„Duchy Inisherin” to niezwykłe dzieło Martina McDonagha, które w gwałtowny, głęboki sposób opowiada o historii przyjaźni i samotności, a także o wewnętrznych demonach człowieka. Ten gwałtowny ton nie wynika jednak z przedstawionych wydarzeń, lecz z prawdy o ludzkich oczekiwaniach i rozczarowaniach. McDonagh pokazuje, że relacje ludzi często skupione są nie na rzeczywistym spotkaniu dwóch osób, lecz wyłącznie na indywidualnych potrzebach. Jeden z głównych bohaterów funkcjonuje właśnie w takim świecie – świecie, w którym więź istnieje dopóty, dopóki on jej potrzebuje, a jej trwałość wydaje się mu gwarantowana przez sam fakt jego potrzeby i życzliwości. Samotność w filmie nie rodzi się więc z braku ludzi wokół, ale z braku dojrzałej świadomości, że relacja wymaga odpowiedzialności i nieustannej uważności na tych, którym chcemy być bliscy.
Akcja filmu toczy się na malowniczej, choć surowej irlandzkiej wyspie Inisherin. Wielu jej mieszkańców ma swoje skrywane, mroczne, ponure tajemnice. Ta surowość wyspy nie jest dekoracją – jest przypomnieniem, że człowiek żyje w warunkach, które domagają się od niego dorosłości, odporności, zdolności do rozumienia siebie i innych.
Główne role kreują Colin Farrell (Pádraic Súilleabháin), który pokazuje się tutaj jako aktor rzeczywiście wybitny, oraz również znakomity, charakterystyczny Brendan Gleeson (Colm Doherty). Ich duet jest konfrontacją dwóch strategii radzenia sobie z kryzysem egzystencjalnym: jednej – opartej na naiwnej wierze w naturalną trwałość więzi, i drugiej – opartej na brutalnym odcięciu się od wszystkiego, co zajmuje czas i przeszkadza w poszukiwaniu sensu. Farrell jako Pádraic pokazuje człowieka zatrzymanego na etapie emocjonalnego dzieciństwa. Gleeson natomiast kreuje postać mężczyzny, który zaczyna dostrzegać upływ czasu i nagle staje wobec konieczności zdefiniowania czegoś, co będzie rzeczywiście ważne dla jego życia. Obydwaj są uwikłani we własne lęki, ale tylko Colm próbuje wyrwać się z tego uwikłania.
Film rozpoczyna się od zaskakującego momentu, gdy Colm niespodziewanie zrywa długoletnią przyjaźń z Pádraicem. To zerwanie nie jest jednak wyłącznie aktem egoizmu czy kaprysu. Jest konsekwencją narastającego poczucia, że relacja ta opiera się wyłącznie na nieustannej potrzebie Pádraica, by być lubianym, zauważanym, akceptowanym i wysłuchiwanym. McDonagh ukazuje, że jednostronna bliskość jest formą przemocy – nie intencjonalnej, lecz wynikającej z naiwnego infantylizmu. Pádraic nie próbuje zrozumieć, czego Colm potrzebuje ani co w nim się zmienia. Jest przekonany, że więź ma charakter naturalny, a jej trwanie jest obowiązkiem drugiej strony, a nawet – że siłą można taką więź narzucić.
Przyczyna tej decyzji i złości Colma początkowo pozostaje tajemnicą, co rodzi narastające napięcie. Napięcie to nie wynika z samego aktu zerwania, lecz z faktu, że Pádraic nie rozumie, dlaczego ten akt jest możliwy. Jego widzenie świata opiera się na założeniu, że chęć trwania w relacji powinna być odwzajemniona, a to, co rozumie przez przyjaźń, zapewnia trwałość więzi.Jego naiwna wiara w przyjazność świata zderza się z brutalnym doświadczeniem – nikt nie jest zobowiązany, by nas kochać. Nikt nie ma obowiązku trwać przy nas, nawet jeśli jesteśmy we własnym mniemaniu „mili”. Bycie „miłym” Pádraica nie jest odpowiedzią na potrzeby Colma, lecz próbą obrony swojej własnej stabilności emocjonalnej. Właśnie dlatego zderzenie z decyzją Colma jest dla niego tak destrukcyjne: nie może zrozumieć, że nigdy nie widział w przyjacielu odrębnego człowieka, tylko przedłużenie własnego komfortu psychicznego. Nie rozumie, dlaczego „normalne, dobre rozmowy”, jak określa wielogodzinne opowiadanie Colmowi np. o problemach trawiennych swojego kucyka i co znalazł w jego odchodach, przestały tamtego interesować. Ba, właściwie zaczęły go przerażać, uświadamiając mu bezproduktywne upływanie czasu.
W tle tej opowieści pojawia się także pani McCormick (w tej roli Sheila Flitton) – postać, którą McDonagh celowo umieszcza na granicy realizmu i irlandzkiego folkloru. Jej obecność jest chłodna, niemal nieruchoma, jakby nie uczestniczyła w życiu wyspy, lecz tylko go obserwowała. Przypomina „kobietę z kurhanu”, figurę starej, przedchrześcijańskiej bean sídhe zwiastującej śmierć. Przypominającej o nieodwołalnej konieczności i o tym, jak mało mamy czasu. Choć jest najbardziej demoniczną z wyglądu postacią tego filmu, symbolizuje jednak ducha w jakimś sensie opiekuńczego, bo ostrzegającego przed traceniem czasu, jaki jest nam dany na czynności bezwartościowe. Jej spojrzenie nie osądza, ale zapowiada: to, co ma się wydarzyć, już zostało uruchomione ludzkimi decyzjami, zaniedbaniami i wewnętrznymi demonami. Jednak pytanie, które McDonagh także stawia, brzmi: czy rzeczywiście ona jest jedynym duchem śmierci w tym filmie? Wszystko wskazuje na to, że nie. Duchami są tu przede wszystkim sami bohaterowie – ich lęki, ich nienazwane żale, ich niezdolność do dojrzewania, ciemne siły, które nimi powodują. Pani McCormick nie zadaje śmierci, ona tylko przypomina, że ta może nadejść także wtedy, gdy człowiek trwa zbyt długo w stagnacji i fałszywych przekonaniach. Jest więc nie tyle postacią nadnaturalną, ile ucieleśnieniem tego, czego bohaterowie nie chcą zobaczyć w sobie: że życie nie polega na trwaniu, lecz na rozwoju i przemianie – a jeśli chcemy tylko trwać, śmierć przychodzi w formie rozpadu relacji, zamarcia duszy i utraty samego siebie, zanim jeszcze ktokolwiek naprawdę umrze.
Farrell i Gleeson dają mistrzowski popis aktorski. Ich gra odsłania dramat osób, które choć żyją obok siebie przez lata, nigdy prawdziwie się nie spotkały. Pádraic desperacko szuka potwierdzenia własnej wartości, Colm zaś ucieka przed poczuciem bezsensu i straty czasu, które wzbudza w nim przerażenie i dlatego mówi „dość” człowiekowi, który pragnie z nim spędzać czas. Tworzą przejmujące postaci bohaterów desperacko poszukujących znaczenia swojego życia w obliczu pustki, izolacji i lęku przed osamotnieniem, których losy śledzimy z niepokojem i współczuciem.
Martin McDonagh, znany z umiejętności łączenia dramatycznych, mrocznych wątków z paradoksalnym humorem, również tutaj doskonale wyważa ton opowieści. Humor nie łagodzi cierpienia, ale ukazuje absurd, który rodzi się, gdy ludzkie relacje opierają się na nieadekwatnych oczekiwaniach. McDonagh nie wyśmiewa bohaterów – demaskuje tylko mechanizmy ich działań, pokazując, że często wywołują ból nie dlatego, że chcą krzywdzić, lecz dlatego, że nie potrafią inaczej istnieć.
Scenariusz imponuje precyzją dialogów oraz gwałtownością emocjonalną, a zdjęcia i muzyka podkreślają przytłaczającą atmosferę obcości i przemijania. Obcość nie dotyczy jedynie przestrzeni, ale także zdolności człowieka do rozumienia siebie i innych. Przemijanie natomiast przypomina, że każda relacja – jeśli nie jest pielęgnowana – rozpada się pod naciskiem czasu i niewypowiedzianych potrzeb.
Jak zawsze w swoich filmach i sztukach teatralnych, McDonagh koncentruje się na człowieku, który staje wobec własnych ciemnych sił, wewnętrznych demonów wychodzących z ukrycia. W „Duchach Inisherin” nie chodzi tylko o psychologiczny konflikt między bohaterami, ale też o coś głębszego – o różne formy duchowej niewoli, które sprawiają, że człowiek albo ucieka, albo niszczy, albo kurczowo trzyma się tego, co zna.
Siła „Duchów Inisherin” tkwi w wybitnym aktorstwie Colina Farrella oraz umiejętności opowiadania przez Martina McDonagha o emocjach w sposób, który trafia w nasze najczulsze miejsca. Trafia, ponieważ odsłania prawdę prostą, choć trudną do przyjęcia: samo poczucie samotności i potrzeba bycia w relacji – nawet najgłębsza – nie wystarczają do jej powstania ani trwania. Relacja wymaga zdolności widzenia drugiego człowieka w jego odrębności, a nie jedynie jako źródła ukojenia. McDonagh przypomina, że dojrzewanie to przejście od oczekiwania miłości do zdolności kochania. Rozpacz i gniew Pádraica są tak przejmujące, bo są krzykiem dziecka, które musi nagle, choć nie chce, zrozumieć, że świat nie jest mu nic winien – i że przyjaźń nie jest nagrodą za bycie „miłym”, lecz rzeczywistością dwóch dorosłych, wolnych osób, które muszą chcieć się spotkać naprawdę. „Duchy Inisherin” poruszają tak silnie – nie dlatego, że pokazują dramat przyjaźni, lecz dlatego, że odsłaniają prawdę o samotności, którą każdy nosi w sobie.
„Duchy Inisherin”
Martin McDonagh
Irlandia / USA / Wielka Brytania
2022






