Strona główna Rok 2025 Nr 600 Izabella Teresa Kostka – wywiad z poetą Maurizio Donte

Izabella Teresa Kostka – wywiad z poetą Maurizio Donte

0
56

Rozmowa i przekład z języka włoskiego Izabella Teresa Kostka

***

Rozmawiać o poezji można na tysiąc sposobów, każdy z jej czcicieli ma do niej swój osobisty stosunek i nie nam osądzać, które z indywidualnych podejść do aktu twórczej inspiracji jest najlepsze. Istnieją pióra, które nacisk stawiają na nowoczesną formę i buntowniczy język, istnieją także ich przeciwieństwa, które nawet w dzisiejszym chaosie kultywują tradycyjną rytmikę, stylistykę i czerpią natchnienie z największych Mistrzów przeszłości. Dzisiaj mym gościem będzie wyjątkowo utalentowany i wszechstronny literat, poeta Maurizio Donte.

1. I.T.K.: Witaj Maurizio, jak miło rozmawiać o sztuce słowa z kimś, kto od zawsze czuł potęgę poezji jako część samego siebie. Mówią o tobie, że „należysz do wyselekcjonowanego rodzaju poetów, którzy szukają prawdy, a nie konsensusu; którzy nie poddają się improwizacji, ale ciszy, z której rodzą się słowa; którzy nie mylą krzyku ze śpiewem”. To przepiękne stwierdzenie, które w pełni oddaje charakter twej sztuki poetyckiej. Wyssałeś miłość do poezji z przysłowiowym „mlekiem matki”, czy raczej z wiatrem od morza? Kiedy poczułeś, że pragniesz całym sobą oddać się Muzie?

M.D.: Poetą się nie stajesz: rodzisz się z rezonansem. To jak nuta wibrująca tuż poniżej progu słyszalności, odległy głos domagający się rozpoznania. Dla mnie poezja nigdy nie była wyborem, lecz obecnością. Była obecna od początku i być może wybrała mnie, zanim jeszcze nauczyłem się czytać. Słyszałem ją w głosie matki nocą, kiedy nie usypiała mnie bajkami, ale wersetami poetów, jak De Amicis, Pascoli, Aleardi, Gozzano, Novaro, które recytowała z pamięci. Słuchałem ich tak, jak słucha się muzyki: nie do końca rozumiejąc słowa, ale rozpoznając w nich rytm, konieczność. I tak, jeszcze zanim nauczyłem się pisać, zrozumiałem już, że poezja to nie język, ale oddech. Dorastając, ten rezonans nigdy nie zanikł. Nie szukałem go, ale też nie mogłem go ignorować. Nigdy nie było to „potrzebą” poezji, lecz naturalną harmonią między moim głosem a czymś, co pochodzi z daleka. Jak powiedział Nazario Pardini, „poeci rodzą się, a nie stają się”; ale dodałbym: bez studiów, bez rygoru, bez codziennego trudu tych, którzy szlifują i udoskonalają słowo, dar pozostaje bezwładny. Zawsze myślałem, że poeta jest jak muzyk: musi ćwiczyć każdego dnia, nawet w ciszy, aby zachować precyzję ucha. Poezja nie wybacza niechlujstwa, nie znosi pauzy. To nie krzyk, lecz pieśń, a śpiewanie wymaga dyscypliny. Doskonale pamiętam pierwszy wiersz, który napisałem: nosił tytuł „Krople rosy”. Wciąż pamiętam go na pamięć, mimo że napisałem go jako czternastolatek, w 1976 roku.

Czyste, świeże, krystaliczne

Krople rosy,

jak płatki róż.

Są radością poranka,

przebudzeniem dziecka,

śpiewem strumienia.

Krople, krystaliczne krople…

Krople rosy

Od tego momentu nigdy się nie zatrzymałem. Muza, ta prawdziwa, pojawiła się później, być może dzięki moim pierwszym zauroczeniom w koleżankach ze szkoły. Młodzieńcze zauroczenia, które przy współudziale Petrarki i innych poetów, w tym epickich, których wówczas studiowano, od Homera przez Ariosta po Tassa, w jakiś sposób mnie zainspirowały, stopniowo uwarunkowały do samodoskonalenia. Od tamtej pory poezja stała się soczewką, przez którą obserwuję i próbuję zrozumieć świat, jego złożoność, przeznaczenie, życie, śmierć, życie pozagrobowe, jeśli istnieje, i ludzi. W szczególności jedną osobę, której nigdy nie udało mi się zrozumieć, ale która była mi bardzo droga, którą rzeczywiście moglibyśmy nazwać Muzą, a raczej obrazem, senhalem miłości, którą pragnąłem odnaleźć.

2. I.T.K.: Studiowałaś nauki ścisłe (ekspert z chemii, dyplom uniwersytecki technika laboratorium biomedycznego), ale zawsze pasjonowałaś się literaturą, zwłaszcza włoskimi i łacińskimi autorami klasycznymi, a także mitologią nordycką. Twój naukowy umysł zadecydował, w pewnym sensie, do umiłowania uporządkowanej rytmicznie klasyki? Autorzy klasyczni podporządkowani byli zawsze ścisłym regułom rytmicznym, schematom decydującym o budowie formy, rymom, które z upływem czasu zostały całkowicie zatracone na rzecz białego wiersza i współczesnych środków wyrazu. Jesteś niezwykle utalentowanym autorem wspaniałych sonetów, a także tłumaczem sonetów wielkich mistrzów. Dla Ciebie prawdziwa poezja jest zawsze związana z podejściem „klasycznym”?

M.D.: Może to zabrzmieć paradoksalnie, ale moje studia naukowe nie mają nic wspólnego z poezją. Wręcz przeciwnie, poezja zmusiła mnie do intensywniejszej nauki w liceum, ponieważ mój nauczyciel literatury regularnie zadawał mi dwa wiersze do przerobienia, a nie tylko jeden, jak moim kolegom z klasy. Wciąż słyszę jego: „A ty, Donte, następnym razem będziesz studiował również „Pasterza Wędrującego po Azji”, a także „Sabat Wiejski” – mawiał z przebiegłym uśmiechem – „Wiem, że i tak ci się podoba!”. Ale jeśli prawdą jest, że nauka obserwuje, mierzy i analizuje, to prawdą jest również to, że poezja słucha i w pewien sposób filtruje rzeczywistość, aby ją uporządkować i przeobrazić, czyniąc myśl poety uniwersalną. W obu przypadkach, jak widać, istnieje podobne dążenie do harmonii. Nie do kontroli, lecz do spójności. Chemia, którą również studiowałem z pasją, nauczyła mnie, że nawet najbardziej niestabilna materia dąży do równowagi. A ostatecznie poezja nie robi nic więcej poza tym: przywraca chaosowi ludzkiej duszy zrozumiałą, muzyczną i konieczną formę. Nie sądzę, by moje naukowe wykształcenie sprawiło, że pokochałem klasykę, ale być może uczyniło mnie bardziej wrażliwym na jej wewnętrzny porządek, jej tajemną logikę. U starożytnych autorów wszystko podlega miarom: Wergiliusz, Horacy, Katullus, a potem nasi, od Dantego do Petrarki, od Leopardiego do Manzoniego wiedzieli, że wiersz nie jest ozdobą, lecz żywą strukturą. Jak wzór chemiczny, każdy pierwiastek ma swoje miejsce, swoją wagę, swoją wartość. Zmiana sylaby to zmiana reakcji: poezja, jeśli to prawda, podlega niewidzialnym, ale precyzyjnym prawom. Największym błędem naszych czasów jest przekonanie, że wolność zbiega się z brakiem reguł. Wolność poety nie leży w anarchii, lecz w panowaniu. Ten, kto potrafi panować nad formą, jest wolny; ten, kto ją ignoruje, jest niewolnikiem przypadku. A język włoski, bardziej niż jakikolwiek inny, narodził się w formie i z formy: nie z podboju czy dekretu, lecz ze świadomego wyboru poetów, którzy poszukiwali harmonii między dźwiękiem a znaczeniem. Od szkoły sycylijskiej do Dantego, od Petrarki do Bemba, od Leopardiego do Carducciego, nasz język ukształtował się jako poezja, zanim jeszcze narodziła się gramatyka. Jest z natury muzykalny: nawet mówiąc, nieświadomie, budujemy jedenastozgłoskowce. Jego kadencja nie jest sztuczką, lecz oddechem. Dlatego nie wierzę, że poezja „klasyczna” to powrót do przeszłości: to powrót do natury samego języka. Porzucenie metrum oznacza wyrzeczenie się tego, co nas definiuje, jakby muzyk chciał obejść się bez czasu i skali. Wiersz wolny nie jest złem samym w sobie, ale często mylono go z brakiem formy; a bez formy słowo rozpada się, traci siłę, przestaje śpiewać. Poszukuję formy nie z nostalgii, lecz z wierności. Poezja rządzi się swoimi prawami, bo piękno samo w sobie jest prawem.

3. I.T.K.: Jesteś pasjonatem mitologii nordyckiej, która posłużyła tobie za inspirację do stworzenia niektórych zbiorów. Wymienię tu chociażby „I nuovi canti di Erin / Nowe pieśni Erin” poemat epicki (Rei edizioni), „Cu Chulainn, il mito del Mastino di Cullan / Cu Chulainn, mit Mastyna z Cullan” poemat epicki, saga (Rei edizioni), „Gotterdammerrung” e „Beowulf” krótkie poematy epickie (Maurizio Vetri editore). Skąd wzięła się ta fascynacja tak odległymi, od kultury śródziemnomorskiej, mitami?

M.D.: Moje pochodzenie ma z tym coś wspólnego tak, jak moja pasja do poezji epickiej, która zaczęła się w gimnazjum. Byłem nią tak zafascynowany, że pamiętam nawet fragmenty „Tarasa Bulby” Gogola, którego nie było w programie. Ale mity nordyckie, irlandzkie i germańskie zawsze przemawiały do mnie w inny, głębszy sposób, jakby zawierały coś znajomego. Lektura dzieł Yeatsa, Morgana Llywellyna o mitach irlandzkich i Evangeline Walton o walijskich mitach Mabinogionu, opowieści o cyklu Fionn i Oisín w „Fianna”, gotyckiej narracji o Beowulfie i upadku bogów Asgardu w „Ragnaröku” wywarły na mnie głęboki wpływ. Podobnie jak Tolkien i jego książki, które mocno czerpią z tych mitologii, oraz „Pieśni Osjana” MacPhersona w tłumaczeniu Cesarottiego. Przeczytałem też wiele książek o Celtach, ponieważ – jak wspomniałem wcześniej – sam do nich należę. I być może to właśnie dzięki temu dziedzictwu, które we mnie płynie, które pochodzi z tych mgieł, tych smaganych wiatrem wybrzeży, tych wilgotnych, torfowych lasów, o nich piszę. Moi przodkowie, Duntowie, byli angielskimi, a raczej gaelckimi kasztelanami w Norfolk, przed przybyciem Normanów. Potem nastąpiło wygnanie spowodowane schizmą anglikańską, przeprawy przez ląd i wreszcie lądowanie w Ligurii: podróż, która sama w sobie jest sagą. Wierzę, że moja miłość do tych mitów wynika z tego starożytnego wspomnienia podróży, z poczucia przynależności do świata, w którym odwaga i przeznaczenie się przenikają. W nordyckich opowieściach jest nie tylko heroizm, ale także świadomość końca: sami bogowie wiedzą, że polegną w Ragnaröku, a jednak walczą do ostatniego tchnienia. To postawa, która jest mi bliska, ponieważ ostatecznie idealnie wpisuje się w filozofię stoicką, której jestem wyznawcą. Stoicyzm naucza, że przeznaczenia nie da się zmienić, ale można stawić mu czoła z godnością, umiarem, wewnętrzną siłą. Mity Północy mówią to samo, tylko językiem żelaza i mrozu: walcz wiedząc, że przegrasz, ale nie poddając się. Pisząc „Nowe Pieśni Erin”, „Cu Chulainn”, „Zmierzch bogów” czy „Beowulf”, nie opowiadam tylko o bitwach, ale o dramacie ludzkiego przeznaczenia: odwiecznej walce światła z cieniem, lojalności z rozczarowaniem. Ostatecznie te mity, tak odległe od Morza Śródziemnego, są bliższe, niż się wydaje: mówią o odwadze, stracie, obowiązku i cichej akceptacji nieuniknionego. Dlatego należą do mnie i być może ja, nieświadomie, należę do nich.

4. I.T.K. : Mówiąc o inspiracjach i Mistrzach, którzy stali się elementem kluczowym dla twej twórczości nie mogę nie wspomnieć o dwóch wielkich , niedoścignionych kolumnach sztuki poetyckiej czyli o Dante i Petrarce. Są dla ciebie ideałem, do którego starasz się dążyć?

M.D.: Dante i Petrarka… uwierz mi, w szkole nie było łatwo pisać wiersze i rozmawiać o nich z kolegami z klasy, biorąc pod uwagę moje nazwisko. Ale pomijając zabawną anegdotę, słusznie nazywasz ich filarami włoskiej poezji. Posunąłbym się nawet dalej: Petrarka jest u źródeł poezji europejskiej, nie tylko włoskiej. Jako ambasador niestrudzenie podróżował między Awinionem, Rzymem i wieloma innymi dworami, niosąc ze sobą nowy sposób rozumienia słowa poetyckiego. „Siał” poezję wszędzie i był uznawany za niedoścignionego mistrza. Długa fala petrarchizmu trwała przez wieki, obejmując Pietra Bembo – kardynała, który skodyfikował zasady metryki i niezliczonych innych, aż po Leopardiego, który pomimo odmiennego stylu, pozostaje mu wdzięczny za obrazy i wizje. I być może po części ja też, ponieważ jego nauka nigdy nie umarła, lecz wciąż rezonuje w samym języku, którego używamy do pisania. Dante natomiast jest wszechświatem samym w sobie. Jeśli Petrarka nadał poezji miarę serca, Dante nadał jej miarę kosmosu. Udowodnił, że poezja może pomieścić wszystko – teologię, filozofię, naukę, historię, miłość i ludzki ból, nigdy nie tracąc harmonii. Jest językiem totalnym, jednoczącym Niebo i Ziemię, język ojczysty z boskością, ciało z wiecznością. Nikt, przed nim ani po nim, nie osiągnął tak wiele. Powiedzmy, że Petrarka jest Mistrzem wnętrza, miary i porządku; Dante – wizji i odwagi, wznoszenia się, by znów ujrzeć gwiazdy. Nikt nie jest taki jak on: nieosiągalny. Pomiędzy tymi dwoma leży całe moje pojęcie poezji: nieustanne napięcie między rygorem a wolnością, między introspekcją a zawrotem głowy, między pieśnią a myślą.

5. I.T.K.: Najważniejszym z twych osiągnięć poetyckich jest z pewnością cykl złożony już z czterech tomów i zatytułowany „Canzoniere/ Bard” . Sam uważasz go za prawdziwy manifest twojej poetyki. Możesz nam przybliżyć to dzieło, które zdobyło już wiele prestiżowych nagród?

M.D.: „Il Canzoniere / Śpiewnik” to z pewnością hołd dla Petrarki, ale nie w sensie naśladownictwa. To raczej dialog na odległość, akt rozpoznania i jednocześnie odnowy. Nigdy nie chciałem napisać dzieła „na sposób”, ale raczej zaangażować się w tę samą ideę założycielską, która dała początek poezji współczesnej: ideę wewnętrznej podróży, ludzkiego i duchowego szlaku, który przemierza miłość, stratę, pamięć, wiarę i zwątpienie. Można go jednak także postrzegać, poza osobistym pamiętnikiem, jako poetyckie laboratorium, w którym zacząłem rozwijać pierwsze szkice nowych form metrycznych, nad którymi obecnie pracuję: sądzę , że poezja nie może istnieć ograniczona jedynie do form starożytnych. Zawsze wierzyłem, że tradycja nie jest klatką, lecz źródłem: nie chodzi o to, by ją zachować jak artefakt, lecz by ją ożywić, by pozwolić jej oddychać w teraźniejszości. W tym sensie „Canzoniere” stanowi dla mnie swoisty manifest mojej poetyki: poszukiwanie idealnej formy jako drogi do autentyczności, odrzucenie prozy przebranej za poezję, powrót do bezwzględnej muzyki języka. Nie wierzę w spontaniczność samą w sobie: wierzę w konieczność. Każde słowo musi rezonować, ponieważ nie ma innego słowa na jego miejsce. Do „Canzoniere” dołączają następnie „Rime extra vaganti”, które stanowią jego naturalne dopełnienie: razem osiągają symboliczną liczbę 14 233 wersów, czyli równą długości Boskiej Komedii, choć muszę przyznać, że nie użyłem tylko jedenastozgłoskowców, jak Alighieri. To nie przypadek, ale świadomy wybór, rodzaj idealnego hołdu dla Dantego, jakby ta liczba zamknęła koło otwarte wieki temu. Dla mnie reprezentuje ona formę pełni, poczucie, że każdy temat, każda forma, każdy metrum znalazło swoje miejsce. Mimo tych zabiegów, „Canzoniere” nie jest punktem docelowym: jest punktem wyjścia. To miejsce, w którym mój głos odnalazł swój prawdziwy wymiar, gdzie kunszt połączył się z wizją, technika z emocją. Jest tu liryzm i konstrukcja, wyznanie i refleksja. To żywe dzieło, w nieustannym dialogu z mistrzami i z czasem. Ostatecznie, tak właśnie wyobrażam sobie poezję: to okrężna podróż między pamięcią a inwencją, między wiernością a wolnością, między dźwiękiem a znaczeniem.

6. I.T.K.: Twoim najbardziej symbolicznym dziełem z tomu „Canzoniere / Śpiewnik” jest niewątpliwie „Spotkanie z Francesco Petrarcą”. To coś więcej niż hołd, to prawdziwy manifest, deklaracja twej poetyki. Czy chciałbyś o tym porozmawiać? Co jest dla Ciebie największym wyzwaniem i jaka jest prawdziwa esencja poezji?

M.D.: Masz rację: moje „Spotkanie z Francesco Petrarką” to coś więcej niż hołd. To w pewnym sensie mój poetycki manifest, wiersz, który podsumowuje wszystko, w co wierzę w odniesieniu do słowa, formy i misji poety. Wiesz, jest coś, czego nigdy nie powiedziałem: napisałem ten sonet jednym tchem, jak w transie. Słowa płynęły same, idealne, uporządkowane, bez konieczności poprawiania czegokolwiek. W końcu, ukończywszy go w bardzo krótkim czasie, przeczytałem go ponownie i pomyślałem: „O mój Boże, co ja zrobiłem?”. Nie było to uczucie dumy, lecz zawrotu głowy. Jakbym tego nie napisał, a jedynie otrzymał. Dlatego mówię, że nie ma imitacji, lecz rozpoznanie: spotkanie z Petrarcą w tym wierszu jest realne, niemal paranormalne. Zawsze wierzyłem, że wielcy poeci nigdy tak naprawdę nie umierają, ale pozostają zawieszeni w języku, jak częstotliwości, jak obecności, które przemawiają do nas słowami, które kochamy. Dla mnie Petrarka reprezentuje doskonałość języka poetyckiego: połączenie emocji i powściągliwości, pędu duszy i technicznej świadomości. I w tym symbolicznym spotkaniu, które jest zarówno snem, jak i wyznaniem, chciałem zmierzyć się z tym dziedzictwem, ale także je przekroczyć, wnosząc je w nasze czasy, nie zniekształcając go. Największe wyzwanie jest dla mnie zawsze takie samo: uwiecznić to, co ulotne, nadać pełną formę temu, co niewyrażalne. Poezja rodzi się z rany, ale musi stać się pieśnią, a pieśń, aby była prawdziwa, wymaga reguły, struktury, wierności językowi i prawdzie uczuć. Pisanie „Spotkania z Francesco Petrarcą” było w pewnym sensie uznaniem Mistrza i jednocześnie wyzwoleniem się od niego: aktem wdzięczności, ale i wolności. Uważam ten utwór za idealny sonet, płynny od początku do końca. Być może dlatego, że go nie „napisałem”: przyszedł do mnie sam.

7. I.T.K.: Jesteś człowiekiem, o którym można powiedzieć, że stałeś się „ucieleśnieniem poezji”. Ucieleśnieniem nie tylko jako jej autor, ale jako bardzo utalentowany i doskonały tłumacz dzieł Shakespeare’a, Catulla , Edgara Allana Poe… Czym jest dla Ciebie przekład literacki: to bierne odtworzenie tekstu w innym języku , czy raczej proces jego powtórnych narodzin, do którego przygotowujesz się z wielką uwagą?

M.D.: To definicja, która odbiera mi mowę i przyznaję, że naprawdę nie wiem, jak na nią odpowiedzieć. „Wcielenie poezji” to zbyt wzniosłe określenie dla kogokolwiek, a ktokolwiek potraktowałby je dosłownie, ryzykowałby utratę sensu poezji, która rodzi się z pokory i ciszy. Co najwyżej mogę powiedzieć, że jestem kimś, kto żyje poezją, kto pozwala jej zamieszkać w sobie. Nigdy nie zdecydowałem się pisać: to poezja w pewnych momentach mnie wybierała. A kiedy tak się dzieje, staję się bardziej kanałem niż autorem, jakby słowa przybyły w pełni ukształtowane z miejsca, którego nie znam, ale które rozpoznaję. Być może dlatego uwielbiam zanurzać się w dziełach innych. Tłumaczenie jest dla mnie aktem głębokiego słuchania, niemal formą oddania. Nie interesuje mnie „przenoszenie” tekstu z jednego języka na drugi, ale jego ożywienie, pozwolenie mu oddychać w moim języku, zachowując jednocześnie jego pierwotny puls. To tak, jakbym wszedł w głos innego poety i poczuł przez chwilę, że nasze dusze się przenikają. Kiedy tłumaczę, a raczej porządkuję dosłowne przekłady Shakespeare’a, Katullusa czy Arnauta Daniela, szukam muzyki, która je ożywiała, ich ducha. Nie szukam konkretnego słowa, ale rytmu myśli, wibracji, która ożywia wiersz nawet po wiekach. Ostatecznie poezja, podobnie jak przekład, jest właśnie tym: umiejętnością przywrócenia do życia czegoś, co wydawało się skończone. Jeśli ktoś postrzega mnie jako „wcielenie poezji”, to być może czuje tylko to: że przez wiele lat poezja nie była już tym, co robię, ale tym, czym jestem.

8. I.T.K.: Masz wyjątkowy kunszt poetycki, za który jesteś bardzo ceniony. Z tego powodu stałeś się także wysoko notowanym jurorem w wielu prestiżowych konkursach poetyckich, których ranga jest niezachwiana w panoramie ważnych wydarzeń literackich. Czym jest dla Ciebie działalność jurora i jak podchodzisz do oceniania utworów konkursowych?

M.D.: Zaproszenie do jury to zawsze zaszczyt, ale i wielka odpowiedzialność. Ocenianie cudzej poezji oznacza pełne szacunku wkraczanie na święte terytorium: terytorium duszy innej osoby. Każdy tekst, nawet najdelikatniejszy, jest owocem autentycznej potrzeby i dlatego należy go uważnie słuchać. Jednocześnie jednak zadanie jurora jest trudne: trzeba odróżnić szczerość od naiwności, dociekliwość od pozerstwa, prawdziwy głos od hałasu. Początkowo podchodziłem do tego z entuzjazmem, zawsze starając się wydać sprawiedliwy i uzasadniony osąd. Z czasem jednak zdałem sobie sprawę, że liczba wierszy pisanych „na konkurs” rosła nieproporcjonalnie, a dbałość o słowo, studiowanie i świadomość wiersza malały. Czytałem tak wiele słów rzucanych na papier bez miary, bez konieczności, jakby samo wyznanie wystarczyło, by stworzyć poezję. Prawda jest taka, że poezja nie rodzi się z potrzeby wyrażania siebie, ale z potrzeby przekształcenia tego, co się czuje, w formę, harmonię i piękno. A to wymaga czasu, pokory i wysiłku: trzech rzeczy, które stają się coraz rzadsze. W pewnym momencie postanowiłem się wycofać: nadal czytam i wspieram tych, którzy piszą, ale nie biorę już udziału w jury. Poezja to dla mnie pole wolności, a nie konkurs. A moim obowiązkiem dzisiaj nie jest ocenianie, lecz zachowanie, w miarę moich możliwości, głębokiego znaczenia tej formy sztuki, którą kocham ponad wszystko.

9. I.T.K.: Charles Bukowski powiedział: „Czy spodziewasz się znaleźć poezję w czasopiśmie poetyckim? To nie jest takie proste”. Podążając za tym tokiem myślenia, czy uważasz, że poezją powinni zajmować się tylko ludzie posiadający wykształcenie z tej dziedziny? Czy według Ciebie dobra poezja łączy się zawsze z posiadaniem wyuczonych podstaw klasycznych, że potrafi wzrosnąć także na ugorze w sposób całkowicie spontaniczny?

M.D.: Wierzę, że poezja nie ma ojczyzny ani tytułów akademickich. Ja sam, jak wiesz, jestem wszystkim, tylko nie uczonym, specjalistą. Jestem samoukiem, niczym więcej i niczym mniej niż Montale (księgowy) czy Quasimodo (mierniczy)… Nie, nie twierdzę, że jestem im równy. Poezja rośnie, gdziekolwiek zechce, jak kwiat wśród kamieni i często zaskakuje nawet tych, którzy ją piszą. Może zrodzić się z chłopca, który nigdy w życiu nie przeczytał ani jednego wersu, a jednak czuje w sobie rytm świata. Prawdziwa poezja to nie zawód, lecz stan bycia. To powiedziawszy, talent to jednak nie wszystko. Jak dzika roślina, może bujnie rosnąć, ale jeśli się jej nie pielęgnuje, pozostaje bezkształtna. Inspiracja to dopiero początek, a potem potrzebna jest wiedza, czytanie i studiowanie wielkich mistrzów, bo tylko w ten sposób można naprawdę zrozumieć moc i miarę słowa. Nie po to, by naśladować, ale by zrozumieć, jak działa piękno. Bukowski miał rację: „prawdziwą poezję niekoniecznie można znaleźć w czasopismach poetyckich”, bo często jest gdzie indziej, ukryta w zwyczajnym życiu, w milczeniu tych, którzy nie publikują,ale nawet on, który wydawał się anarchistą, był instynktowny i miał wyrafinowany słuch muzyczny. Miał poczucie rytmu i słowa, dwóch rzeczy, których nie dało się improwizować. Był wolny, bo znał język własnego świata. Poezja jest przecież jak ogień: może zapłonąć spontanicznie, ale tylko ci, którzy wiedzą, jak go kontrolować, mogą utrzymać go przy życiu. Bez wiedzy gaśnie w mgnieniu oka, z nadmiarem teorii przestaje płonąć. Prawda leży gdzieś pośrodku: dusza, która czuje i umysł, który pracuje, by nadać jej formę. Dlatego nie wierzę, że poezja należy do wykształconych, ani tylko do natchnionych. Należy do tych, którzy służą jej z pokorą i oddaniem. Dobra poezja jest zawsze produktem równowagi między instynktem a kulturą, między oddechem a dyscypliną, między płomieniem a umiarem.

10. I.T.K.: Znając twe uwielbienie do klasyki, powiedz mi, jaki jest twój stosunek do literatury współczesnej? Co sądzisz o najnowszych tendencjach, o eksperymentowaniu ze słowem, stylistyką i nowymi formami przekazu? To chaotyczny bełkot czy podłoże dla nowych geniuszy pióra?

M.D.: Uważam, że literatura współczesna to rozległa, choć bardzo zagmatwana dziedzina. Żyjemy w czasach, w których wszyscy piszą, a niewielu czyta, a to nieuchronnie zmieniło samo postrzeganie poezji. Kiedyś ludzie pisali z wewnętrznej potrzeby, a dziś zbyt często, by ich dostrzec. Nie potępiam eksperymentów jako takich, bo w istocie, wszelka prawdziwa innowacja pochodzi od tych, którzy się odważą, ale zauważam, że wiele z „poezji eksperymentalnej” to jedynie pretekst do ukrycia braku treści, rytmu i muzyki. To rozdrobniony, często wręcz niezrozumiały język, który myli dysonans z głębią. Wierzę, że słowo, nawet w nowoczesności, musi zachować swoją godność i piękno. Eksperymentowanie nie oznacza niszczenia, lecz poszukiwanie nowych ścieżek w formie, która pozostaje rozpoznawalna. W przeciwnym razie nie mówimy już o poezji, lecz o ćwiczeniach językowych. Problemem nie jest nowość, ale utrata poczucia granic. Wszyscy wielcy poeci, od Dantego do Montalego wprowadzali innowacje, ale czynili to w ramach pewnych ram, znając je i opanowując. Dziś wielu pragnie na nowo odkryć język, nigdy go tak naprawdę nie znając. To powiedziawszy, nie wszystko, co nowoczesne, jest jałowe. Są młodzi autorzy, którzy potrafią wykorzystać współczesne środki – sieć, głos, grę muzyki czy obrazów – aby przywrócić poezji jej pierwotną funkcję: przemawianie do ludzkiego serca. Ale aby to się stało, słowo musi odzyskać swoją wagę, swoją ciszę, swój oddech. Prawdziwa rewolucja nie polega na łamaniu form, lecz na przywróceniu słowu jego prawdy. Dla mnie zatem współczesność nie jest wrogiem, lecz poligonem doświadczalnym. Pośród chaosu autentyczne kwiaty wciąż mogą rozkwitać, ale trzeba je rozpoznać, bo dzisiejszy hałas w tle jest ogłuszający. Dlatego po latach postanowiłem opublikować własny manifest, „Trobar Novo”, aby powiedzieć, że forma jest nierozerwalnie związana z treścią i że treść może znaleźć swoje największe znaczenie, swoje najpełniejsze piękno jedynie poprzez formę.

11. I.T.K.: No właśnie , w trakcie kariery literackiej stworzyłeś projekt o nazwie „Trobar Novo”, który oferuje kompleksowe ramy do dalszego rozwoju badań. Czy zechciałbyś o nim porozmawiać?

M.D.: Trobar Novo narodziło się jako ponowne założenie. Po latach studiów, zgłębiania klasyki i pracy nad językiem poczułem potrzebę nadania nazwy mojej podróży, wyznaczenia kierunku. „Trobar” w języku oksytańskim oznacza „znaleźć”, ale także „wynaleźć”: to rdzeń słowa „trubadurzy”. Wierzę zatem, że dzisiejsi poeci muszą powrócić do poszukiwania, nie w sensie odkrywania czegoś nowego za wszelką cenę, ale na nowo odkrywania prawdy słowa, jego miary, utraconej świętości. Trobar Novo to moja odpowiedź na chaos współczesnego języka. To próba przywrócenia poezji formy jako nośnika treści, a nie ozdoby, bo piękno bez struktury się rozpływa, a forma bez duszy jest jedynie sztuczką. W Trobar Novo tradycja i eksperyment współistnieją: pierwsza stanowi korzenie, druga – życiodajną siłę. Nie jest to nostalgiczny powrót do przeszłości, lecz świadoma ciągłość z nią. Zawsze wierzyłem, że poezja jest domem: nie zamieszkuje się go, burząc, lecz otwierając nowe pomieszczenia. Dlatego w mojej twórczości starałem się tworzyć nowe formy, takie jak rondo Pindara, przerobione sestyny, złożone schematy pieśni nie dla wirtuozerii, lecz z ekspresyjnej konieczności. Każda struktura jest sposobem na uporządkowanie chaosu uczuć, nadanie treści temu, co w przeciwnym razie pozostałoby niewypowiedziane. Trobar Novo jest zatem ścieżką, zaproszeniem dla piszących, by na powrót postawili słowo, muzykę, miarę w centrum i uczynili to świadomie. Tylko w ten sposób poezja może powrócić do tego, czym była pierwotnie: być aktem wiedzy, a jednocześnie miłości.

Włochy, październik 2025

Poprzedni artykułJanusz Paluch – Złe duchy Polski
Następny artykułKalina Izabela Zioła – Rudy Alfonzo Gomez Rivas