Strona główna Felietony Paweł Zapendowski – I co będzie dalej?

Paweł Zapendowski – I co będzie dalej?

0
97

Radosny taniec w kajdanach. Trwa systemowa odgórna walka z kulturą, ale stowarzyszenia twórcze mają zawiązane usta. Inaczej, same zaciskają usta, aby żadna skarga nie wydostała się na zewnątrz, bo byłaby tożsama ze skargą na władzę, a władzę należy kochać totalnie. Jako członek stowarzyszeń twórczych uważam, i może jeszcze ktoś się znajdzie, kto myśli podobnie, że władzę, czyli urzędników zarządzających kulturą można szanować, ale należy od nich wymagać i z nimi współpracować. Z prostego powodu. Są utrzymywani z podatków obywateli, są wybierani w wyborach powszechnych i samorządowych. I powinni dbać o interesy obywateli, również twórców, pisarzy, dramaturgów, a nie z nimi walczyć.

Za rządów zjednoczonej prawicy, czyli za poprzedniej ekipy, istniał powołany przez nią Instytut Literatury z siedzibą w Krakowie. Wydawał wiele pozycji i przeznaczał duże kwoty dotacji na literaturę, z których pisarze w całej Polsce mogli wydawać swoje ksiązki. I nie dość, że książki (poezja, powieść, esej) były drukowane, to autorzy dostawali honoraria. Zmiana przy kierownicy rządowej i zmiana ideologii zlikwidowała Instytut. I skończyło się finansowanie literatury. Można zapytać pisarzy, ile stracili na tej likwidacji. Tylko czy coś z zaciśniętych ust się wydobędzie?

Instytut płacił. Nawet ja sam dostałem wynagrodzenie za druk mojej sztuki teatralnej w czasopiśmie „Nowy napis”. Następnie w serii „Kolekcja Literacka”, sfinansowanej przez Instytut, ukazał się wybór moich dramatów. I nie miało to żadnego związku z moimi sympatiami czy antypatiami politycznymi. I nie powtórzyło się już w ostatnich dwóch latach, licząc od 2024.

Moja sztuka teatralna ostatecznie nie znalazła się w „Nowym napisie”, a tylko w wersji internetowej na stronie, ale to i tak było dla mnie dużo. Zanim tekst przyjęto do publikacji poświęcono mu uwagę. Redakcja miała swoje „ale”, które wyszły na dobre utworowi. W sztuce „Noc Trakla” cytowałem istniejące tłumaczenia z kilku wierszy austriackiego poety. Redakcja zaproponowała abym zrobił własne tłumaczenia bądź trawestacje i to one trafiły do ostatniej wersji. Były bardziej zbieżne z językiem dramatu.

Szczerze mówiąc, nie wiem, gdzie mógłbym się obecnie zwrócić z tekstem teatralnym, do jakiego wydawnictwa i czasopisma. Próbowałem namówić koleżanki i kolegów ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, aby przygotować tekst do miesięcznika „Dialog” o czytaniach, jakie organizowaliśmy i naszych najnowszych utworach scenicznych. Jest to jedyne pismo – w tak dużym kraju jak Polska! – poświęcone polskiemu dramatowi. Nie udało się. Przeważył pogląd, że nie warto, bo i tak nie wydrukują. Usłyszałem, że „Dialog” ma swoją politykę.

No nie, moi drodzy! Jeśli na samym starcie będziemy zakładać, że jedyne pismo drukujące sztuki w języku polskim, o zasięgu ogólnokrajowym i trafiające do środowiska, nie będzie zainteresowane naszymi tekstami i czytaniami w Domu Literatury w Warszawie, to zamykamy sobie drogę nie tylko do publikacji, ale też do pisarstwa. Kto z nas będzie pisał na scenę, jeśli branżowy miesięcznik naszych tekstów nie opublikuje, a teatry ich nie wystawią? Przestajemy pisać, bo pisarstwo traci sens. Czy tak ma się stać z literaturą w języku polskim? Nigdy!

