Strona główna Rok 2026 Nr 611 Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
51

O polsko-żydowskich wertepach

Piotr Nowak jest jednym z najwybitniejszych eseistów polskich, poza tym, że uczonym profesorem filozofii. Kilka lat temu ukazała się jego kapitalna książka „Filozofowie w trzech słowach”, błyskotliwe i wnikliwe, a przy tym oryginalnie ujęte, portrety czołowych polskich filozofów, którym dane było żyć i pracować w PRL. Ostatnio ukazał się jego zbiór „Akcent typowo polski”, poświęcony wybranym zagadnieniom polskiej kultury w oświetleniu literackim. Tom „Jak Żydzi chcieli Polakom ukraść Księżyc. Eseje poapokalityczne” tłumaczy się samym już tytułem. Wydaje mi się, że to pierwszy od czasu „Do Europy tak, ale z naszymi zmarłymi” Marii Janion ważny głos odnoszący się „kompleksu polsko-żydowskiego”.

„Nie można zrozumieć Polaków w oderwaniu od Żydów, ani też Żydów bez Polaków. Oba narody współżyły na tych samych ziemiach niemal przez tysiąc lat. Ich wzajemna koegzystencja nie układała się gładko, piszę o tym w pierwszym rozdziale. Na koniec przyszli Niemcy i zabili sześć milionów obywateli polskich, z czego trzy miliony obywateli polskich – lub osób Polskę zamieszkujących – wyznania mojżeszowego. Od tej pory nie ma już Żydów. I nigdy jej więcej nie będzie. Chcę o tym – sobie, innym też – raz jeszcze opowiedzieć” – napisał na wstępie wstępu Piotr Nowak. Praca Nowaka nie jest jednak historią relacji polsko-żydowskich od Ibrahima ibn Jakuba, żydowskiego kupca, który trafił do państwa Mieszka I począwszy. Nowak od razu wszedł in medias res, czyli w wiek XIX, czas, w którym uformowały się początki nowoczesnej świadomości polsko-żydowskiej. Nawiązuje do polskich prekursorów „resetu” polsko-żydowskiego, Mickiewicza i Orzeszkowej, ale też do Martina Bubera, twórcy słynnych „Opowieści chasydów”, któremu poświęcił obszerny szkic. Zbiór Nowaka nie odznacza się szczególną spoistością, autor nie szuka jakiejś jednej tezy, jednego intelektualnego logarytmu, pewnie w dużym stopniu dlatego, że całość została skomponowana z tekstów opublikowanych w różnym czasie i różnych pismach. Nie zmienia to jego poznawczego walorów. A co oznacza zawarta w tytule książki Nowaka metafora o „kradnięciu Księżyca”? Rozszyfrowanie tej zagadki zostawiam czytelnikom zbioru.

Jak Żydzi chcieli Polakom ukraść księżyc. Eseje poapokaliptyczne

Piotr Nowak – „Jak Żydzi chcieli Polakom ukraść Księżyc. Eseje poapokaliptyczne”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2025, str. 317, ISBN 978-83-8196-965-9

Czas (nie)powszechnego rodzenia

Tematyka położnicza stała się ostatnimi czasy bardzo modna. Powstało sporo filmów i seriali, fabularnych i dokumentalnych poświęconych rodzeniu. Wystarczy przywołać choćby brytyjski serial „Z pamiętnika położnej”, niemiecki cykl „Toni akuszer” czy dokumentalny cykl amerykański „Ciąża z zaskoczenia”. Na rynku księgarskim pojawiło się sporo książek poświęconych tematyce ginekologiczno-położniczej, choćby popularny cykl „Akuszerka”. Paradoks polega na tym, że w czasach, gdy sprawy fizjologii porodu były jeszcze generalnie otoczone tabu (choć pojawiały się wyjątki jak „Orestes i wieloryb” Hedwig Rhode, „Niemiłosierni” Marii Jarochowskiej, „Grupa” Mary McCarthy, „Zimowe dzieci” Dei Morch czy „Regulamin tłoczni win” Johna Irvina), dzieci rodziło się w Polsce ile dusza zapragnie, a w czasach gdy to tabu już nie działa i o porodach i porodówkach mówi się bez ograniczeń, dzieci rodzi się jak na lekarstwo. Mówiąc trochę krotochwilnie – gdy w telewizji w ogóle nie było porodów, w realu kobiety rodziły jak najęte. Teraz, gdy w telewizjach kwestie porodowe porusza się codziennie, przyrost naturalny skurczył się radykalnie. Jak w tym dowcipie: czym się różni życie od kina? W kinie jest dużo seksu, a mało dzieci, a w życiu odwrotnie.

„Położne” Sabiny Jakubowskiej są tematyczną kontynuacją wydanych kilka lat temu „Akuszerek”. Napisałem o tamtych obszernie jako o „epopei porodowej”, wpisanej w historię (tym razem okupacja niemiecka 1940 roku) i pokazanej ciekawie na tle społeczno-obyczajowym. To piękna proza pełna bezpretensjonalności i prostoty. Podoba mi się w prozie Jakubowskiej jej szczery naturalizm, który w moim odczuciu jest nie bezwstydem, lecz wyrazem dumy kobiety z roli przypisanej jej przez naturę. Roli, której nie wiedzieć czemu miałaby się krępować, co narzucała jej „kultura” rozumiana jako restrykcyjne normy. Oto kilka próbek stylu tej powieści:

„Któraś córka przyniosła ciepłej wody w misce i pomogła umyć pośladki mamy. Rodząca nie wstydziła się swej nagości wobec córek”.

„Regina pomogła rodzącej podkasać spódnicę. Rozpięła jej pas do pończoch, zsunęła majtki. Oparła się pokusie zbadania jej nieumytymi dłońmi”. „Kazała tej rodzącej klęczeć z pośladkami do góry” (…) Pani Alfreda z przepraszającym wyrazem twarzy (…) przyjęła taką pozycję, jak jej położne nakazały”. (…) „potem podeszły do Alfredy. – Zbadamy pani rozwarcie. Proszę nie zmieniać pozycji. (…) Klementyna podciągnęła sukienkę ciążową tej kobiety. Regina zanurzyła palce w jej waginie” (…) „Głos rodzącej był stłumiony (…) wciskała twarz w poduszkꔄMężczyzna czytał o przygotowaniu rodzącej, o szerokim rozkładaniu jej nóg, myciu krocza lizolem i skracaniu nożyczkami włosków łonowych”. Są też passusy wzruszające („Położna z izby przyjęć przyszła (…) dopytać się o datę pierwszej miesiączki, datę ostatniej, datę poczęcia. Regina uśmiechnęła się przy dacie poczęcia, tak dobrze to pamiętała, ciepłe dłonie męża i jego gorący zapał (…). Owulacja tylko zwiększała odczuwanie (…) to dopiero było wspaniałe, że w takim ogniu powstaje nowy człowiek”. Mam nadzieję, że Sabina Jakubowska nie poprzestanie na „Akuszerkach” i „Położnych” i znów obdaruje czytelników swoją piękną prozą.

Położne. Sabina Jakubowska

Sabina Jakubowska – „Położne”, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026, str. 653, ISBN 978-83-68228-75-5

Mazury ziołami pachnące

Wszedłszy w klimat porodowy warto przeczytać „Akuszerkę z Sensburga” Katarzyny Enerlich. To historia położnej, młodej Polki, która osiedliła się w tytułowym Sensburgu (obecnie Mrągowo) w Prusach Wschodnich. Powieść jest częścią szerszego cyklu, na który składa się kilka innych powieści. W odróżnieniu od prozy Jakubowskiej, proza Enerlich jest lżejsza, bliższa formuły „czytadła”. Do zajęć głównej bohaterki jako akuszerki dochodzą tu radości obcowania z naturą roślinną, ze światem ziół i wiejskich zielarek. Obraz Sensburga jest mile idylliczny, choć wilgotna i mglista przyroda Warmii i Mazur przepełnionych jeziorami nie pozbawiona jest surowości i mroczności. Wiem coś o tym, bo przez wiele lat spędzałem tam dużo czasu, więc z tym większą przyjemnością, wywołaną sentymentem, poczytałem prozę Katarzyny Enerlich.

Akuszerka z Sensburga - Audiobook - Katarzyna Enerlich - Wydawnictwo MG |  Audioteka

Katarzyna Enerlich – „Akuszerka z Sensburga”, Wydawnictwo MG, Warszawa 2023, str. 263, ISBN 978-837779-904-8

Knajpiany archipelag Lublina

Nie wiem na ile ta książeczka (nie pierwsza skądinąd co do tematyki) może być atrakcyjna dla nielublinian, a także dla lublinian młodych roczników, aczkolwiek dla mnie, lublinianina z urodzenia i z rocznika już archiwalnego jest atrakcyjna niechybnie. Bo w końcu co kogoś, dajmy na to z Gdańska, Krakowa, Wrocławia, Łodzi, Poznania, czy Warszawy, może obchodzić świat lokalnych knajp Lublina? Nie wątpię przy tym, że każde z tych miast miało swój archipelag knajpiany, a ten warszawski czy krakowski obrósł legendami dalece pozalokalnymi, choćby dzięki literaturze i takim autorom jak Leopold Tyrmand, Marek Hłasko, Marek Nowakowski czy Stefan Wiechecki „Wiech”.

Legendarium knajp lubelskich tej sławy nie ma, bo mieć nie może, ale dla mnie, który w czasach ich istnienia, czasach głębokiej i późnej PRL przeżyłem dzieciństwo i szkolną młodość, to prawdziwa podróż sentymentalna. Świat lubelskich lokali, kawiarń, barów, restauracji lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych był elementem mojego świata, choć nie bywałem w tych knajpach, choćby z racji szczenięcego wieku, a poza tym otaczała je niedobra sława spelunek niebezpiecznych z racji bywającego tam towarzycha oraz warunków higienicznych, które dla higienistów były odpychające. Sam zresztą doświadczyłem wątpliwej estetyki tego rodzaju przybytków wszedłszy kiedyś na chwilę do jednego z takich przybytków przy ulicy Lubartowskiej. Zapamiętałem więc głównie nazwy, które brzmią dziś jak rodzaj szemranej poezji, takie choćby jak „Zamkowa”, „Pod Koziołkiem”, „Motel”, „Pod Basztą”, „Pod Kaczuszką”, „Pod Karasiem”, „Wisła”, czy kawiarnie jak „Czarcia Łapa”, „Lublinianka” czy „Ewa” i wiele innych. W klubie „Nora” bywali głównie artyści i dziennikarze oraz ich akolici i akolitki oczywiście, więc stamtąd wyciekały legendarne, kultowe anegdoty. Dopiero w okresie licealnym (1972-1977) zacząłem spotykać się ze szkolnymi kolegami w kawiarni bądź barku hotelu „Unia”, ale to już była inna konwencja, bo to był lokal snobistyczny, plajbojowaty, elegancki, w stylu „zachodnim”. Bywaliśmy też dość często w „Victorii” . Krzysztof Załuski opisał ten świat barwnie, soczyście, inkrustując narrację anegdotami, przepisami kulinarnymi (m.in. wyborny forszmak po lubelsku) ciekawymi fotografiami. Przy okazji lektury opowieści o świecie kawiarniano-knajpianym można dużo dowiedzieć się o obyczajach epoki, która dawno minęła, a ów knajpiany archipelag jawi się jako zaginiona Atlantyda.

Kulinarny Lublin - Krzysztof Załuski - Książka w Księgarnia Świat Książki

Krzysztof Załuski – „Kulinarny Lublin”, Dom Wydawniczy Księży Młyn, Łódź 2024, str. 112, ISBN 978-83-7729-725-4

Lublin zaraz po wojnie

To potężne, dwutomowe dzieło grona historyków jest unikalnym obrazem półrocza Lublina i Lubelszczyzny, czyli tzw, Polski Lubelskiej, od proklamowania Polski (choć bynajmniej nie z nazwy) komunistycznej w Manifeście Lipcowym 22 lipca 1944 do stycznia roku 1945. Oparte na gruntowanych badaniach archiwalnych obrazuje moment nadejścia nowej epoki w dziejach Polski, która osiem lat później (od lipca 1952 roku) nazwana zostanie Polską Rzeczpospolitą Ludową (PRL), strukturę i działanie tworzącego się systemu politycznego, aparatu bezpieczeństwa, a także działalność NKWD, budowanie nowego modelu życia gospodarczego, warunki życia, położenie, strukturę i działanie kościoła katolickiego, rzeczywistość oświaty, kultury i praktyki propagandowe. Oba tomy wzbogacone są o bogatą ikonografię, fotografie oraz skany dokumentów.

Lubelszczyzna między lipcem 1944 a styczniem 1945. Wybrane zagadnienia, t.  1 - Książki Instytut Pamięci Narodowej

„Lubelszczyzna między lipcem 1944 a styczniem 1945”, red. Tomasz Osiński, Justyna Dudek, Wioletta Woś, IPN, Lublin-Warszawa 2025, tom I, str. 310, ISBN 978-83-8376-136-7; tom II, str. 375, ISBN 978-83-8376-549-5

Teologia Polityczna (525)

Internetowa Teologia Polityczna dostarcza mi cotygodniowej porcji wspaniałej eseistyki literackiej. To nie pomyłka. Tak – cotygodniowej! Porcja to tak obfita, że najzwyczajniej nie pojmuję, jakim cudem jej twórcy raz na tydzień serwują tyle, ile większość tytułów jest w stanie dostarczyć raz na kwartał. W końcu jednak to teologia i może w tej okoliczności należy upatrywać źródła tego zjawiska. Teologia Polityczna dokonała w stosunku do mnie jeszcze jednego cudu. Nie cierpię czytać w internecie, jestem do obsesji tradycjonalnym czytelnikiem tekstów podawanych na papierze. Nigdy nie byłem stanie przeczytać ani jednej książki na ekranie czytnika i od kilkunastu lat na dnie głębokiej szuflady trzymam urządzenie zawierające kilkaset skądinąd w wielu przypadkach interesujących, a nawet niedostępnych na papierze tytułów z literatury polskiej i obcej. Jakaś wewnętrzna blokada psychiczna nie pozwala mi czytać z ekranu. Jeszcze jakiś artykuł – jak cię mogę, byle nie za długi. Ale powieści – nie!

Ukazało się już 525 numerów Teologii Politycznej. Nie wszystkie poświęcone są literaturze, część także zagadnieniom filozoficznym, antropologicznym, kulturowym (n.p. numer poświęcony kinu Bernarda Bertolucciego), politologicznym, społecznym, etc. Numer najnowszy jest literacki w sposób esencjonalny tak, że bardziej nie można, jako że poświęcony jest pisarzowi nad pisarze. Miguelowi Cervantesowi de Saavedra, twórcy nieśmiertelnego „Don Kichota”. Na numer składa się osiem esejów, między innymi o Cervantesie w świetle postmodernizmu oraz wywiad z Wojciechem Charchalisem, autorem nowego przekładu „Don Kichota”. O ile czegoś nie przeoczyłem, to trzeci polski przekład tej epopei, po przekładach Edwarda Boyé oraz Marii Ludwiki i Zygmunta Czernych.

We wstępie do cervantesowskiego zbioru czytamy m. in.: „Cervantes – wbrew próbom zalaminowania i schowania za szkłem muzealnej gabloty – pozostaje kłopotliwy. Kłopotliwy jak każda wielka literatura: opisuje szeroko rzeczywistość, bez narzucanych przez ideologię schematów, bez pudru, ale też w pewnym charakterystycznym ujęciu, które naświetla jej piętrowość, obrazuje, jak jest ona gęsta, warstwowa i oporna na uproszczenia. Istnieje pokusa, której ulegają kolejne całe pokolenia czytelników i interpretatorów: pokusa oswajania. Weźmy jakiegoś giganta, opatrzmy go szkolnym komentarzem, zaordynujmy obowiązkową lekturę i gotowe! Gigant odtąd prezentuje się nader przystępnie: udomowiony, schludny i odpowiednio sformalizowany (nomen omen). Miguel de Cervantes Saavedra przeszedł tę bezlitosną procedurę. Don Kichot stał się ikoną, logo, memem, bohaterem reklam kawy i linii lotniczych – ot klasyk, a skoro klasyk – to już nieco oklepany. „Walka z wiatrakami” weszła do słownika jako gotowa metafora dla każdego szaleństwa – prosta i przystępna – wersja instant. Tymczasem autor tej historii – człowiek, który stracił rękę pod Lepanto, siedział w więzieniu za długi, dwa razy trafiał za kratki, kolekcjonował porażki z taką konsekwencją, że aż trudno nie podejrzewać w tym jakiejś skrytej reguły – napisał dzieło tak nieuczesane, niepokorne i kłopotliwe, jak mało które! Udomowić Cervantesa to zbrodnia – to jak chcieć okiełznać butelką burzę morską. Niepodobna podjąć się takiego przedsięwzięcia, lepiej już po prostu zasiąść i przeczytać, a później zastanowić się, dlaczego – obok Szekspira – właśnie ten włodarz renesansowego pióra tak dobrze oparł się czasowi. Warto przypomnieć ten awanturniczy i niespokojny życiorys. Miguel de Cervantes Saavedra urodził się w 1547 roku w Alcalá de Henares i przeżył życie, które samo w sobie byłoby materiałem na powieść – tyle że raczej ponurą. Walczył pod Lepanto, gdzie stracił sprawność lewej ręki, przez pięć lat był niewolnikiem w Algierze, wielokrotnie próbował się wykupić, wielokrotnie mu nie wychodziło, wrócił do Hiszpanii bez pieniędzy i kariery, pracował jako poborca podatkowy, trafił do więzienia za nieścisłości w rachunkach i według tradycji właśnie tam, w sewilskim areszcie, zaczął pisać „Don Kichota”. Można by w tę biografię wpisać narrację o tryumfie ducha nad przeciwnościami losu, jednak byłaby ona zupełnie fałszywa, bo Cervantes nie tryumfował. Umarł w biedzie, skądinąd w tym samym roku, co Szekspir – w 1616. Przez niemal dwa wieki po śmierci był czytany przede wszystkim jako autor komedii pomyłek i zabawnych przygód błędnego rycerza”.

Warto przeczytać te eseje i warto powrócić lub poznać jedną z kilku największych powieści w dziejach literatury.

Poprzedni artykułAdam Lizakowski – Zapiski znad Jeziora Michigan i  spod Wielkiej Sowy
Następny artykułTadej Karabowicz – Poezja Teresy Kaczorowskiej

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko