17 lutego 2026
A na zakończenie… wybuchłem śmiechem

Czasami mam świadomość, że dobre książki gdzies umykają, przepadają, że nikt ich nie recenzuje w „Twórczości”, „Nowych książkach”, „Toposie”, „Odrze”, „Arcanach”. Są i jakby ich nie było. Bo…? Bo autor mieszka gdzies na obrzeżach, bo nie trafił do głównego nurtu obiegu literackiego, bo nie ma siły przebicia, bo nikt go nie zaprosił do radia, do telewizji, bo nie zauważyły go portale literackie, bo wydawca ma słaby dział marketingu, bo… bo… bo…
Boję się, że taki los czeka „Chatę na życie” Wojciecha Karpińskiego. Ja sam przez jakiś przypadek, czyjeś dobre słowo książkę zauważyłem, przeczytałem i… i namawiam znajomych do przeczytania. Bo? Bo warto! Bardzo warto!
Czternaście opowiadań po kilkanaście, kilkadziesiąt stron. Prawie wszystkie z zaskakującą puentą. Raczej wieś niż miasto, raczej powoli niż szybko, raczej w świecie poukładanym niż w chaosie.
Tytułowa „Chata na życie”. Któż z nas nie marzył, fakt, dla większości to tylko układanka w głowie, która nigdy nie doczeka realizacji, aby w jakimś etapie swego życia umknąć z miasta, z korporacji, gdzieś w przysłowiowe Bieszczady. U Karpińskiego raczej na wieś w białostockiem. Do chaty, która, pozbawiona jest wygód, ze studnią na zewnątrz, z chwastami zarastającymi podwórko, z instalacjami, które wymagają konserwacji. Tyle, że tu jest coś więcej, historia nabiera rumieńców, gdy wiadomo kto zamieszkiwał tę chatę wcześniej. To historia pełna dramatu, zabójstwa ukrywającego się tam w czasie wojny Żyda, a z drugiej strony spokoju, zająca, który przyjdzie zjeść sałatę, łosia, który stanie jak do fotografii, to zima, to pogrzeb zduna, to budki lęgowe, to przyjazd przyjaciela z miasta i jego zadziwienie, że tak można… To wreszcie O., dobry człowiek, który za niewielkie pieniądze pomoże w obejściu i w domu. O., który przegra życie z nałogiem. Ale przegra je w dobrym garniturze…
Parę z tych opowiadań jest z pogranicza magii. Zwariowany autor z „Kropki”, który nie może się pogodzić ze złą korektą. Na piątej stronie nowej książki nad z jest kropka, a być jej nie powinno. Kropka nad z… Machnąć ręką? Tak zrobiłby każdy. A może nie? Nooo, nie, nie każdy…
W „Czerwonej sukience”… dawno się tak nie ubawiłem… dawno czytając nie wybuchłem śmiechem. Naturalnym, rzeczywistym. Na zakończenie. Po kolei: przebieralnia w galerii handlowej. Mąż w oczekiwaniu na żonę przymierzającą ubranie. Z innej kabiny wychodzi płacząca, pulchna, młoda dziewczyna. Zatrzymuje się przed mężczyzną. Więc zadaje jej pytanie co się stało? A dalej już tylko fantazja „z panią nie potrzebowałbym rozgrzewki”. Tekst absurdalny, trochę wulgarny… Parę dni potem znów spotkanie w tej samej galerii. I dziewczyna oświadcza, że i owszem, mogą to zrobić. Musi wynająć pokój w hotelu, kupić dobre perfumy. Nie, nie, nic się nie dzieje. Tylko w zakończeniu okazuje się, że mężczyzna jest wykładowcą uniwersyteckim, a dziewczyna studentką, która przychodzi na jego wykład. Stara się na niego nie patrzeć. I ma dwa wyjścia: uciec z wykładu albo zapaść się pod ziemię. Co wybiera?
Jest tu trochę smutnych opowiadań. Jak to o sprzedaży mieszkania. Małżeństwu, w którym on ją nosi na rękach. No, nosi, bo sama może poruszać się tylko w wózku. Jak tym ludziom nie zaufać? Nawet jeśli notariusz proponuje odpowiednią klauzulę.
Albo inne o rudym psie i nowobogackich, którym pies się znudził więc wywieźli do lasu, okleili taśmą, przywiązali do drzewa. Tak, tacy ludzie istnieją. I czasami spotyka ich kara. Bo tak powinno być…
Jest inne opowiadanie, z pozoru zabawne „Za plecami Indianina” o mężczyźnie, który chodzi się załatwiać do przychodni. W pandemii, w rygorach. Nie, nie dlatego, że tak lubi, Ma remont w domu, który się przeciąga. A przecież ta przychodnia z naszych pieniędzy.
„A pan dokąd?”
„Ja… do poradni okulistycznej.”
No, boo jak się przyznać? Mocz w butelce, a reszta…
Raz, drugi, trzeci… Więcej się nie uda. Ale przecież można przez izbę przyjęć…
Mieszają się w tym tomie style, realizm, a zaraz potem nierzeczywistość, zwykłę ludzie losy, odruchy, śmiech, ale przecież przetkana czasem tragedią, jak w życiu.
I, gdy czytałem, ciągle przychodziła mi do głowy ta myśl, ile takich książek umyka z mego horyzontu. Pal licho mój, ale ilu dostrzeże, że jest taki autor, taka książka, taki styl pisania?
Wojciech Karpiński – Chata na życie, Wydawnictwo Paśny Buriat, Suwałki 2026, str. 264.