Wracając do Instytutu Literatury Co z tego, że poprzednia opcja finansowała nową literaturę, dawała pieniądze na publikacje i wynagradzała autorki i autorów honorariami, skoro oficjalnie funkcjonowała w środowisku niechęć do tego darczyńcy, bo była to ta „niedobra”, „pisowska” instytucja literacka. Ludziom inteligentnym zrobiono kuku na muniu, aby wcisnąć ich w kanał niechęci i totalnie zasznurować im usta.

W Polsce upolitycznia się wszystko. W efekcie mieliśmy generowaną wrogość do instytucji, która przyczynia się do rozwoju literatury i dba o pisarzy, tylko dlatego, że nie jest z tej opcji politycznej, co powinna. A z jakiej ma być? Tej, z którą brakuje twórcy wspólnego języka na temat prozaicznie bytowy? Dla mnie osobiście tutaj wątek się kończy. Dalej już bym wyszedł poza rozsądek, poza wartości, jakie cenię, a więc dobro wspólne. Skłócanie twórców w celach doraźnego interesu politycznego? Jeśli pisarze mają stać się targetem w politycznych kombinacjach, to ja takiej rzeczywistości nie chcę. Zabiera mi się moją wolność artystyczną. Czy odtąd miałbym kombinować, co pisać i jak pisać, aby wstrzelić się w oczekiwania decydentów? Zdaje się, że coś takiego już mieliśmy w niechlubnej epoce przed 1989 rokiem.

Ale wcale nie! – mówią mi starsi pisarze, pamiętający lata 60. i 70. To zupełnie niesamowite, że co rusz słyszę, jak w PRL było lepiej z kulturą, z teatrami. Dlatego, że teatr był bardziej pluralistyczny, był bardziej wolny. Nie mówimy o czasach stalinowskich. Ale o latach 60., 70., gdy w czasach głębokiego realnego socjalizmu pozwalano na znacznie więcej reżyserom i autorom niż pozwala się dzisiaj. Różewicz, Mrożek, Bardijewski, Iredyński, Krasiński, Sito, Tym – wystarczy pomyśleć o tych kilku nazwiskach, a było ich przecież znacznie więcej, i można je sobie dopisać, aby docenić różnorodność tamtego repertuaru. Różnorodność poetyk, języków i tematyki. Humanizm tamtych tekstów. Niezwiązanie z jakimś jednym wymyślonym trendem, estetyką. To, do czego dzisiaj się zmusza współczesnego polskiego dramaturga i polską dramaturżkę, to ciasne ramy wąsko rozumianej poprawności. Druga okoliczność pozytywna ma wynikać z położenia na szachownicy. Sorry, ale nie o taką codzienność literacką walczyliśmy. To sytuacja ogromnej niewygody, skrępowania swobody twórczej. Wielu to czuje, jednak zasznurowane usta nie pozwalają wymowić prostych zdań o potrzebie zmiany,

Jestem w Palermo i stąd piszę tę relację. Przyjechałem zebrać materiały do scenariusza filmowego. W latach 80. w Palermo trwała „wojna klanów”. Co dzień na ulicach znajdowano po kilka ciał osób zabitych w mafijnych porachunkach. Ginęli też niewinni ludzie. Rodziny, dzieci. Panowała atmosfera strachu i bezsilności. Politycy i siły porządkowe były w układzie z przestępcami. Zwykli ludzie mieli zasznurowane usta. Opowiadał mi o tym signor Salvatore, oprowadzający po ekspozycji w Fundacji Falcone. Nikt nie miał siły się temu koszmarowi przeciwstawić. Dwóch odważnych sędziów, Giovanni Falcone i Paolo Borsellino, zaczęło wieloletnią żmudną operację, zakończoną sukcesem. Najważniejsi mafiozi i mnóstwo członków mafii trafiło do więzienia. Obaj sędziowie przypłacili swoją misję życiem. Na autostradzie wiodącej z lotniska do Palermo wyleciał w powietrze sędzia Falcone. Zginęła jego małżonka. Kilka miesięcy później w samochodzie pułapce zginął sędzia Borsellino. Śmierć Falcone, który sprzeciwił się ogromowi zła i przekonał rząd włoski do wszczęcia bezprecedensowej walki z mafią, zmieniła nastawienie społeczne. Ludzie zaczęli mówić. Pogrzeb zgromadził tysiące mieszkańców i zbudował wspólnotę. W oknach kobiety na białych prześcieradłach wywiesiły napisy, w których wyraziły swój przez lata skrywany gniew. Władze zostały zmuszone, aby skuteczniej walczyć ze zorganizowaną przestępczością, aby można było żyć w spokoju.

Każdy kraj ma własną historię. W latach 80. w Palermo trwała „wojna klanów”. „W Polsce lat 80. na nastrojach społecznych zaważyły cienie internowań i ofiar stanu wojennego. Komisja Rokity w 1989 roku dopatrzyła się ok. 100 przypadków śmierci na podłożu politycznym. Dochodziło do nich w wyniku pobicia przez tzw nieznanych sprawców. Gdy związek zawodowy „Solidarność” po jego rozwiązaniu w stanie wojennym zniknął ze sceny politycznej wydawać się mogło, że pojawi się miejsce na reformy. W istocie postanowiono zmienić tak wiele, aby niczego nie zmieniać. Obrady 'okrągłego stołu’ i wolne w połowie wybory do sejmu i senatu kończyły straconą dekadę.”

Ten akapit pochodzi z mojego eseju o nieżyjącym już pisarzu Mirku Koniecznym, eks-hipisie. Napisałem go i był gotowy do druku – jeszcze za życia Mirka – w pewnym miesięczniku (tytułu nie wymienię). Niestety w 2023 zmieniła się władza, a z nią zarząd miesięcznika i tekst nie poszedł. Mimo, że poprzednia redakcja go zatwierdziła. Dlaczego to, co było wcześniej dobre, musi koniecznie być zanegowane. Dla zasady?

Zastanawiam się, co musi się stać, aby niechęć do mówienia o sytuacji w jakiej dzisiaj pracują literaci ustąpiła i mogła zacząć się nieskrępowana dyskusja o tym, jak to wszystko naprawić. Pamiętamy przecież chwile, gdy na taką dyskusję było miejsce i była na nią ochota. Gdy chciano korzystać z potencjału inteligencji. I nie do walki z urojonym przeciwnikiem, lecz dla dobra ogółu i dobra samych siebie. Niestety, zapanował od paru lat zero-jedynkowy total. W ogóle, totalizm jest pojęciem obcym w polskiej historii. Temat wart rozważenia w inteligenckim gronie.

Teraz, gdy twórcy skarżą się w milczeniu i nie mają do kogo się zwrócić, bo przecież jest tak dobrze, jest tak super – a jest to wersja wyłącznie zwyczajowo-propagandowa – o żadnej swobodnej dyskusji nie może być mowy. Nie ma jej ani w teatrze, ani w kinematografii. Dla wielu jest już posprzątane. Twórcy mogą się gryźć między sobą, rozsiewać plotki, obrzucać epitetami. Ten, który wydrze coś dla siebie ze słabo nakrytego stołu, budzi podziw i podejrzenia. Jak on to załatwił? Niezadowolenie, jeśli ma omijać urzędników, musi dotknąć gryzieniem samych zainteresowanych. I jest to najgorszy skutek braku poszanowania twórczej wolności i budowania podziałów, opartego na złych emocjach.

Co musi się stać, aby pisarze w oknach na białych prześcieradłach wywiesili napis: STOP! Chcemy mówić. Chcemy normalności.

Poprzedni artykułAnna Łyczewska – Subiektywne kalendarium artystyczne 20.03-02.04
Następny artykułPiotr Müldner-Nieckowski – Konkursowe przebieżki

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko