dramatu godnego wielkiej ogrodowej sceny. Kolejny Ikar przecenił swoje siły palony ogniem tęsknoty.
Leszczyny, styczeń 1025r.





