Pierwszym uderzającym wrażeniem na samym wstępie tej inscenizacji jest jej ekstremalny monumentalizm, przywodzący na myśl choćby „teatr monumentalny” Wilama Horzycy czy tylko wyobrażony „teatr ogromny” Stanisława Wyspiańskiego. Taka jest efektowna scenografia utopiona w czerniach i szarościach, jakby nie mająca kresu. W tę przestrzeń idealnie wkomponowują się jednolicie czarne stroje aktorów, według uniwersalnego modelu „ogólnohistorycznego”, czyli równo odległe od strojów historycznych (od tej feerii barw dworskich z czasów elżbietańskich), jak i od ubiorów nam współczesnych. Całości dopełnia muzyka, jeśli można tak nazwać powtarzający się rytmiczny odgłos jakby werbli wojennych. Bo główną postacią tej inscenizacji jest WOJNA, wojna która ogarnia, która pochłania wszystko, bez reszty. Od wojny nie ma nawet chwili wytchnienia. Aktorzy poruszają się ruchami mechanicznymi, jak żołnierze, a swoje kwestie wypowiadają w rytmie raportów czy rozkazów wojskowych, wydawanych lub słuchanych. Wstępną kwestię stanowiącą zawiązek tematyczny dramatu król Henryk IV (monumentalizująco grany przez Andrzeja Seweryna) wygłasza nie jak zwykłe słowa (tak jak choćby August Kowalczyk w telewizyjnej inscenizacji Macieja Z. Bordowicza sprzed pół wieku, który mówił te słowa, myjąc się w miednicy i jakby mimochodem do przypadkowego słuchacza), lecz jak wódz na odprawie wojennej do swojego wojska, patetycznie, rytmicznie, sztywno. Dlatego, choć tekst „Henryka IV” jest dziełem wielowarstwowym i polifonicznym, inne niż wojna sfery ulegają redukcji. Barwna, wesoła pijacka, knajacka kompania Falstafa i „Henrysia” oraz swobodnych damulek traci cały swój koloryt, wynikający z malowniczych „charakterków”, także koloryt erotyczny. Wojna wszystko glajszachtuje. Wyrafinowany erotyzm w scenie pożegnania wojownika Hotspura z żoną jest bladym cieniem wyrafinowanego erotyzmu, bo małżonek cały zajęty jest już wojną. Scena ta, w tekście tak nasycona namiętnością, tu jest pospiesznym pożegnaniem męża, który śpieszy się na wojnę, bo kocha ją chyba bardziej niż żonę. Za to mocniej zaakcentowana jest scena wojskowego zaciągu „hołoty”. Nie ma też korony, choć to „kronika królewska”, a tylko szydercza w swoim wydźwięku korona cierniowa na czole Henryka IV.
Za kulminacyjną (w pewnym sensie) scenę tej sztuki zwykło się uważać tę, w której koronowany przed chwilą na króla Henryka Piątego „niesforny Henryś” odrzuca i skazuje na wygnanie swojego kompana, przyjaciela i mistrza w „niecnotliwym życiu”, Johna (Jasia) Falstaffa (Szymon Kuśmider). Sceny tej w inscenizacji nie ma. Dlaczego? Bo wbrew idealistycznemu wyobrażeniu Szekspira, nowy król nie stanie się bardziej moralny tylko dlatego że odrzucił prowadzącego go „na złą drogę” starego rozpustnika. Ta scena jest u Szekspira efektowna, dość przejmująca (brutalne wyrzucenie na śmietnik starego przyjaciela), ale naiwna i nierealistyczna. Władcy nie stają się w taki sposób bardziej moralni jako ludzie i lepsi jako politycy. Nie ma przemiany Szawła w Pawła. Rien de reveries. Żadnych marzeń, żadnych iluzji.
Formuła stylistyczna gry aktorskiej jest w tym spektaklu rapsodyczna. Nie ma rodzajowości, tylko blade zamarkowanie wesołej kompanii, brak psychologii, bo nie są nią ostro, plakatowo zarysowane sylwetki.
Reżyser dokonał dużej sztuki przysposabiając tekst na scenę. „Henryk IV” to jeden z najdłuższych tekstów Szekspira, dramaturgiczne „doppio”. Trudno ją skracać bez ryzyka wykolejenia narracji i sensów. To nie krótki i jednolity tekst „Makbeta”. I z tej próby wyszedł inscenizator obronną ręką.
William Szekspir – „Henryk IV”, przekład Leon Ulrich, reż. Ivan Alexandre, scenografia – Antoine Fontaine , kostiumy – Dorota Kołodyńska , multiperkusja – Leszek Lorent, obsada: Andrzej Seweryn, Szymon Kuśmider, Paweł Krucz, Modest Ruciński, Hanna Skarga, Krzysztof Kumor, Teatr Polski w Warszawie 2024
Krzysztof Lubczyński (współpraca A.B.)





