Strona główna Rok 2025 Nr 599 Franciszek Czekierda – Wyimki z księgi żywota

Franciszek Czekierda – Wyimki z księgi żywota

0
74
Franciszek Czekierda

WYIMKI Z KSIĘGI ŻYWOTA

Każdy dzień zapisuję na jednej stronie księgi żywota w różny sposób: pracą, rozmowami, słuchaniem, czytaniem, przemyśleniami, marzeniami, wspomnieniami, uczuciami, odczuciami itp. W ten sposób zostawiam ślad – czy tego chcę, czy nie – w miejscach, gdzie przebywam i w pamięci ludzi. Czasem w ich sercach. Poniżej pragnę przedstawić kilka wybranych fragmentów stronic z rozdziałów poświęconych czytaniu, słuchaniu, rozmowom i refleksjom.

LUBIĘ SWOJE WADY…”

Dawno temu przeczytałem w gazecie wypowiedź dość znanej córki słynnego polskiego twórcy: „Zdaję sobie sprawę ze swoich wad, niedoskonałości, ale lubię siebie. Lubię swoje wady, swoje zacietrzewienie, swój upór. Lubię swoje kaprysy, bo one też są częścią mnie. Nawet swoje lenistwo. Ja po prostu dobrze się czuję w swojej skórze”.

Pomyślałem: „Nic, tylko zazdrościć. Szczęśliwy jest człowiek lubiący własne wady, ściślej: szczęśliwy po pascalowsku, ku zawstydzeniu rozumu”. Po chwili naszła mnie inna refleksja: „Taka osoba ma i będzie miała poważne kłopoty z osiągnięciem minimalnego poziomu dobrostanu społecznego. Bo jeśli się lubi własne wady, po cóż się ich pozbywać? Nikt łatwo nie rezygnuje z tego co lubi, nawet jeśli to coś jest niewłaściwe. Zawsze podziwiałem ludzi zadowolonych z siebie. Taki ktoś musi być wyjątkowym człowiekiem, albo ignorantem w kwestii samooceny i znajomości podstaw psychologii.

W dalszej części wypowiedzi córki słynnego twórcy przeczytałem: „Sam fakt bycia dzieckiem kogoś znanego nie świadczy jeszcze o niczym”. Stwierdzenie to dało mi okruch nadziei, że chyba nie jest z nią aż tak źle, jak myślałem na początku.

Swoją drogą nie zazdroszczę losu dzieciom sławnych ludzi. Rzadko się zdarza, że osiągają sukcesy podobne do sukcesów rodziców, a wyjątki jedynie potwierdzają regułę, jak w przypadku Johanna Strauss’a, Aleksandra Dumas’a, Witkacego, czy Boy’a.

SPOTKANIE W ŁOPUSZNEJ

Słuchałem audycji radiowej z okazji kolejnej rocznicy śmierci księdza Józefa Tischnera. W Łopusznej, miejscu zamieszkania filozofa, kilka lat po jego śmierci, odbyło się spotkanie z kolegami Józka, jak o nim mówili. Wiele osób wspominało go czule i z rozrzewnieniem. W pewnej chwili niejaki Maziarz, rówieśnik Tischnera, powiedział zdecydowanym głosem: „Cała ta jego filozofia to jest moja nauka”. Zebrani lekko się skonsternowali. Po spotkaniu jeden z jego uczestników powiedział reporterowi:

– Maziarz miał rację, bo górale zawsze mieli swoje podejście do życia, swoją filozofię.

Nie dezawuując wypowiedzi Maziarza, przypomnę tylko starą prawdę, że co innego jest mieć „swoją naukę” w głowie, co innego sformułować ją w mowie, a zupełnie czymś innym jest jej zapisanie. Przypuszczam, że gdyby ten góral miał pełną tego świadomość wątpię, czy poważyłby się na taką konstatację. Z drugiej strony na tym właśnie polega mądrość zwykłych ludzi, którzy nie obawiając się kompromitacji, mówią prosto z mostu swoje prawdy.

DZIĘKUJĘ I O NIC NIE PROSZĘ

Po śmierci Ireny Kwiatkowskiej (2011) dyrektor teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, Krzysztof Orzechowski, wspominał, jak pewnego razu zagadnął aktorkę za kulisami teatru na godzinę przed spektaklem. Kwiatkowska stojąc, była skupiona. Wydawało mu się, że przygotowywała się do jednego ze swoich ostatnich występów. Podszedł do niej.

– Dlaczego pani tak wcześnie przyszła? – zdziwił się.

– Żeby mi nikt nie przeszkadzał. – Po chwili uzupełniła: – Modlę się. Teraz modlę się tylko dziękując Bogu. Ludzie zawsze o coś proszą. Ja dziękuję i o nic nie proszę.

ZOSTAŃ JESZCZE, CHCĘ POROZMAWIAĆ

Człowiek mieszkający samotnie potrzebuje kontaktu z ludźmi, szczególnie pragnie bezpośredniej rozmowy. Truizm. Czasem odwiedzam taką osobę. Sędziwą. Dotykam wówczas żywej tkanki osamotnienia i wprasowanego weń cierpienia. Nie zważam na ciągłe narzekania, na powtarzające się wspomnienia. Ważne, żeby poświęcić jej swój czas. Kiedy ostatnio byłem u niej i pod koniec wizyty szykowałem się do wyjścia, usłyszałem:

– Zostań jeszcze, chcę porozmawiać, bo nie mam z kim…

CZTERYSTA ZŁOTYCH

W dużym centrum handlowym podszedłem do bankomatu, by wyjąć pieniądze. Musiałem jednak poczekać, ponieważ jakaś starsza pani długo przy nim stała. Naciskała guziki, lecz automat nie reagował. Wreszcie zniecierpliwiona odeszła. Podszedłem do urządzenia. Z jego szczeliny wystawały dwa dwustuzłotowe banknoty. Wziąłem je, odwróciłem się i zobaczyłem kobietę w pewnej odległości przy ławce. Wkładała portfel do torebki i zbierała się do wyjścia. Na jej twarzy rysował się smutek. Podszedłem.

– Proszę pani, to pani pieniądze z bankomatu – oddałem jej dwie dwustuzłotówki.

Była zmieszana.

– Myślałam, że jeszcze nie wysłali mi emerytury…

– Niech pani za wcześnie nie odchodzi od bankomatu.

Skierowała się do wyjścia. Nie podziękowała, lecz nie miałem do niej o to pretensji. Na pewno była szczęśliwa z odzyskanych pieniędzy, choć tego nie okazała.

TRZY KIELICHY

Na półce regału w mieszkaniu przyjaciół zauważyłem trzy duże kolorowe kielichy ze szkła, w jednym stylu, ale każdy w innym deseniu. Byłem u nich wielokrotnie, ale dopiero teraz je zauważyłem. Zapytałem o nie.

– W prezencie ślubnym otrzymaliśmy sześć kielichów od sześciu moich kolegów. Każdy kupił po jednym – odpowiedział przyjaciel. – Trzy kielichy się stłukły, a trzy, jak widzisz, stoją. Minęło ponad trzydzieści lat, trzech kolegów od tych kielichów zmarło…

Przeszedł mnie dreszcz. Chciałem powiedzieć, żeby chronili te pozostałe, ale nie byłem w stanie nic z siebie wykrztusić.

LUBIĘ SŁUCHAĆ LUDZI

1.

Przy filmie Uczennica (1982) pracowałem z Magdą Dipont, dekoratorką wnętrz. Film opowiadał historię harcerki w czasie okupacji niemieckiej. Bohaterka została aresztowana i uwięziona na Pawiaku, potem zginęła w obozie zagłady w Auschwitz. Klimat filmu nastrajał do rozmów o czasach II wojny światowej. W przerwie zdjęć pani Magda opowiedziała mi następującą historię:

„Moja matka przez całe życie była osobą niezaradną. Nie potrafiła załatwić najprostszych spraw. Podczas okupacji ojciec został aresztowany przez Niemców i wywieziony do obozu w Oświęcimiu. Matka napisała podanie do jakiegoś urzędu w Berlinie z prośbą u uwolnienie męża, podając m.in. uzasadnienie, że ma małe dziecko [tym dzieckiem była siostra Magdy, Małgorzata, późniejsza krytyczka filmowa, żona Jerzego Kawalerowicza]. Po pół roku została wezwana do Gestapo na Al. Szucha. Jakiś oficer oświadczył jej, że zapadła decyzja u uwolnieniu męża. Chodziła tam jeszcze wiele razy i po kilku miesiącach mój ojciec został wypuszczony na wolność”.

Historia niewiarygodna; niezaradna osoba, która legalnie uwolniła męża z obozu zagłady, z rąk hitlerowskich oprawców. Były to rzadkie przypadki, które w początkowym okresie okupacji się zdarzały.

2.

Pani Stenia, portierka i sprzątaczka w Studio Opracowań Filmów, opowiedziała mi następujące zdarzenie:

„Miałam 29 lat. Mąż leżał w szpitalu na Wołowskiej. Odwiedziłam go z bratem. Po wizycie wracaliśmy do domu. W tramwaju na równej podłodze potknęłam się trzy razy, raz aż uklękłam na jedno kolano.

– Co się z tobą dzieje? Sił nie masz? – zdziwił się brat.

Zauważyła to stara wiejska baba trzymająca na kolanach kosz pełen jaj.

– Panienka ze szpitala? – zagadnęła.

– Tak.

– Oj, wyniesiesz ty kogoś z tego szpitala – rzekła współczująco.

Nie przejęłam się jej słowami, pomyślałam tylko: «Co ta stara baba plecie».

Po kilku dniach zostałam wdową”.

3.

Dawno temu pracowałem z panią Aliną, która była moją zastępczynią. Współpraca układała nam się dobrze. Jednak pewnego dnia posprzeczaliśmy się o jakiś drobiazg, powiedziałem jej wówczas, że jest krnąbrna. Nie pamiętam, co mi odpowiedziała, ale dobrze zapamiętałem jej dalszą wypowiedź:

– Dzięki tej krnąbrności żyję. We wrześniu 1939 roku, gdy miałam dwa lata, cała moja rodzina schroniła się przed nalotami u ciotki na Czerniakowskiej. Ukrywaliśmy się w dużej piwnicy. W trakcie nalotu niepostrzeżenie wybiegłam na ulicę. Matka pobiegła za mną. W tym momencie bomba spadła na budynek, którego mury przygniotły piwnicę. Wszyscy w niej zginęli. Z matką w ten sposób cudem uratowałyśmy się”.

LISTA

Wiele lat temu szukałem pracy, co trwało pół roku. Dojmujące dni, tygodnie i miesiące bezrobocia. Sporządziłem wówczas listę około pięćdziesięciu nazwisk znajomych. Przygotowując ją na podstawie notatnika telefonicznego, wybierałem osoby, co do których miałem nadzieję, że mi pomogą. Pamiętam moment, gdy zakończyłem przepisywanie nazwisk. Zastanawiałem się jeszcze nad jednym, bo miałem wątpliwości, czy ta osoba jest w stanie mi pomóc. Byłem przekonany, że nie, lecz po namyśle dopisałem ją na końcu listy. Potem cierpliwie dzwoniłem do każdego znajomego i umawiałem się na spotkanie. Wiadomo, że takie rozmowy nie należą do przyjemnych, ponieważ człowiek poszukujący pracy jest niechcianym petentem. Ci, wobec których miałem największe nadzieje i oczekiwania, zawiedli, albo obiektywnie nie mogli pomóc. Po pewnym czasie okazało się, że osoba z ostatniego miejsca listy przyjęła mnie do pracy. Sprawdziły się tu dwa powiedzenia, że nigdy nie jest tak, jak się wydaje, że jest oraz że ostatni będą pierwszymi. Ten dopisany człowiek, co do którego miałem wątpliwości, znalazł się na pierwszym miejscu w mojej wdzięcznej pamięci.

ZASYPIANIE

Po męczącym dniu kładę się spać. Próbuję zasnąć, zastanawiając się nad momentem zasypiania. Właściwie myśli nachodzą mnie same, bez udziału woli. Dopada mnie lęk. Jest to dziwny moment egzystencjalny: jestem i mnie nie ma. Za chwilę… pstryk, był byt, jest niebyt. Niebyt pozorny. Czasem kusi mnie, aby poddać analizie moment przechodzenia ze świata świadomości do świata sennej półświadomości (nieświadomości?), ale obawiam się, że mógłbym nie usnąć. Rezygnuję więc z tego pomysłu. Niekiedy bawię się tą enigmatyczną chwilą, niczym czarodziejską kulą, nie roztrzaskując jej o kant rzeczywistości. Zerkam do jej środka przez grubą warstwę szkła. Jak wiadomo szkło zafałszowuje rzeczywisty obraz. Widzę więc niewyraźne balansowanie na granicy jaźni i jawy do bólu w głowie. Po chwili następuje uśmierzenie, zamroczenie snem.

ZA KULISAMI FESTIWALU

Byłem kilka razy na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Spotykają się tu twórcy, aktorzy, producenci, dziennikarze, obserwatorzy, oficjele, kinomani i inni goście. To, co się dzieje za jego kulisami (myślę o kulisach dostępnych dla wszystkich uczestników), rokrocznie się powtarza: między projekcjami ludzie wolno chodzą po foyer Teatru Muzycznego i rozmawiają. Znajomi tworzą małe lub większe grupki. Rozmawiający rzadko patrzą sobie w twarz, rozglądają się, by broń Boże nie przegapić kogoś ważnego. I żeby ktoś ważny mógł ich dostrzec. Jeśli jakiś uczestnik grupki zauważy w innym miejscu znajomą osobę wyżej postawioną w hierarchii filmowej lub społecznej, porzuca swoje towarzystwo i kieruje się w jej stronę. Kolejna obserwacja: niemal wszyscy gadają, mało kto słucha. Czy ich zachowanie jest naganne? Nie wiem. Nie chcę uogólniać. Podchodzę do tego z dystansem, pobłażliwie. Oczywiście sytuacje te nie dotyczą wszystkich, bo są uczestnicy zachowujący się kulturalnie, jeśli można tak powiedzieć. Wspomniane zachowania niektórych, wypełniające kryteria definicji snobizmu i próżności, wydają się stanowić mały koszt ich aktywności, który ochoczo ponoszą.

Mogę przypuszczać (przypuszczenie graniczące z pewnością), że podobne sytuacje występują także na innych, niekoniecznie artystycznych, spotkaniach i forach, rzecz jasna z inną intensywnością.

CZTERY PUNKTY WIDZENIA

Dopiero po pewnym czasie spostrzegłem, że moi starsi o pokolenie bliscy różnie nazywali okres od 1939 do 1945 roku. Ojciec, który był partyzantem w przemyskim obwodzie AK, wspominając (niechętnie) ten czas, mawiał: „w czasie wojny”. Z kolei mama, przeżywszy zesłanie, powtarzała: „na Sybirze”. Działań wojennych nie znała, ponieważ w lutym 1940 roku wywieziono ją z rodziną z kresów w głąb ZSRR. Przebywała w Sowrudniku koło Jenisiejska do 1944 roku; dwa lata przy wyrębie tajgi i dwa lata w kopalni złota. Do Polski wróciła dopiero rok po wojnie. Natomiast teściowa, mająca w tym czasie kilkanaście lat, nazywa ten okres „za okupacji”. Jej rodzina mieszkała na Podlasiu. Podobnie jak rodzina teścia, który służył w AK, a kiedy z tych okolic zostały wyparte oddziały niemieckie, wstąpił do II Armii Wojska Polskiego. Opowiadał ze swadą i humorem o żołnierskim życiu i walkach na froncie.

W jednej rodzinie funkcjonują (tzn. funkcjonowały, bo żyje tylko teściowa) cztery różne określenia tego samego okresu. Odmienne punkty widzenia, a co się z tym wiąże różne narracje, ponieważ każda z tych osób przeżyła wspomniany czas w innych warunkach i środowiskach: politycznych, społecznych i geograficznych. Jakże szeroki wachlarz tragicznych polskich losów w jednej familii. Dlatego nie dziwię się, że te same fakty historyczne są często tak różnie interpretowane.

SIERPNIOWY WIECZÓR

Było to w czasie, kiedy moje dzieci uczęszczały do pierwszych klas podstawówki. Odwiedziliśmy mojego ojca w wiejskim domu. Wieczorem usiadłem przy kuchennym stole obok okna, spoglądając w dal. Za domostwami dziadka Jędrzeja Czekierdy i Sewera Momockiego zachodziło czerwone słońce zwiastujące dobrą pogodę. Było jeszcze widno. Na podwórku przed domem od strony sąsiada Gołuchowskiego kłębił się gwarny rój dzieci. Z drugiej strony domu, pod naszymi oknami, bawiły się moje dwa szkraby. Potem biegały po długiej sieni ciągnącej się na przestrzał domu. Z dala dochodziły poszczekiwania psów. Za siatką ogradzającą podwórze obserwowałem sąsiada Mrukowicza idącego wolno w stronę „Betlejem”, czyli do nowych wielorodzinnych budynków, gdzie mieszkała jego córka, Basia z mężem.

Był to zwykły sierpniowy wieczór, tyle tylko, że w miejscu mojego dzieciństwa. Niby nic się nie działo. Dla mnie jednak działo się wiele. Pomyślałem wówczas: „Taki wieczór mógłby trwać i trwać…”.

RADOŚĆ – SZCZĘŚLIWICE – WESOŁA – DOBRE

Na Szczęśliwicach odwiedziłem rodzinę, następnie pojechałem do Radości. Stamtąd przez Wesołą do Dobrego (w pobliżu mam działkę). A ludzie mówią, że jest smutno i źle.

ZAKOŃCZENIE

Przez lata księga żywota pęcznieje od tysięcy zapisanych dni. Jeżeli na jakiejś kartce coś źle zanotowałem, nie mogę jej wyrwać, najwyżej mogę wprowadzić korektę na kolejnej karcie następnego dnia. Przyjdzie jednak taki moment, że zapiszę ostatnią stronę. Wyobrażam sobie ów dzień: chciałbym jeszcze, ale brakuje kartek. Czas się wypełnia nie tak śpiewnie, jak w elegijnym wierszu, w którym „wypełniły się dni”. Niewidzialna siła zamyka okładki. Wezmę wówczas swój tom na skrzydła duszy, będę długo wędrował po schodach przestworzy, po czym zostawię go w niebieskiej Bibliotece. Tu pewien tajemniczy Czytelnik, Pierwszy i Ostatni, zapozna się z jego treścią. Fabuła nie musi być intrygująca, a forma ujmująca, księga nie musi też mieć bogato zdobionych okładek. Promocja nie jest brana pod uwagę. Będę cierpliwie antyszambrował w przedpokojach na recenzję. Skóra z pewnością mi ścierpnie w niepewnym oczekiwaniu. Czekam z nadzieją, młodszą siostrą wiary. Jeśli u Czytelnika księga znajdzie upodobanie, pozostanie dziełem wiecznym na Jego półkach. Wierzę, że zostanę wezwany do czytelni głównej na spotkanie autorskie. Pogłoski mówią, że po spotkaniu będzie cudowna uczta. Książki innych autorów, które nie znajdą uznania u Pierwszego i Ostatniego, pójdą na przemiał. Co z ich autorami? Bóg raczy wiedzieć.

Franciszek Czekierda

Poprzedni artykułStefan Jurkowski – A ja bym Ci nieba przychylił…
Następny artykułRekomendacje książkowe z Biesiady Literackiej SPP