Rozmowa i przekład z języka włoskiego Izabella Teresa Kostka.
***
Nowy rok, nowe wyzwania i kolejne niepowtarzalne osobowości, z którymi będę miała przyjemność rozmawiać. Z wielkim entuzjazmem zapraszam do przeczytania wywiadu z kobietą, o której można powiedzieć, że wytycza nowe ścieżki w panoramie kultury, medycyny i turystyki. Trudno określić ją jednym słowem, gdyż Cristina Popoli, a ona jest właśnie moim dzisiejszym gościem, to pionierka łącząca pedagogikę, medycynę i dziennikarstwo, naukę, badania społeczne i prawdę. Z wybitnym wykształceniem akademickim: licencjatem z pedagogiki zawodowej, tytułem magistra z planowania i zarządzania procesami edukacyjnymi oraz czterema innymi tytułami magistra, jest niekwestionowaną pionierką interdyscyplinarnego projektu łączącego pedagogikę oraz medycynę, pierwszego tego typu połączenia we Włoszech.
Mówią o niej: „Nowy sposób uprawiania dziennikarstwa, który można by nazwać „Odzyskiem Kultury”, praktykowany przez Cristinę Pipoli w 2026 roku, jest niepokojący właśnie dlatego, że wykorzystuje „Kulturę” nie jako spokojny salon literacki, lecz jako konia trojańskiego, który ma wnikać w bezpieczne środowiska i burzyć ciszę. Oczyszcza i sprzyja narodzinom badań społecznych i śledztw”.
- I.T.K.: Witam Cię serdecznie Cristino, e Twoim przypadku słowa dobrze znanej nam wszystkim Hillary Clinton: „Kobiety to największy niewykorzystany potencjał świata” mają wyjątkowe znaczenie. Twój potencjał jest naprawdę nieograniczony, ale potrafisz wykorzystywać jego liczne odcienie w wielu dziedzinach pracy i życia. Jak już wspomniałam we wstępie, posiadasz ogromne wykształcenie akademickie bogate w wiele tytułów uniwersyteckich. Co doprowadziło Ciebie do tak wielkiego dążenia do wiedzy? Ciekawość świata, dążenie do doskonałości czy chęć udowodnienia sobie i innym, że „kobieta potrafi” i w wielu aspektach potrafi być „silniejsza” oraz wytrwalsza od mężczyzn?
C.P.: Moja potrzeba tak wszechstronnego wykształcenia nie wynika z chęci kolekcjonowania tytułów, lecz z głębokiego i niewyczerpanego pragnienia odkrywania świata. Lubię nieustannie stawiać sobie wyzwania i przekraczać własne granice poprzez wyzwania intelektualne, które mogą obalić społeczne uprzedzenia.
Nie dążę do perfekcji, ponieważ wierzę, że perfekcja nie istnieje, dążę raczej do ciągłego doskonalenia. Prawdziwe zewnętrzne przejawy siły pojawiają się automatycznie, niemal jak naturalny odruch, gdy ma się odwagę zagłębić się w sobie.
Osąd innych jest względny: pochwały są miłe, a bezpodstawna krytyka pojawia się nieuchronnie, ale zewnętrzna uwaga osób trzecich nie jest moją siłą napędową. Moje prawdziwe zwycięstwo leży w pokonywaniu ograniczeń wewnętrznych oraz tych narzucanych przez społeczeństwo, ponieważ to właśnie tam mierzy się prawdziwy potencjał kobiety. Największe wyzwanie nigdy nie dotyczy innych, ale właśnie granic, które są wokół nas i w nas.
- I.T.K.: Jesteś prekursorką wielodziedzinowego projektu łączącego pedagogikę i medycynę, a ta nowatorska wizja została ugruntowana przez wyjątkowe doświadczenie: staż szkoleniowy jako Koordynatorka Opieki Zdrowotnej w Poliambulatorium afiliowanym przy ASL TORINO 5. Czytałam w Twojej biografii, że ten eksperymentalny program definiuje „nowoczesny klucz” zdolny do rozwoju metody edukacyjnej w kierunku nowych granic naukowych, zarządczych i klinicznych oraz otwiera niezbadane ścieżki zawodowe w krajowym systemie opieki zdrowotnej. Możesz nam opowiedzieć więcej o tym interesującym projekcie związanym , w pewnym sensie, z postacią i systemem Marii Montessori?
C.P.: Nadal nie jestem pewna, dokąd mnie to doświadczenie zaprowadzi, ale wiem, że stanowi ono kulminację lat wysiłków. We Włoszech często jesteśmy świadkami paradoksu: osoby bez kwalifikacji mogą wykonywać ważne zawody, podczas gdy my z trudem wierzymy w profesjonalistów, którzy poważnie inwestują w naukę i szkolenia stacjonarne. Widziałem wiele drzwi zamkniętych przede mną, być może dlatego, że próbowałam przebić się do zbyt wąskich środowisk: dziś rozumiem, że nieświadomie powinnam była aspirować do wyższego poziomu. Moje CV mówi samo za siebie, a otwarcie, które otrzymałam od ASL TO 5, było karmicznym zwrotem dzięki mojej determinacji i uporowi.
Opierałam się temu, dopóki nie spotkałam naprawdę wartościowego lekarza, jednego z tych, którzy praktykują „prawdziwą opiekę zdrowotną”, który docenił moje zaangażowanie. W tej mojej zawodowej podróży odniesienie do Marii Montessori jest centralne i niemal brzemienne w skutki. To ona była pierwszą postacią, którą zidentyfikowałam, inicjując mój projekt „Dziennik Pedagogiczny: feminizm, kobiety przez duże K” (projekt, w którym, informuję Cię o tym Izabello, Ty także będziesz uczestniczyć). Wierzę, że kiedy czerpiemy z modeli edukacyjnych, które zmieniły zasady gry i ukształtowały historię, powstaje subtelna, niewidzialna, a zarazem silna więź.
Jednak pomimo solidności tej wizji, zastanawiam się: co tak naprawdę się teraz wydarzy? Dokąd zaprowadzi mnie ta ścieżka, którą z takim trudem i wytrwałością wytyczyłam? Tak naprawdę, to jeszcze nie wiem, co się stanie, ale to właśnie jest esencją tych, którzy decydują się przecierać nowe szlaki, nawet jeśli robią to nieświadomie.
- I.T.K.: Inna sławna postać historyczna – Simone de Beauvoir – mówiła, że „Kobieta musi nauczyć się nieustannie na nowo definiować siebie, by nie popaść w rolę, którą narzucają jej inni”. Twoja wszechstronność doprowadziła Ciebie także do aktywnego udziału w dziennikarstwie. Jako redaktorka „LecceCronaca.it” przyjęłaś bezkompromisowy styl, który przypomina siłę i charyzmę Oriany Fallaci. Nie boisz się trudnych tematów, niewygodnych pytań i dążysz do odkrycia surowej prawdy. Czym jest dla Ciebie dziennikarstwo: oskarżeniem, śledztwem i brawurą, czy może osobistą walką o sprawiedliwość i ukazanie rzeczywistości bez kompromisów?
C.P.: Dla mnie dziennikarstwo to nie zawód, lecz biologiczny impuls. Jestem córką mundurowego z formacji włoskich Carabinieri, który służył na trudnych obszarach, takich jak Sardynia i Sycylia: dorastałam, oddychając wartością obowiązku i rygorem mężczyzn wierzących w Prawo. Sprawiedliwość płynie w moich żyłach: nie wierzę, że sprawiedliwość można „wymierzyć”, wierzę, że trzeba być wcieleniem sprawiedliwości.
To uczucie podobne do fermentującego wina lub szybkowaru: siła pchająca do ucieczki, której nie da się powstrzymać żadną pokrywką. Kiedy biorę do ręki długopis, nie kieruję się wyrachowaną logiką; jestem instynktowna, impulsywna. Działam, ponieważ prawda ma swój własny głos, który domaga się uwolnienia. Uwielbiam nagą i surową prawdę czyli taką, która zmusza rozmówcę do porzucenia wszelkiego udawania. Szukam tych, którzy przyjmują prawdę, i unikam tych, którzy wolą „ sztuczny plastik ”, rodzaj plastiku, który zanieczyszcza rzeki, a co gorsza, mózgi. Kiedy zadaję pytanie, szukam odpowiedzi czystej, świętej i bezgranicznej.
Dzisiaj dziennikarstwo jest często duszone przez bardzo strome obwarowania: kumoterstwo, nepotyzm i logikę polityczną, która narzuca nieprzekraczalne bariery. W takim systemie niesienie prawdy na przysłowiowej 'złotej tacy” to codzienne wyzwanie. Oznacza to pozostanie wiernym sobie, obronę własnych ideałów i odwagę, by burzyć mury milczenia.
Czym więc jest dla mnie dziennikarstwo? To osobista walka o bezkompromisowe przedstawianie rzeczywistości. Oczywiście, jestem człowiekiem i odczuwam strach, ale kiedy go odczuwam, rzucam sobie wyzwanie, pokonuję go. Nie mogę powstrzymać prawdy od wyłonienia jej poprzez naturalny impuls duszy, tej prawdy, którą córka nosi w swoim DNA.
Tak naprawdę to proszę, by nie nazywać mnie dziennikarką. Jestem sumieniem, które używa Nauki jako kompasu, a Prawdy jako broni. Nie piszę, by wypełniać przestrzenie, ale by przełamywać milczenie i wytyczać ścieżki tam, gdzie inni widzą tylko mury. Kocham kulturę. System nie boi się tego, co eksploduje i znika. Obawia się kultury, która kopie, która nie daje wytchnienia, tej kropli inteligencji, która niszczy błoto władzy, aż zbudowany zamek się zawali.
- I.T.K.: W swojej działalności dziennikarskiej poświęcasz wiele uwagi badaniom Giorgio Santoriello, angażując się w poszukiwania łączące prawdę naukową z odpowiedzialnością obywatelską i dotyczące poważnych kwestii społecznych: zachorowań urzędników z powodu zanieczyszczenia środowiska podczas pełnienia obowiązków. Możesz przybliżyć nam ten ważny problem twego terytorium?
C.P.: Słudzy państwa potrzebują nie tylko broni, ale i metody, głębokiego zrozumienia więzi społecznych i umiejętności przenikania tych „niewidzialnych nici”.
Być może to właśnie odziedziczyłem po ojcu: kliniczny i nieustanny zmysł obserwacji, który dostrzega całą zainfekowaną tkankę społeczną (zanieczyszczenie, utratę tożsamości).
Tak, całym sercem popieram Giorgia i mam nadzieję wkrótce przeprowadzić z nim wywiad, goszcząc go na lamach mojej strony. Łączy nas jedno: chociaż zostaję dziennikarką, moja strona jest niezależna. „Diario di bordo salentino / Dziennik pokładowy z Salento” narodził się właśnie w ten sposób. Właśnie dlatego śledztwa takie, jak te prowadzone przez Santoriello, są czyste i szczere: ujawniają te „niewidzialne nici”, które łączą przeszłość z teraźniejszością, aby nie było już szarej strefy odbijającej się na skórze obywateli, na terytoriach, a nawet wśród tych, którzy służą państwu.
Moją misją dziennikarską jest udzielanie głosu tym, którzy szukają prawdy, której wciąż brakuje, tym, którzy są uciskani oraz rzucanie światła na sytuacje, które ryzykują, że pozostaną w cieniu lub, co gorsza, będą pogrzebane w pamięci. Istnieją otwarte rany, które zasługują na jasne odpowiedzi ze strony instytucji. Dzielenie się postami Giorgio oznacza podziw dla jego odwagi i obserwowanie, jak jego stowarzyszenie bez lęku ukazuje w sposób obiektywny fakty takimi, jakie są. Kłaniam się jego odwadze i muszę się tylko uczyć. To jest prawdziwe dziennikarstwo.
- I.T.K.: Mimo wszystko, z tego co wyczytałam z Twojej bogatej biografii, twa działalność jest jak narodowy most kulturowy, gdyż ofiarujesz przestrzeń wielu osobowościom i intelektualistom także spoza Salento, przekształcając każdy wywiad w „akt sprawiedliwości i dziennikarstwo z przysłowiowym pazurem”. Uważasz, że nadal wiele kwestii pozostaje, z powodów „poprawności politycznej”, w sferze cienia, a obawa przed konsekwencjami mówienia prawdy jest silniejsza, niż dążenie do jej odkrycia?
C.P.: Głęboko wierzę, że wiele kluczowych kwestii pozostaje w cieniu, zduszonych logiką poprawności politycznej i często uzasadnionym strachem przed konsekwencjami. Ten strach to zasłona, która ukrywa prawdę.
Moja praca to nie tylko most kulturowy, to akt oporu przeciwko systemowi, który tworzy niesprawiedliwe hierarchie. Oferuję przestrzeń tym, którzy jej nie mają, ponieważ żyjemy w społeczeństwie, w którym przestrzenie są zawsze zajmowane przez tych samych ludzi, którzy w rzeczywistości ich nie potrzebują. Ten niesprawiedliwy system tworzy nienawistne rozróżnienie między „dziećmi pierwszej kategorii” a „dziećmi drugiej kategorii”.
Prawda nie ma odcieni „poprawności politycznej”: jest albo światłem, albo cieniem. Wszystko, co przykrywa ta powierzchowna logika, jest niesłuszne, jest nie do przyjęcia dla sumienia, które szuka sprawiedliwości. Dlatego kontynuuję moją działalność z zamiarem zakłócenia tej dynamiki i przywrócenia równowagi narracji, która zbyt często zostaje zniekształcana.
- I.T.K.: Ważną część twojej działalności zajmuje tzw. turystyka etyczna. Jesteś założycielką „Diario di bordo salentino / Dziennika pokładowego Salento” i „Diario di bordo piemontese / Dziennika pokładowego Piemontu”, w których nie „sprzedajesz” regionu, lecz dbasz o zachowanie historii i tożsamości tych terenów. Możesz nam o tym opowiedzieć?
C.P.: Założenie „Diario di bordo salentino / Dziennika pokładowego z Salento” i piemonckiego było dla mnie aktem troski. Turystyka to dla mnie nie produkt, który można sprzedać, ale etyczne i antropologiczne spotkanie z duszą miejsc.
Turystyka to przede wszystkim docenianie tych, którzy zachowują swoją tożsamość: mam na myśli rzemieślników, którzy wciąż wyplatają koszyki, czy rodziny, które kultywują starożytną sztukę papier-mâché, kontynuując pracę swoich przodków własnymi rękami i sercem. Myślę o muzeach, które z oddaniem pielęgnują kulturę Griko * i nasze korzenie językowe, którym grozi zapomnienie. Moje Salento to kraina surowych murów, autentycznych wiejskich domów i świeżo zebranej żywności zrogowaciałymi rękami rolników, gdzie smak to pamięć, a nie interes.
W mojej pracy dokumentalistki, wraz z Gino Brotto, starałam się sfilmować właśnie to: bijące serce ziemi, która nie daje się zdeptać. Walczę o ochronę starożytnych ziół i drzew, strażników bioróżnorodności, którym grozi wyginięcie. Głęboko wierzę w turystykę, który pozwala zatrzymać się i podziwiać zachód słońca bez konieczności płacenia za bilet – w luksus, który musi pozostać dla wszystkich, bo jest święty.
Etyczna turystyka to taka, która nie szarga tradycji logiką rynkową, ale słucha. Wystarczy obejrzeć moje filmy dokumentalne, aby zrozumieć, że moja historia nie jest historią błyszczącą blichtrem: to poszukiwanie czystości, obserwacja trwałej tkanki społecznej i naturalnej. To zaangażowanie tych, którzy chcą, aby przyszłe pokolenia odziedziczyły żywą ziemię, a nie pocztówkę wyblakłą z powodu masowej turystyki.
W Salento są wioski, gdzie kamień z Lecce to nie tylko materiał, ale scena, która rzuca światło na historię. To żywy kamień, który uwalnia barokową duszę tej krainy, przekształcając każdą jej alejkę w wieczną opowieść o tożsamości i pięknie.
Dzięki „Dziennikowi pokładowemu Piemontu” powracam do praktyki, którą już doświadczyłam w „Dzienniku pokładowym Salento”, mierząc się z inną rzeczywistością, w której praca podlega ścisłym umowom i bardziej ustrukturyzowanym harmonogramom. To projekt, który rozwija się w innym tempie: wolniejszym, ale głęboko solidnym, ponieważ opiera się na poszanowaniu zasad i prawdziwym profesjonalizmie, a to jest wyzwanie, które z dumą podejmuję, by zbudować także tutaj most autentycznej i niezależnej kultury.
* Kultura Griko stanowi żywy fragment cywilizacji helleńskiej w południowych Włoszech, zachowany na określonym obszarze językowym i chroniony jako dziedzictwo historyczne i kulturowe.
- I.T.K.: W „Dzienniku pokładowym z Salento” mówisz o sobie: „Nie nazywajcie mnie dziennikarką: Jestem sumieniem, które używa Nauki jako kompasu, a Prawdy jako broni. Nie piszę, by wypełniać przestrzenie, ale by przełamywać milczenie i wytyczać kursy tam, gdzie inni widzą tylko mury”. Tę wypowiedź można potraktować jako Twoje credo, deklarację zaangażowania społecznego i, przede wszystkim, jako dowód wielkiej odwagi cywilnej. Czy nigdy nie obawiałaś się, że twoje bezkompromisowe dziennikarstwo może spotkać się z nieprzychylnym przyjęciem i wrogością niektórych osób?
C.P.: Nigdy nie bałam się wrogości, ponieważ nieprzychylny odbiór często świadczy o słuszności obranego kierunku. Paradoks, którego doświadczam, jest wręcz ironiczny: przez lata pod moimi postami czy zdjęciami ludzie pisali do mnie przekonani, że jestem „staromodną” zawodową dziennikarką ze względu na dyscyplinę i siłę mojego języka, mimo że podkreślałam, iż jestem skromnym pedagogiem, który nie pisze dla żadnej gazety.
Teraz, gdy przechodzę dwuletni proces uzyskiwania licencji dziennikarskiej, paradoksalnie spotykam się z mniejszą wrogością niż wcześniej. Prawda jest jednak taka, że kontekst nie zmienia istoty rzeczy: mur wykluczenia i przestrzeń „pod stołem” istnieją zarówno przed, jak i po rejestracji. Są tacy, którzy nie mogą zaakceptować tego, że się nie odwracam, że jestem „fałszywie szczera”. W przypadku przestrzeni zamkniętych dla „dzieci drugiej klasy”, skupiam uwagę i idę dalej.
Zawsze komunikowałam się poprzez moje strony i moją grupę kulturową „TUTTI INSIEME / Wszyscy razem”. Teraz dodaję zawód do tego, co już wcześniej było moją misją. Mam szczęście, że mam redaktora, Giuseppe Puppo, który nie trzyma mnie na smyczy i szanuje moją naturę, pozwalając mi być sobą. „LecceCronaca.it” to dla mnie techniczne wsparcie, ale moja esencja, ta, która irytowała nawet bez oficjalnych kwalifikacji, pozostaje zawsze ta sama. Legitymacja prasowa nie tworzy sumienia, lecz właśnie sumienie musi kierować piórem, z etykietami czy bez.
- I.T.K.: Twoje zaangażowanie w problematykę społeczną odzwierciedliło się też w fakcie, że byłaś częścią Ufficio Stampa di un Diario di bordo / Zespołu dziennika pokładowego statku udającego się z pomocą do Strefy Gazy. Jakie wpływ na Ciebie miało i ma to ważne , a pod wieloma aspektami wstrząsające doświadczenie?
C.P.: – Doświadczenie z Biurem Prasowym – a raczej z „Dziennikiem Pokładowym” statku płynącego do Strefy Gazy, obok Marco Loi i Luna Bark, nie wywołało u mnie żadnej traumy, a wręcz przeciwnie, ogromną dumę. Poczułam pilną potrzebę przeciwstawienia się niedopuszczalnym niesprawiedliwościom. To było niesamowite doświadczenie: w swoim małym stopniu wspierałam Marco i jego statek wypełniony pomocą humanitarną, czując się integralną częścią tej podróży. Było ich w sumie jedenaścioro, silnych, pewnych siebie i walecznych; dzieliłam z nimi strach i każdą przebytą milę.
Wojna jest okropna: pochłania niewinne ofiary, powoduje katastrofy ekologiczne i niszczy ludzkość. Zawsze będę przeciwna temu okrucieństwu. Jeden z moich projektów badawczych ma na celu podniesienie świadomości na ten temat, wykorzystując symbol kwiatów i nawiązując do motta łagodnych olbrzymów: „Włóż kwiaty do swoich armat”. Poza mglistymi strategiami wojennymi i krwią istnieje rzeczywistość, której nie możemy ignorować.
Jest początek 2026 roku i żyjemy w trudnych czasach. We Włoszech brakuje pracy, brakuje stałych umów, a system opieki zdrowotnej w południowych Włoszech dosłownie się załamuje. Mimo tych problemów społecznych zawsze znajdują się fundusze na zakup broni i jej produkcję. Wierzę, że nie ma nic więcej do dodania: moją misją jest wspieranie życia.
- I.T.K.: „Kobieta to skomplikowana symfonia emocji i intelektu, pełna niespodziewanych zwrotów” twierdziła Virginia Woolf. Jeśli miałabyś określić samą siebie, to co wysunęłoby się na pierwszy plan: sfera uczuciowa czyli emocjonalna, czy raczej ta umysłowa, racjonalna? Masz jakąś radę na zachowanie równowagi w świecie, w którym poddani jesteśmy nieustającej frustracji, przemocy i dążeniu do sukcesu?
C.P.: Dla mnie sfera emocjonalna i racjonalna idą zawsze ręka w rękę: to dwa równoległe tory biegnące do tego samego celu. Pasja silnie przejawia się w każdym projekcie i w każdej relacji, ale siłą tą zawsze kieruje umysł. To umysł przetwarza myśli i, co za tym idzie, sprawia, że serce bije.
Nauczyłam się pielęgnować rygorystyczną racjonalność, ponieważ żyjemy w świecie opanowanym przez wilki w owczej skórze. Gdybym nie była również racjonalna, nie byłabym w stanie obrać drogi, na której praca i nauka muszą zawsze iść w parze w każdym wieku. Racjonalność to narzędzie, które pozwala widzieć rzeczywistość taką, jaka jest, bez różnych perypetii i bez mgły, która często stawia się nam przed oczyma, by nas zdezorientować. Skupiam się na harmonii. Nie pozwalam, by przemoc świata zewnętrznego zerwała więź między tym, co czuję, a tym, co analizuję. Jeśli dziś udzielam tego wywiadu prestiżowym magazynom w Polsce, to właśnie dlatego, że istnieje ta idealna harmonia między moją duszą a intelektem. Pozostanie wierną tej kwestii to jedyny sposób, aby uniknąć przysłowiowego „pożarcia przez wilki”.
- I.T.K.: Jesteś kobietą , której inteligencja, osiągnięcia i ambicje sprawiają, że twa silna osobowość wywiera mocny wpływ na otoczenie i automatycznie wzbudza szacunek. Powiedz mi jednak, czy nie spotkałaś się jednak nigdy z uprzedzeniami i, w pewnym sensie, dyskryminacją w miejscu pracy ze względu na płeć? Jeszcze dzisiaj wiele kobiet skarży się, że niektóre stanowiska i zajęcia rezerwowane są przede wszystkim dla mężczyzn. Czujesz się w pełni zrealizowana?
C.P.: Uprzedzenia i dyskryminacja istnieją, to niezaprzeczalne, ale nauczyłam się, że nie mają płci: napotykałam przeszkody stawiane przez mężczyzn, ale także przez kobiety. Pracowałam zarówno w północnych, jak i południowych Włoszech i lekcja jest zawsze ta sama: „Kiedy jesteś w Rzymie, rób jak Rzymianie”. Współpracuję i konfrontuję się z obiema płciami z równą szczerością. W rzeczywistości nauczyłam się czerpać wartość nawet z plotek i krytyki za plecami: czy to miłość, czy nienawiść, lubienie czy nielubienie, ważne, żeby o mnie mówiono. Jeśli tak się stanie, oznacza to, że docierasz tam, gdzie inni się nie odważą, nie mogą lub nie potrafią dotrzeć.
Moja uwaga dzisiaj nie jest skupiona na tych, którzy próbują mnie powstrzymać, ale na tej części społeczeństwa, która nie ma czasu na uprzedzenia. Patrzę na kobiety, które osiągnęły to, czego chciały, bez kompromisów, pod każdym względem i moją ambicją jest być taka, jak one. Ci, którzy mówią o mnie źle, nieuchronnie zostają o krok w tyle, podczas gdy ja podążam do swoich celów. Dziś zdobywam szacunek, nawet jeśli w przeszłości moje zasługi były mi odmawiane: nadal się to zdarza, rzadko, ale nawet ten brak szacunku pozostaje za mną, nie może mnie dotknąć.
Czy czuję się w pełni spełniona? Czuję się w połowie drogi, właściwie trochę dalej. Jestem w trakcie pracy, ale widzę, że to poczucie spełnienia jest coraz bliższe. Kiedy masz stabilną rodzinę i realizujesz się w wymarzonej pracy, czujesz się spokojna, nawet gdy jesteś zmęczona. Osiągam swój cel i niewiele mi już zostało do zrobienia.
Włochy, styczeń 2026





