Z lotu Marka Jastrzębia: O WYŻSZOŚĆI CENTYMETRA NAD METREM

0
211

 

Z lotu Marka Jastrzębia


O WYŻSZOŚĆI CENTYMETRA NAD METREM


Jan CybisPan Leszek Żuliński pisał o inwazji wierszowanej miernoty https://pisarze.pl/publicystyka/1935-leszek-uliski-o-nowy-hamletyzm-czyli-czy-istnieje-moda-poezja.html ,więc cieszę się, bo skoro było tu o poezji, to może i o prozie powinno. Na marginesie powiem, że na poezji znam się bajecznie źle i myślę, że w porównaniu do prozy, diabelnie ciężko napisać coś sensownego. Odbieram ją sercem; ma mnie zachęcać do kontynuacji życia, do jego doskonalenia, wzbogacania i uszlachetniania, nie zaś do popełnienia samobójstwa na zgliszczach świata. Lubię zdrową, oryginalną, niebanalnie czystą, wydezynfekowaną z łatwego patosu, szamańskiej kokieterii, koloraturowych westchnień za niegdysiejszymi śniegami. Przepadam za poezją zmysłową, roziskrzoną ruchomymi obrazami, grą zmiennych pojęć, za językowymi podróżami w nieznane, jakieś do, ponad i w. Tym bardziej dziwi mnie zatrważająca ilość piszących marne wiersze uznawane za wybitne.


    W swoich łazęgach po pisarskich portalach napatoczyłem się na wiele stron z tak zwaną poezją, natomiast znalazłem gigantycznie mało miejsc dla prozaików. Na szczęście nie mnie sądzić czy z tej góry tekstów urodzi się Asnyk, czy wierszolubna mysz. Ale na nowego Mickiewicza – nie liczyłbym prędko…


    Zaobserwowałem spory wysyp grafomanów z mozołem skrobiących utworki – potworki. Manieryczne, przypominające poezję tylko z zapisu. A wśród tej dżungli, odkryłem ociupinkę niezaprzeczalnych pereł. Więc doszedłem do wniosku, że im więcej mamy wierszy, tym trudniej wyłuskać z nich poezję, bo ilość nie przechodzi w jakość. Przeciwnie; zawsze wolałem centymetr kiełbasy od metra g… Co, ku bezsilnej rozpaczy moich przyjaciół, zostało mi do dziś.


    Ale miało być o prozie. Tu muszę powiedzieć, że z szacunku dla słowa, mam alergię na współczesną; nie po drodze mi z ferajną wieszczów cynicznego samouwielbienia. I nie podniecają mnie kalekie raporty z przeżyć niedowidza, niedosłysza i niedouka. Co nie oznacza, że jej nie śledzę. Śledzę i wypatruję diamentów, lecz robię to z coraz mniejszym zainteresowaniem, a coraz większym zniecierpliwieniem. Inna sprawa, książki dawnych mistrzów pióra. I im poświęcam kęs czasu. Zresztą moje lektury nie ograniczają się do prozy. Obecna zawężona jest do luzackiego muśnięcia trudnego tematu, szczegółowo natomiast skupia się na wątkach radosnych, hedonistycznych, gloryfikujących niefrasobliwość, bezduszność i egoizm.


     Kiedy czytam Białoszewskiego, Faulknera, Joyce‘a, Updike‘a, Leśmiana, Balzaka, Baudleaire‘a, Słowackiego, Różewicza, Twardowskiego lub Herberta, jak mogę, z aroganckim czołem, przeciwstawiać im współczesną mizerotę? Gdzie te Leśmiany i reszta wirtuozów słowa, gdzie się zamelinowali następcy Słowackiego i pozostali derywatorzy?


    Z uporem prostodusznego maniaka zadaję sobie ciągle aktualne pytanie: czy dysponując zasobem wiedzy i doświadczeń porównywalnym z wiedzą i doświadczeniami wyniesionymi z przedszkola lub żłobka, dzisiejsi literaci mają wystarczające powody do zadzierania nosa i mogą czuć się pyszałkami, wiedząc o istnieniu Saroyana, Dostojewskiego, Bunina, Czechowa, Maupassanta? Niestety, stwierdzam, że mogą być fanfaronami, a mogą, ponieważ nie obowiązuje ich niegdysiejsza pokora wobec lepszych. To słowo nie istnieje w narzeczu współczesnych tekściarzy. Zamiast niego mam do czynienia z butą i nonszalancją. Z przekonaniem, że prawdziwa literatura zaczyna od nich, a znajomość dorobku poprzedniej, to strata czasu.

    Jestem więc świadkiem geometrycznego rozprzestrzeniania się zarozumiałości, intelektualnego bezdechu, samochwalstwa i półanalfabetyzmu. A także – coraz gwałtowniejszego, napastliwszego i agresywniejszego atakowania świata wyrażaniem za pomocą nieudolnego, ubogiego i mało inspirującego języka. Podczas gdy giętki, bogaty, nieszczekliwy i bezinwektywny, odszedł na wieczny odpoczynek. Ale pocieszam się, że nie wszyscy teraz piszący są umysłowymi wsteczniakami. Tylko nie rozumiem, dlaczego tak skrzętnie i skwapliwie chowają się po kątach, niszach i zadupiach! Trudno tam trafić, a jeszcze trudniej odnaleźć ich arcydzieło.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko