Strona główna Rok 2026 Nr 608 Marcin Redkowiak – wiersze

Marcin Redkowiak – wiersze

0
109

bez tytułu (za stróżką)

za stróżką tą z której wybrzmiał Czechowicz
i biegiem splecionym dwustronnie w trzy pasma
kreśli nasz widok swoje odnogi
rozwiera się i rozrasta.

za stróżką tą która ślini przyziemie
trzech pasm we dwie strony pędzącego splotu
roją się miejsca w jedno urojenie
ku rozerwaniu płotów.

i kiedy rozłogi naszego widoku
zbiegną się w pierwszą pełnię lipcową
na urojenie miejsc do potoku
Czechowicz webrzmi na nowo.

tak strużkę tę która wciekła pod mapę
nim spletli trzy pasma biegu we dwie strony
przynagla do trwania zeszłomiejski napęd
mit niezaśniony.

Spacer 1.

ze zbioru „Błędnik lubelski”

*

Najkrótsza ulica. Ledwo odchodzi od Rynku, mając za sobą jego wschodnią pierzeję. Unosi mury kamienic, współdzieląc ten ciężar z gwarnym sąsiadem. I nieco cichszą od niego, lecz bardziej zagmatwaną sąsiadką. Kończy się zwinnie, przechodząc w podłucze bramy, na której ciążą zwały neogotyckich brył. Ulicę zwykle pokrywa cień, jeden z tych wdzięcznych, przyjemnie pachnących i lekkich, podczas gdy cienie zachodnich ulic Starego Miasta kleci aura siermięgi, smrodliwy znój. Nie dyskryminujmy ich jednak, wszak lepią one do kupy ten zbiór refleksji, które melancholijni wędrowcy wyprowadzają za bramy, łącząc z landszaftem pozostałych dzielnic Lublina. W ten sposób tworzą się unikalne projekcje, niekiedy przybierające formy radosne, innym razem popędzające w rozłogi smutku.

**

Wracając do tej najkrótszej linii, jaką wyrysowało miasto na swoim planie, musimy wziąć pod uwagę jej inny, bezcenny walor. Otóż: chłód zapewniany przez nią letniej odsłonie wędrówek, należałoby rozpatrywać w kategorii rozkoszy. Odskakując od płyty Rynku dosłownie na parę metrów, możemy upoić się chwilą. Przeciągnięcie ciała przez tę chwilę, rozluźnienie wskazówek zegara, odpór tykania i brzdęków, zostają uwydatnione w powietrzu, wznoszącym najkrótszy lubelski dukt na obłok rześkości. Niektórzy przechodnie, którym dane było w ten sposób odetchnąć, radośnie udają pijanych lub symulują ekstazę któregoś ze świętych, szczególnie przy końcu uliczki. Klękają oparłszy prawą nogę o kamień. Nieświadomi są konsekwencji, jakie niesie za sobą ten akt. Po chwili trzeźwieją i suną dalej, rozpychając krocze koguciej wieży.

***

Najkrótsza ulica kryje się w cieniu, funduje rześkość, upaja. Przeszło trzydzieści lat temu, w 1990 roku, jej walory docenił fotograf. Wynajął jedyny lokal obdarzony witryną, która od tamtej pory, nocą, rozjaśnia najkrótszą ulicę. Dziesiątki portretów rozłożonych za szybą. Gdyby rozebrać te twarze na cząstki, wydzielić piksele z mimicznych miszmaszów, a potem ułożyć bezładnie, po najkrótszej linii oporu – w jeden poziomy ciąg – wyszłaby z tego jakaś ulica. Zapewne krzykliwa i długa. Tak długa, że wszystkie mrówki, jakim dane jest krzątać się po lubelskich arteriach, znalazłyby na niej chwilę rozkoszy. Wszystkie na raz.

Spacer 3.

ze zbioru „Błędnik lubelski”

*

Bądź co bądź: kilka ulic, zebranych w grupki luźne – na wieczór i tak jedna ławka, jeden krąg szkła, wywiedzie je pod sam księżyc.

**

Wybierz: podłucze bramy, kamienie po Świętym Michale, megalit rynkowy. Ciężar gotyku. Wyrwa w świetności. Klasycyzm, ale plemienny, czczony zaśpiewem portali, okien u Konopniców, ciut dalej attyką, sgraffitem zaś dookólnie, z czterech pierzei. Wybierz inną rozterkę, byleby w sercu. Stań. Pozwól obrócić się w czas. Będzie gorąco. Wytopisz się i rozpłyniesz. Falą, przez sieć mazajów, którą zasłałeś mapę ty, nastoletni. Dalej, na prosty schemat, dziecinny rozkład: jest tylko tu i tylko tam. Budynki nad tobą urosną, ale będzie ich mniej, coraz mniej. Zatrzyma cię w końcu: granica. Miasta, za którym jest co innego.

Okryłeś je całe. Warstwa ciebie, powłoka ciebie. Czujesz: pod autem pulsuje kot. Gdzie indziej: ruch ręką, ku furtce, wulgarny. Żeby już uszło i żeby nie wracać. Drzwiczki odskoczą, raz, drugi, trzeci, nie domkną się. Siatki ogrodzeń, jedna po drugiej, w sztafecie drgań. Być może: w łańcuchu przywitań. Wytłumi ściana, już docieplona, nietknięta farbą rok, drugi, trzeci. Słowo na „k”, „r” przez kilometr, „a” jeszcze błądzi po rynnie.

***

Aż staniesz się falą powrotną. Zapory: ominiesz je, trochę przecieknie strugami. Wąskimi jak włosy, rzadkimi, jak włosy kobiety, na które pokapiesz, by zmienić kolor i ułożenie, ale ona nie ruszy się, piwo dokończy. Z przekleństw drobnych, miałkich, jednolitych, takich, jak treść kieszeni, ułoży kolejne piwo. Szyldów nie pozmieniasz, zostaną blaszane.

Marcin Redkowiak (ur. 1998) – rysownik, fotograf, poeta, eseista. Absolwent kierunku Animacja kultury na UMCS w Lublinie. Swoje wiersze publikował, m.in. w „Stonerze Polskim” oraz „Magazynie Malkontenty”. Uprawia flanering na czas, a jego stałym dostarczycielem wrażeń estetycznych – jak dotąd – pozostaje Lublin.

Poprzedni artykułZbigniew Mirosławski – Australijskie wiersze Elizy Anny Falkiewicz
Następny artykułMateusz Brucki – Płomień Fryckowskiego i płonności moje

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko