Strona główna Rok 2026 Nr 609 Katarzyna Anna Koziorowska – wiersze

Katarzyna Anna Koziorowska – wiersze

0
61
Maria Wollenberg-Kluza

Zegar, który nie słucha


Nie zgadzam się na ten pośpiech,
na dni, które spadają jeden na drugi
jak nieczytane listy.

Jeszcze wczoraj miałam czas —
rozciągał się miękko,
jak popołudnia bez końca,
jak lato, które nie umiało odejść.

Teraz wszystko biegnie,
a ja zostaję krok za sobą,
gubiąc oddech między „było” a „już nie”.

Patrzę w lustro i widzę
nie jedną twarz, lecz wiele —
każdą, którą kiedyś byłam,
i żadnej, którą mogę zatrzymać.

Czas nie odpowiada na moje prośby,
nie zwalnia, nie ogląda się wstecz,
nie zna słowa „poczekaj”.

Próbuję go oswoić —
zamykam chwile w zdjęciach,
w zdaniach zapisanych na marginesach,
w gestach, które chcę zapamiętać.

Ale on przecieka przez palce,
uparcie, bezlitośnie,
jakby nigdy nie należał do mnie.

I tylko nocą, bardzo cicho,
mam wrażenie,
że jeszcze mogę cofnąć jeden krok —
choć wiem, że to tylko sen.




Powrót przez puste alejki



Wraca powoli,
jakby noc miała się jeszcze nie skończyć,
jakby każdy krok coś odkładał na później.

Park oddycha chłodno,
liście szeleszczą półgłosem,
jak rozmowy, których nie podsłucha nikt.

Latarnie stoją nieruchomo,
rozlewając światło w kałużach,
które pamiętają czyjeś twarze.

Mija ławkę — tę samą,
na której kiedyś śmiała się za głośno,
i odwraca wzrok, jakby to mogło pomóc.

Cisza nie jest pusta,
jest ciężka, lepka,
przykleja się do dłoni i gardła.

Jej oddech paruje w powietrzu,
na chwilę istnieje naprawdę,
potem znika, jak wszystko inne.

Nie ogląda się za siebie,
bo wie, że nikogo tam nie ma,
a jednak coś ją zatrzymuje.

Może echo kroków,
może własne myśli,
które nie chcą wrócić razem z nią.

Przyspiesza, bez powodu,
jakby uciekała przed czymś bez kształtu,
co zna jej imię.

I kiedy wychodzi z parku,
noc zostaje za nią,
ale nie całkiem.




Jesień niesiona w dłoniach



Wraca powoli,
jakby liście pod stopami mogły coś powiedzieć,
jakby każdy szelest miał znaczenie.

Powietrze pachnie wilgocią i końcem,
drzewa stoją cicho, ogołocone,
nie bronią już swoich gałęzi.

Mija alejkę, którą zna na pamięć,
a jednak dziś jest inna,
jakby ktoś zmienił w niej kolejność wspomnień.

Liście przyklejają się do jej butów,
ciągną się za nią uparcie,
jak rzeczy, których nie zdążyła zostawić.

Przystaje na chwilę — bez powodu,
patrzy na ławkę pokrytą złotem i brązem,
i nie siada.

Cisza nie jest łagodna,
ma w sobie chłód poranka,
który przychodzi za wcześnie.

Oddycha głęboko,
jakby chciała zatrzymać tę chwilę w płucach,
zanim rozpadnie się na nic.

Nie ma tu nikogo,
tylko ona i ślady,
które zaraz znikną pod kolejnym wiatrem.

Idzie dalej,
z rękami schowanymi głęboko w kieszeniach,
jakby coś w nich chroniła.

A kiedy wychodzi z parku,
jesień zostaje z nią,
cicho, pod skórą.




Miejsca, które wracają pierwsze



Najpierw przychodzi zapach,
cichy, prawie niepewny,
jakby bał się zostać rozpoznany.

Potem obraz — niepełny,
rozmazany na krawędziach,
ale wystarczający, żeby zabolało.

Siedzi nieruchomo,
z dłonią opartą o stół,
jakby mogła zatrzymać czas przez przypadek.

Wspomnienia nie pytają o zgodę,
wchodzą bez pukania,
zostawiają ślady na wszystkim.

Słyszy śmiech sprzed lat,
zbyt wyraźny, żeby go zignorować,
zbyt daleki, żeby go dosięgnąć.

Próbuje przypomnieć sobie więcej,
ale pamięć jest wybiórcza,
daje tylko tyle, ile chce.

Reszta znika między chwilami,
w przerwach, których nie da się wypełnić,
choćby najbardziej się chciało.

Oddycha wolniej,
jakby każda sekunda mogła coś uratować,
choć wie, że to niemożliwe.

I tylko ona zostaje,
z przeszłością bliższą niż teraźniejszość,
która nie potrafi jej zastąpić.




Między ciepłem a drżeniem



Kocham ludzi —
ich śmiech rozlewający się po pokojach,
ciepło dłoni, które szukają innych dłoni,
słowa, co potrafią ocalić dzień.

A jednak w każdym spojrzeniu
czai się cień,
jakby za uśmiechem
ktoś ukrywał ostrze ciszy.

Zbliżam się powoli,
ostrożnie, niemal bez oddechu,
bo serce chce więcej,
niż rozum pozwala.

Lubię ich obecność —
gwar rozmów,
czyjąś głowę opartą o ramię,
to, że ktoś mówi: „zostań”.

Ale boję się nagłych zmian tonu,
chłodu w głosie,
tego jednego dnia,
kiedy wszystko przestaje być pewne.

Więc stoję pomiędzy —
krok do przodu, krok w tył,
z rękami wyciągniętymi
i drżącymi jednocześnie.

I uczę się tej sprzeczności,
jak obcego języka,
w którym „kocham”
zawsze brzmi trochę jak „uciekaj”.

Poprzedni artykułNadmorze #179. Moment liryczny. Joanna Jarecka-Gomez czyta wiersz „Bezstresowe wychowanie” ze zbioru „Amnezja i inne bestie”
Następny artykułKalina Izabela Zioła – Piękno w rzeźbę zaklęte

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko