23 grudnia 2025
Appendix

Ktoś, kto czytał „Na skraju imperium i inne wspomnienia”, jedną z najwspanialszych książek wspomnieniowych, sięgnie po „Gaudeamus. Szkice z lat minionych” z przyjemnością. Bo ta niewielka, 159 stron, książka jest swoistym appendixem do tej wcześniejszej.
To książka o studenckich czasach Jałowieckiego spędzonych na wydziale rolnym politechniki w Rydze. Dlaczego akurat tam? Pewnie było kilka powodów. Pierwszy był taki, że słabo zdał egzamin wstępny (ach ta matematyka…) do Instytutu Inżynierów Komunikacji w Petersburgu, gdzie przyjęto go wyłącznie z powodu pozycji ojca (a obaj z ojcem nie znosili protekcji). Po wtóre Ryga była miastem wielokulturowym, gdzie mieszały się wpływy rosyjskie, niemieckie, polskie i żydowskie, łatwiej wiec było Polakowi, a za takiego przecież uważał się autor wspomnień (choć swój ród wywodził od Rurykowiczów), odnaleźć się tam niż w rosyjskiej stolicy. Po trzecie wreszcie ustrój akademicki w Dorpacie i Rydze, dwóch wyższych uczelniach nadbałtyckich, różnił się od uczelni rosyjskich. Był zdecydowanie bliższy tych zachodnich.
Ta książka w dużej mierze pomija same studia, niewiele w niej o zajęciach uczelnianych, o przedmiotach, nawet egzaminach. To raczej opis realiów życia studenckiego od roku 1895. Życia w kompletnie innych warunkach niż dzisiejsze. Z przyczyn aż nadto oczywistych – tylko zamożni ludzie mogli sobie wówczas pozwolić na kosztowną edukację.
Rozpoczyna „Gaudeamus” Jałowiecki od opisu korporacji studenckich, od wstąpienia do „Arkonii”, jednej z dwóch grupujących młodzież polską (druga to „Welecja”). O jej, korporacji, relacjach z tymi, które grupowały inne narodowości: korporacje niemieckie „Bałtyka”, „Rubonia”, „Concordia”, rosyjska „Arktyka” i egzystującą nieoficjalnie „Selonią”, korporacją łotewską.
Ten opis pobytu, towarzyskich możliwości, zasad panujących wewnątrz organizacji, obrona honoru, stosunku do kobiet (nawet tych z półświatka), obowiązkowych wykładów z historii i literatury polskiej, pokazuje jak mało wiemy o naszych przodkach z tego czasu, jak bardzo, jak dalece byli to ludzie uwrażliwieni na dżentelmeńskie zasady postępowania, jak bardzo ówczesne wychowanie, tak, tak, to były elity, odbiegało od współczesnego.
Pisze Jałowiecki, niezbyt przychylnie, o studentach rosyjskich i żydowskich. Pisze o filistrach i knotach – „towarzystwie i reszcie”. O jej, filistrów, obowiązkach „wizyt” w ważnych, liczących się „domach”. Pisze o pojedynkach i roli w jakiej zdarzało mu się występować – roli „szlepfuksa”, osoby w czasie pojedynku podtrzymującej „w pozycji poziomej prawą rękę pojedynkujących się partnerów”. Pisze o polskich majątkach rozrzuconych wokół Rygi i o polowaniach, które w nich organizowano w trakcie przerw w zajęciach uczelnianych.
Wydarzeniem towarzyskim najwyższej miary były coroczne bale „Arkonii”, na które zjeżdżało się ziemiaństwo także ze Żmudzi, Inflant, z dalekiej Ukrainy, Podola, a nawet Królestwa. Obowiązywały twarde zasady. „Przestrzegano też surowo, aby żadna z tancerek nie siedziała w oczekiwaniu, nim ja kto wreszcie zaprosi do tańca. Dyżurowaliśmy po kolei jako rezerwa […] dzięki czemu nikt z naszych gości nie opuszczał balu z uczuciem rozczarowania lub goryczy w sercu.”
Zabawne dla współczesnego czytelnika są opisy tańców (mazura) i refleksje autora spisywanych kilkadziesiąt lat później wspomnień – ma Jałowiecki przekonanie, że taniec współczesny „tancerze na kształt rozjuszonego stada bawołów pędzą na oślep przed siebie…”, to… no właśnie, czy nasi rodzicie nie mogliby powiedzieć tegosamego o tańcach mojego pokolenia…?
Mamy też w tej książce opisy podróży i studenckich żartów, praktyk wakacyjnych przy budowie kolei (tak, tak, ojciec nie tylko opłacał studia, także wymagał!), „wykurzania” z laboratorium „gadatliwego” i z „brakiem ceremonii wypożyczającego sprzęt” Frumkina, loterii Katolickiego Towarzystwa Dobroczynności, gdzie główną nagroda była… krowa, jest opis strajku na uczelni organizowanego przez „rosyjską młodzież postępową”, gremialnie odrzuconego przez polskich studentów.
Osobny rozdział poświęcił Jałowiecki odbytej w przewie studiów służbie wojskowej w Pułku Konnych Grenadierów Gwardii. Dla większości ze współczesnych egzotycznie brzmieć musi konkluzja tego doświadczenia: „Te kilka miesięcy służby wojskowej pozostały mi jako jedno z najmilszych wspomnień w życiu…”
Kończy Jałowiecki… brydżem w stajni… To opis praktyki na farmie Peterhof pod Rygą.
Ta książka, ilustrowana rysunkami i akwarelami autora, przenosi nas w inny czas, inne obyczaje, inne zasady społeczne. Ten świat zawalił się ledwie kilkanaście lat później, już nie wrócił. Był piękny? Był! Przynajmniej w opisie Jałowieckiego!
Mieczysław Jałowiecki – Gaudeamus. Szkice z lat minionych, Czytelnik, Warszawa 2025, str. 160.






