Strona główna Rok 2026 Nr 610 Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
82

Czterech, a raczej pięciu

Bez tych czterech krytyków, podobnie jak bez ich patrona, Kazimierza Wyki, literatura polska wyglądałaby inaczej, to znaczy gorzej. Słowo „wyglądałaby” w tym kontekście użyte zostało w dwóch znaczeniach. Po pierwsze, wyglądałaby inaczej, bo byłaby inaczej widziana, bo sposób w jaki ją postrzegali, perspektywa z jakiej ją obserwowali w jakimś istotnym sensie kształt tej literatury uformowały. Literatura bowiem, tak jak inne sztuki, jest taką, jaką jest widziana i opisywana („widzę i opisuję”). Literatura nieopisana i niepostrzegana jeśli istnieje, to jest pełną potencji, ale bezkształtną miazgą. Dopiero odbiorcy nadają jej kształt. Taki pogląd pachnie od strony tradycji myśli Berkeleyem, a od strony współczesności Hansem Gadamerem, wszakże mnie wydaje się przekonujący. Literatura polska miała szczęście, mając takich obserwatorów i takich jej demiurgów. W jej historii było ich więcej, ale profesor Marta Wyka, nota bene córka jednego z nich, zajęła się akurat tym gronem i słusznie, bo choć nie działali oni jako krytycy „razem i w porozumieniu”, choć nie tworzyli „silnej grupy pod wezwaniem”, ani środowiska, choć byli odrębnymi indywidualnościami, to pojawiając się w przestrzeni literatury w tym samym mniej więcej czasie wywarli na niej, każdy z osobna, fascynujące piętno. „Esejem o przyjaźni i pokrewieństwie umysłowym” nazwała Marta Wyka w podtytule swoją pracę. Fenomen przyjaźni jest ważny zawsze, a czasem owocny, ale w tym przypadku pokrewieństwo umysłowe było ważniejsze. A polegało ono, paradoksalnie, nie na podobieństwie ich krytycznej morfologii i ich krytycznych „deena”, lecz na różnicach. Myśleli i pisali „pokrewnie”, a jednocześnie diametralnie odmiennie. Nie żałowali sobie finezyjnych, ironicznych złośliwości, gdy Andrzej Kijowski miał mówić do Jana Błońskiego: „Ty jesteś wykształcony, ja inteligentny”. Wszyscy byli wielkimi erudytami, choć jak się zdaje, palmę pierwszeństwa w tej sferze miał Jan Błoński, jedyny formalny uczony, profesor, „uniwersytetnik” w tym gronie. Czy był mniej inteligentny od Kijowskiego? Myślę raczej, że temu drugiemu bardziej zależało na efekcie, na zwischenrufie, bon-mocie, a ten pierwszy machał na to ręką z „francuską” nonszalancją. Także Konstanty Puzyna był inteligentny i Adam Hanuszkiewicz zapytany swego czasu dlaczego zatrudnia w teatrze kierownika literackiego, który nie ma nic do roboty i „obija się” (o Puzynę chodziło), odpowiedział, że zależy mu na tym, aby „ktoś inteligentny pokręcił się po teatrze”. Byłby więc Błoński uczonym „wołem ministrem”, a Kijowski i Puzyna byliby „inteligentnymi fircykami w zalotach”? (taki żarcik). A tak zupełnie na serio: na tym piętrze literackiego Parnasu, to rozważania o „pierwszeństwie jajka czy kury”, a może raczej, czy kawę podawać przed czekoladą czy odwrotnie. A Ludwik Flaszen, który był od nich najbardziej wyosobniony, także geograficznie, bo dość szybko wyjechał na zawsze do Paryża, zdążywszy zostawić krytyce polskiej legendarny „Cyrograf”? Jeśli Błoński był uczonym erudytą, a Kijowski i Puzyna inteligentnymi fircykami w zalotach w pudrowanych perukach, to jak można modnym dziś sposobem, czyli memowo określić Flaszena? Użyję tu porównania odnoszącego się do malarstwa. Jeśli Błoński był Leonardem da Vinci albo Rubensem krytyki, Kijowski i Puzyna jej Poussinem i Lorrainem (dajmy na to, bo możliwych wariantów jest więcej, ile dusza zapragnie), to Flaszen był jej Caravaggiem albo Gierymskim. Jak oni w dzikim trudzie wykuwał nowe perspektywy i kształty sztuki, tamci malarstwa, oni – literatury. A tak zupełnie już na serio. Marta Wyka w swoim pysznym eseju też dała (nie po raz pierwszy) świadectwo swoich portretowych talentów ukazując „czterech” (jak „czterech muszkieterów”, tylko kto tym razem Atosem, Portosem a kto d’Artagnanem (?), bo Aramisem bez wątpienia Kijowski) w ich podobieństwach, powiązaniach, w punktach przecięcia, ale też w sprzecznościach i kontrapunktach. Tworząc portret „czterech” Marta Wyka stworzyła też portret niezbywalnego, arcyważnego segmentu polskiej tradycji literackiej i krytycznej. Być może z rodzinnej skromności niewiele miejsca poświęciła temu, który do pewnego stworzył tych czterech, a raczej jak Zeus tchnął w nich życie, czyli jej ojca Kazimierza Wykę, ale to jemu nie tylko oni ale także my zawdzięczamy „modernistyczny przełom” w polskiej literaturze, literaturoznawstwie i krytyce literackiej po wojnie. Książkę Marty Wyki wieńczy zapis osobistych wspomnień z rodzinnych podkrakowskich Krzeszowic.

Marta Wyka – „Czterech. Błoński, Flaszen, Kijowski, Puzyna. Esej o przyjaźni i pokrewieństwie umysłowym”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025, str. 16, ISBN 978-83-08-08526-4

Libido conservandi czyli wojny trojańskiej by nie było

Moje uznanie dla eseistyki Bronisława Wildsteina jest odwrotnie proporcjonalne do poziomu akceptacji jego poglądów. Nie chodzi mi w tym przypadku o bieżące poglądy stricte polityczne, lecz o światopogląd ideowo-filozoficzny. I rzecz nie w tym, bym w całości nie podzielał jego postrzegania świata. Poszczególne jego segmenty nie są mi obce, na przykład upodobanie dla tradycji (byle nie traktowanej niewolniczo i bezkrytycznie), a także smutne poczucie, że kończy się lub nawet skończyło się duchowe panowanie kultury wyższej i ulotniło się poczucie wstydu które konsumenci kultury masowej odczuwali w stosunku do niej, wyrażane często w obłudnie okazywanym szacunku zgodnie z zasadą, że hipokryzja to hołd jaki niecnota okazuje cnocie. To, co budzi mój opór, to jakiś rodzaj zakamieniałego tradycjonalizmu, „libido conservandi”, który każe Wildsteinowi przypisywać wartość każdym „tradycyjnym wartościom”, a temu co nowe przypisywać atrybuty barbarzyństwa. A przecież Wildstein doskonale wie, że o ile nowe czasy przyniosły sporo neobarbarzyństwa, to również wyeliminowały wiele barbarzyństwa dawnego, które nie tylko Wildstein lubi nazywać „ładem naturalnym”, a którego naprawdę nie warto żałować. Jeśli jednak odcedzić ten obsesyjny aspekt eseistyki Wildsteina, to jego lektura jest naprawdę warta czasu i wysiłku. Najnowszy jego tom eseistyczny, „Opowieść idioty czy ład naturalny” jest moim zdaniem najlepszy z dotychczasowych. Rozpoczynający zbiór esej „Warunek afirmacji, czyli życie jako dar” zakreśla kontury zainteresowań i poglądów Wildsteina. Odrzuca on wszystko to, co można określić pojęciem „prometeizmu”, czyli wszelkie próby odmiany świata na lepsze. Zalicza do nich wszelkiego gatunku lewicę („lewactwo”), ekologizm, genderyzm, ale także oderwanie od tzw. „prawa naturalnego” a nawet ideę praw człowieka i „traktowanie człowieka jako tworu o atrybutach boskich”. Jego niechęć budzi nawet liberalna idea emancypacji człowieka z tradycyjnych form bytowania i to ją przypisuje także marksizmowi jako groźniejszą od kolektywizmu. Konsekwencją tych idei jest „Odczarowanie świata i pycha racjonalizmu” o czym traktuje esej pod tym tytułem, będący jednocześnie rekapitulacją piśmiennictwa poświęconego temu fenomenowi, w tym dzieł Rudolfa Otto, Maxa Webera, Erica Voegelina czy Marcela Gauchat, acz swoje rozważania rozpoczyna od nawiązania do dylematów Pascala. Esej kończy Wildstein konkluzją, zgodnie z którą wartości życia nie można oprzeć na niczym innym jak tylko na religii. Taki pogląd budzi mój głęboki sprzeciw i zaprzeczenie. Pomijając już inne rozmaite aspekty rzeczy, przecież Wildstein nie może nie pamiętać, ile szkody wyrządziły ludzkości wszelkie religie i ich uroszczenia. To prawda, nie mają one w tym wyłączności, monopolu, mają „godnych” rywali, ale moje doświadczenia i obserwacje życiowe człowieka, który uformował się w cieniu religii katolickiej, napełniły mnie w stosunku do religii wstrętem, niechęcią i pogardą. Esej o odczarowaniu kończy Wildstein deklaracją, że w kolejnych tekstach swoje spostrzeżenia będzie odnosił do dramaturgii Szekspira, który już dawno się z nimi borykał. Jak obiecał tak zrobił, co jako miłośnik dramaturgii Szekspira przyjąłem z przyjemnością. W eseju „Pod maską karnawału” podstawą rozważań stał się „Makbet”, który wygłasza sławny monolog o „życiu jako opowieści idioty, pełnej wściekłości i wrzasku, nic nie znaczącej”, najbardziej uderzający w tych, którzy wierzą w mądry, wieczysty, boski porządek. Ta demonstracja makbetowego nihilizmu, w świetle którego życiem rządzi chaos, a próba nadania sensu życiu człowieka to „pretensjonalna błazenada”. Może dlatego Wildstein szybko Makbeta porzuca, by odnieść się do klasyki teatralnej, w tym Szekspira, dziś widzianej i współcześnie interpretowanej. Zauważa, że we współczesnym odczytaniu Szekspira (choćby przez Jana Kotta) dominuje groteska i to ona właśnie jest kolejnym wildsteinowym negatywnym bohaterem, bo „w grotesce nie istnieje żaden wyższy porządek, a poszukujący go bohaterowie są śmieszni. (…) Zgodnie z tą interpretacją w rzeczywistości nie ma miejsca na wzniosłość i bohaterstwo. Dlatego można uznać, że groteska jest bardziej okrutna od tragedii”. Właściwie w każdej sztuce Szekspira widzi Wildstein sygnały takiego pojmowania świata. W „Królu Learze” pękają porządki: i średniowieczny i renesansowy, a w „Otellu” świat jest taki, jakim widzi go cyniczny łajdak Jagon. Można by rzec, że twórczość Szekspira jest prefiguracją tez zawartych w „Kapłanie i błaźnie” Leszka Kołakowskiego. „Zbuntowany Prometeusz i tragiczny nihilista przybrali błazeńskie maski” – pisze Wildstein. Ten błazen jest obecny w kulturze masowej. „Beztroski wesołek, który miał rozśmieszać dzieci i dorosłych, pod radosną maską ukrywa groźną, jeśli nie straszną tajemnicę. Jak klaun z zaświatów w „To” Stephena Kinga lub jak Batman. Śmieszny błazen w tragicznych okolicznościach pojawia się też w „Makbecie” w postaci Odźwiernego. Wildstein na koniec szkicu wraca do „Makbeta” by odnotować, że tenże w jedną noc z bohatera w świecie ładu „boskiego i królewskiego” spada w otchłań piekła pełnego wściekłości i wrzasku. A najstraszniejszą a zarazem najbardziej groteskową postacią szekspirowską jest garbus Ryszard III. Czego Wildstein szukał u Szekspira? Potwierdzenia swoich tez. No więc ma co chce. Szukał w Szekspirze sojusznika, bo ten jako człowiek był rzecznikiem renesansowego ładu, ale jako wielki artysta nie mógł zakłamać rzeczywistości, od której konserwatyści chcieliby odwrócić oczy jak Szatana od „blasku prawdy”. Momentami Wildstein popada w odrobinę śmieszności, gdy w „Postępie i regresie” na genezę, przebieg i sens wojny trojańskiej nakłada klisze rodem z chrześcijańskiej moralistyki o świętości tradycyjnej rodziny i instytucji małżeństwa. Wojny trojańskiej by nie było, gdyby królewicz Parys nie napalił się jak pies na polędwicę na Helenę, żonę króla Menalaosa. No niby tak, i może gdyby Trojanie oddali żonkę Menalaosowi, wojny trojańskiej by nie było. Ale cóż z tego, że Wildstein powołuje się się na samego Platona i jego „Politykę”, skoro i tak „światek coraz niżej schodzi”. To wszystko powoduje „Atrofię ducha”, o której traktuje w eseju pod takim właśnie tytułem i której opisu poszukuje autor u najwyższych świętych: u Marksa, którego „za grobem zwycięstwo” odtrąbił już dość dawno w „Buncie i afirmacji”, u Rousseau, u Kanta nawet, u św. Tomasza z Akwinu, a najbardziej u Dostojewskiego i Nietzschego. W „Kiedy zabraknie hierarchii” studium jej załamania widzi Wildstein w „Troilusie i Kresydzie”, zwłaszcza w monologu Odyseusza. Najbardziej boli Wildsteina załamanie hierarchii ufundowanej na religii. Mnie zupełnie nie. Dlatego także esej „O świętości władzy” wzbudził we mnie sprzeciw. Tytuł eseju „Humanizm czyli barbarzyństwo” należy traktować nie jako metaforę, lecz jako przez Wildsteina serio ujętą diagnozę.

„Czy Szekspir był nihilistą?”, „Dwie twarze miłości”, „Tragedia przeciw nihilizmowi” – takimi tytułami opatrzone są trzy końcowe eseje Wildsteina, a ostatni jest niejako podsumowaniem jego rozważań i jego syntetycznym, ideowo-filozoficznym credo. Z Wildsteinem można się w wielu kwestiach nie zgadzać (co też czynię), ale Wildsteina czyta się z przyjemnością i pożytkiem.

Bronisław Wildstein – „Opowieść idioty czyli ład naturalny”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2025, str. 279, ISBN 978-83-8196-776-2

Holenderski łącznik

Postać Krzysztofa R. Apta była mi zupełnie do czasu lektury jego wspomnień nieznana. Jako młody, utalentowany matematyk wyemigrował na Zachód i zrobił karierę naukową, stając się wybitnym informatykiem. Wspomnienia rozpoczynają się w roku 1972 w Warszawie, a potem była Holandia, Paryż, znów Holandia, Singapur, Katowice, Wrocław i znów, do dziś, holenderski Amsterdam. Mimo oddalenia od kraju Krzysztof Apt zaangażował się nie tylko w swoją profesję, ale też w działalność opozycji solidarnościowej. Te barwnie napisane wspomnienia, pełne ciekawych personaliów i anegdot, to kolejna cegiełka, kolejny przyczynek do piśmienniczego świadectwa pokolenia „Solidarności”, do którego Apt przynależy „duszą i ciałem”. Mnie szczególnie zainteresowały bogate uwagi o bliskiej mu Holandii, bywa że w Polsce idealizowanej, o której napisał z wewnątrz, a więc krytycznie.

Krzysztof R. Apt – „Jak (nie) zostać emigrantem, „Iskry”, Warszawa 2026, str. 260, ISBN 978-83-244-1216-7

Czy praca jest karą za grzech Adama?

To rzecz o pracy w czasach „kapitalizmu sieci”. O algorytmach, pracy platformowej, automatyzacji, udziale AI, praniu mózgu. O „Nowym Wspaniałym Świecie”. „Przyszłość pracy już tu jest, tylko jeszcze nierównomiernie rozłożona” – powiada autor już na wstępie.

„Młócka to reportaże o rewolucji w świecie pracy. Potężne korporacje obiecują, że dzięki zmianom technologicznym wszyscy będziemy pracować lżej i krócej, a niektórzy z nas – już w wirtualnym metawersum. To jednak tylko połowa tej historii. Marek Szymaniak rozmawia z ludźmi, których pracę na naszych oczach zmienia technologia. Opisuje, jak menadżera zastępują aplikacje, pracowników w biurach pilnują systemy śledzące, a osiągane przez nich wyniki oceniają algorytmy. Zagląda do wielkich magazynów i na place budowy, gdzie coraz częściej wjeżdżają roboty. Omawia reformy w prawie i edukacji, które ledwo nadążają za technologicznymi nowinkami. Pokazuje pracę dzieci, które czasem nawet jeszcze przed swoimi narodzinami reklamują w mediach społecznościowych różne produkty. Autor szuka zalążków zmian, by zajrzeć w przyszłość nas wszystkich – do świata, w którym technologiczna młócka bezlitośnie oddzieli wygranych od przegranych, niczym ziarna od plew. Wielkie przemiany zwykle łączą się z wielkimi kosztami. Czy tak będzie i w przypadku obecnej transformacji technologicznej? Czy kolejny raz nie będziemy chcieli dostrzec tych, których życiorysy wykolei postęp? Te pytania towarzyszyły mi w pracy nad „Młócką”. Na szczęście to pytania otwarte, bo przyszłość jeszcze możemy zmienić. „Młócka” to reportaże o rewolucji w świecie pracy. Potężne korporacje obiecują, że dzięki zmianom technologicznym wszyscy będziemy pracować lżej i krócej, a niektórzy z nas – już w wirtualnym metawersum. To jednak tylko połowa tej historii. Marek Szymaniak rozmawia z ludźmi, których pracę na naszych oczach zmienia technologia. Opisuje, jak menadżera zastępują aplikacje, pracowników w biurach pilnują systemy śledzące, a osiągane przez nich wyniki są oceniane przez algorytmy. Zagląda do wielkich magazynów i na place budowy, gdzie coraz częściej wjeżdżają roboty. Omawia reformy w prawie i edukacji, które ledwo nadążają za technologicznymi nowinkami. Pokazuje pracę dzieci, które czasem nawet jeszcze przed swoimi narodzinami reklamują w mediach społecznościowych różne produkty. Autor szuka zalążków zmian, by zajrzeć w przyszłość nas wszystkich – do świata, w którym technologiczna młócka bezlitośnie oddzieli wygranych od przegranych, niczym ziarna od plew. Wielkie przemiany zwykle łączą się z wielkimi kosztami. Czy tak będzie i w przypadku obecnej transformacji technologicznej? Czy kolejny raz nie będziemy chcieli dostrzec tych, których życiorysy wykolei postęp? Te pytania towarzyszyły mi w pracy nad „Młócką”. Na szczęście to pytania otwarte, bo przyszłość jeszcze możemy zmienić” . Tyle w nocie od wydawnictwa, ale każdy kto pracuje lub pracował mógłby dołożyć do tego brązu swoją cegiełkę. Co do mnie – nie chciałbym już pracować na tę nową modłę. Automatyzacja miała uwolnić człowieka od wysiłku pracy. Okazało się, że choć od pewnych dolegliwości go uwolniła, to przydała nowych i czasem można odnieść wrażenie, że w pewnych branżach część pracowników pracuje jak tkacze z „Ziemi Obiecanej” Reymonta, a część podlega tak daleko idącej inwigilacji (monitoring), pod okiem Wielkiego Brata, że staje się to trudne do zniesienia psychicznie.

Marek Szymaniak – „Młócka”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, str. 264, ISBN 978-83-8396-267-2

Depresja niejedno ma imię

„Rok szczura”, dziennik Tomasza Jastruna jest książką , jak na tego autora przystało, świetnie napisaną. To dziennik roku depresji i to w jej postaci szczególnie dotkliwej, krańcowej. Depresji, która jest nową wersją raka XXI wieku Co jednak znamienne, i co w depresji nie jest bynajmniej oczywiste, choć sparaliżowała ona wiele sfer życia autora, to nie zabiła w nim jego instynktu pisarza, który sam siebie uczynił „królikiem doświadczalnym” i przyglądał się sobie oraz otoczeniu, zapisując to wszystko w szpitalnych warunkach. Depresja nie zabiła w pisarzu ciekawości świata i innych. To błogosławieństwo, bo nie wszystkim w depresji jest to dane. Pełno w jego zapiskach niebanalnych obserwacji, odnotowanych paradoksów. Można by zapytać czy prawdziwy pisarz nie powinien zajmować się światem, a nie sobą, że nie powinien być egocentrykiem i solipsystą. I że wyjątkowe uprawnienia mają do tego najwięksi z największych. Dajmy jednak spokój pisarzom w takich terminach. Przecież Jastrun mógł równie dobrze ukryć się w kostiumie niby to fikcyjnego bohatera i sprawa byłaby załatwiona. Wybrał jednak szczerość, choćby nawet nie pozbawioną sporej dozy ekshibicjonizmu. Warto to docenić i warto to przeczytać.

Tomasz Jastrun – „Rok szczura”, Czytelnik, Warszawa 2026, str. 239, ISBN 978-83-0703 678-6

Poczęcie – odwieczna teoria i praktyka

Amerykański ginekolog-położnik Johna Bruchnalski należy do tego grona lekarzy tej specjalności, którzy przeszli konwersję z tzw. aborcjonistów na gorliwych, a czasem nawet fanatycznych tzw. obrońców życia poczętego. Są tacy lekarze także w Polsce. Przeczytałem tę książkę z dużą uwagą, jako że kwestia prawa do, czy zakazu aborcji stanowi od lat przedmiot mojego zainteresowania, także jako publicysty. Stanowi ona bowiem nader uniwersalny pryzmat, przez który można zobaczyć wiele zjawisk psychospołecznych i politycznych ( w tym dotyczących publicznej roli Kościoła), dalece wykraczających poza ściśle rozumianą kwestię aborcji i prawa do aborcji bądź jej zakazu.

Wspomnienia Bruchnalskiego nie są studium dotyczącym kwestii aborcji i prawa jej dotyczącego. Są emocjonalną, osobistą, nasyconą moralizmem, opowieścią o jego działalności, o związanych z nią satysfakcjach ale rafach i problemach, o jego aktywności religijnej, o jego wewnętrznej postawie. Pięknie ilustrowana książka jest ciekawym przyczynkiem do nigdy nie kończącej się dyskusji wokół tej trudnej kwestii. A że czytam też aktualnie świetną, półdokumentalną książkę Sabiny Jakubowskiej „Położne”, która jest panoramą zagadnień związanych z poczynaniem życia, jego rodzeniem oraz związanymi z tym radościami i dramatami, więc obie te lektury, choć bardzo różne, ułożyły mi się w bardzo frapującą całość

John Bruchalski „Moje nawrócenie z aborcji na medycynę chroniącą życie”, (współpraca Elise Daniel), przedmowa Mary Lenaburg, tłumaczenie i podpisy Agnieszka Kowalczyk, Biały Kruk, Kraków 2026, str. 227, ISBN 978-83-7553-449-8

Proza do cna amerykańska

„Ona z małymi córkami ucieka od przemocowego męża. On, były żołnierz marines, gna przed siebie w nieokreślonym celu. Spotkają się w autobusie, który przez wiele dni będzie przemierzał amerykański bezkres. Ich losy splotą się w toksycznym uścisku. Debiutancka powieść Denisa Johnsona zawiera już w sobie wszystko to, co charakterystyczne dla jego twórczości: bohaterów wyrzuconych na margines społecznego życia, którzy, chcąc nie chcąc, eksplorują najmroczniejsze rejony ludzkiego doświadczenia, krajobraz amerykańskich przedmieść i miasteczek z tanimi barami, podrzędnymi hotelami i unoszącą się nad nimi atmosferą przegranej, lakoniczny styl wydobywający poezję z tego, co kolokwialne i trywialne. Johnson z maestrią i głęboką empatią wobec swoich bohaterów dekonstruuje amerykański mit, ukazując grozę istnienia i samotność ludzi, o których nikt nie chce pamiętać”.

Tyle nota wydawnicza o zasadniczej fabule „Aniołów” Denisa Johnsona. Warto jednak zobaczyć tę powieść na tle tradycji prozy amerykańskiej, chyba najbardziej, z wszystkich literatur świata, bezceremonialnej w pokazywaniu bez osłonek człowieka i jego nędzy wszelakiej, bez owijania w bawełnę. Nie sposób, czytając „Anioły”, nie wywołać z pamięci prozy Erskine Caldwella, Williama Faulknera, Henry Millera, Charlesa Bukowskiego, Trumana Capote czy Jerome Salingera i wielu innych mistrzów amerykańskiej prozy. Ten brak złudzeń, spiętrzona wulgarność, lawina brzydoty i brudu, także tego fizycznego, apokaliptyczny nastrój połączony z przyziemnym naturalizmem, obsceniczność połączona z liryzmem. Ten obraz świata ohydy i zbrodni czyta się wybornie. Na tym polega paradoks wybitnej literatury. Mistrzowski przekład Krzysztofa Majera dopełnia całości dzieła.

Denis Johnson – „Anioły”, przekład Krzysztof Majer, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2025, str. 240, ISBN 978-83-680-59-88-5

Arabia Felix nie wróci

„Moi przyjaciele” Hishama Matara, brytyjskiego prozaika pochodzenia libijskiego to przede wszystkim powieść o Londynie, mieście, które już od dawna nie jest miastem WAS-pów, białych anglosaskich protestantów, miastem-stolicą United Kingdom, miastem Westminsteru i pałacu Buckingham. To wielokulturowe miasto należące do całego świata i mające burmistrza hinduskiego pochodzenia. To europejska Wieżą Babel. Tytułowi „przyjaciele”, to dwaj Libijczycy, którym życie zdeterminowała słynna strzelanina podczas demonstracji pod ambasadą Libii w Londynie za czasów rządów Kadafiego. To powieść o przyjaźni, polityce, emigracji i niezmiennie niespokojnym, niebezpiecznym świecie. W odróżnieniu od prozy Johnsona proza Matara nie ma w sobie tej petardy i drapieżności, świat w niej pokazany jest łagodniej, jest bardziej ludzki, co nie znaczy że łatwy. Są w tej powieści echa lat sześćdziesiątych XX wieku i Arabskiej Wiosny roku 2011. Niestety po klęsce tej rebelii, której towarzyszyły wielkie nadzieje, szanse na powrót Arabii Felix (Arabii Szczęśliwej) ani na jotę się nie zwiększyły. I o tym także, ciekawym stylem, opowiada Hisham Matar.

Hisham Matar – „Moi przyjaciele”, przekład Hanna Jankowska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, str. 496, ISBN 978-83-8396-281-8

Pacula

Byłoby przesadą powiedzieć, że Joanna Pacuła zrobiła wielką karierę jako amerykańska aktorka. Nie funkcjonuje jako postać popkultury jak Meryl Streep czy Sharon Stone. Jeśli mielibyśmy wskazać taka amerykańską aktorkę polskiego pochodzenia to byłaby nią Pola Negri (1896-1987). Nie mniej losy i aktywność Pacuły za oceanem, w USA, na pewno warte były opisania. Marta Górna uczyniła to zajmująco i detalicznie, opisując życie Pacuły od lat polskiej młodości aktorskiej po jej życie obecne. Wśród ciekawych wątków opisanych przez autorkę jest historia trudnej i niefortunnej przyjaźni z Elżbietą Czyżewską, a także obszerny portret stosunków panujących w amerykańskiej branży filmowej. Rzecz została napisana potoczyście i pełna jest smakowitych szczegółów natury anegdotycznej.

zakończoej rzyjaźni z Elżbietąe

Marta Górna – „Pacuła. Najsłynniejsza Polska na świecie”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2026, str. 400, ISBN 978-83838-0483-5

Tym razem kryminał kognitywny

Rzecz zaczyna się od tego, że główny bohater David otrzymuje e-mail od nieznajomej kobiety, która twierdzi, że zna sekrety z jego dzieciństwa. Wprowadza go to w zakłopotanie i niepokój. Gotów byłby zignorować tę sytuację i skoncentrować się skupił się na swoim uczuciu uczuć do pięknej znanej prawniczki Florence. David nie pamięta jednak swoich pierwszych dwunastu lat życia. Ciekawość okazuje się silniejsza i David odpowiada na e-mail. Niedługo potem kobieta, która się z nim skontaktowała, znika bez śladu, a David staje się głównym podejrzanym. Ktoś zaczyna śledzić jego i wszystkich, na których mu zależy. Z pomocą Florence musi odkryć, kto za tym wszystkim stoi – i co wspólnego ma z jego utraconymi wspomnieniami. W cieniu czai się tajemnica sprzed dziesięcioleci, a ci, którzy zrobią wszystko, by prawda nigdy nie ujrzała światła dziennego, mają naprawdę wiele do stracenia.

„Zwierzę ofiarne” Henrika Fexeusa oddaje tendencję dominującą do lat w ramach gatunku powieści kryminalnej, w której daje się zaobserwować ewolucję od detektywistycznego racjonalizmu w duchu powieści Agaty Christie czy Artura Conan Doyle’a w stronę przez mrocznego nurtu nordic noir i współczesnego thrillera medycznego i prawnicze. Henrik Fexeus w swojej powieści tworzy model kryminału kognitywny. Głównym polem walki nie jest tu n.p. miejski labirynt lecz neurologiczna i psychologiczna struktura ludzkiego życia. Warto wspomnieć, że autor Fexeus to autor światowych bestselerów, wykładowca, performer, znawca marketingu medialnego i gwiazda szwedzkiej telewizji, z wykształcenia filozof, ekspert w dziedzinie psychologii i komunikacji oraz w zakresie mowy ciała, który podróżuje po świecie „czytając w myślach” i ucząc innych, jak rozumieć i manipulować ludzkim zachowaniem za pomocą mowy ciała i perswazji. Poza wiedzą Fexeus ma też talent pisarski, bo jego powieść napisana jest frapującym, wciągającym czytelnika stylem,

Henrik Fexeus – „Zwierzę ofiarne”, przełożyła Ewa Wojciechowska, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2026, str. 511, ISBN 978-83-8382-072-9

Zło niejedno ma imię

O tych trzech klasycznych tytułach postanowiłem napisać nie osobno, lecz w triadzie, którą tworzą. „Dziennik 1954” to opowieść o złu i absurdzie stalinowskiego komunizmu, unikalne świadectwo życia w Warszawie już po śmierci Stalina, ale ciągle jeszcze w jego ponurym cieniu. Swego czasu zastanawiano się, czy „Dziennik” rzeczywiście jest autentycznym dziennikiem czy literacką stylizacją na ten gatunek. Ależ nie miało to i nie ma znaczenia. Czy Leopold Tyrmand pisał dziennik z dnia na dzień, czy wykreował go po czasie, faktem pozostaje, że napisał jedną najbardziej malowniczych i wcale nie tak licznych jak mogłoby się wydawać, panoram tamtej epoki. „Zły”, powieść napisana w konwencji powieści kryminalnej zmieszanej z obyczajową, awanturniczą i baśniowo – przygodową (o mścicielu a la Zorro w Warszawie lat pięćdziesiątych), dla mnie jest przede wszystkim fascynującym, fantasmagorycznym, pozornie realistycznym a w istocie odrealnionym obrazem powojennej Warszawy. To takie warszawskie „tajemnice Paryża” napisane cudownym, inkrustowanym, baśniowym niemal stylem. I wreszcie, „Życie towarzyskie i uczuciowe” to malowniczy (i po części „z kluczem” personalnym) obraz „warszawki” dziennikarsko, artystyczno, prywatno-inicjatywnej lat sześćdziesiątych. W każdym przypadku najatrakcyjniejszy jest styl Tyrmanda, soczysty, sugestywny, nie pozwalający ani na chwilę przysnąć przy lekturze. Świata, który pokazywał na swój sposób Tyrmand już dawno nie ma, a czyta się tę prozę niezmiennie z wielkim smakiem.

Leopold Tyrmand – „Dziennik 1954”, Wydawnictwo MG, Warszawa 2025, str. 368, ISBN 9788382411515

Leopold Tyrmand – „Zły”, Wydawnictwo MG, Warszawa 2025, str. 776, ISBN: 9788382413274

Leopold Tyrmand – „Życie towarzyskie i uczuciowe”, Wydawnictwo MG, Warszawa 2025, str. 496, ISBN: 9788382411256

Poprzedni artykułRoman Soroczyński – Siedemdziesiąt lat Stodoły
Następny artykułWacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko