20 sierpnia 2025
List z Gdańska – jak nie zarządzać kulturą w wielkim mieście kulturą
Zauważyłem, że Gdańsk w sferze zarządzania kulturą specjalizuje się w tworzeniu bytów równoległych. Co mam na myśli? A to, że tworzy się ciała, których członkowie nie pochodzą z samorządnych ciał. Przykładem tego może być sfera literatury. Istnieją organizacje pisarskie SPP, ZLP, kluby pisarskie, pisma literackie (wszystkie jak wiadomo zarządzane i finansowane samorządnie), ale nikt z tych struktur nie jest zapraszany do ciał tworzonych przez administracyjne władze miasta. Ani w potworkach takich jak Gdańska Miasto Literatury, Dom Literatury, ani w oficjalnych ciałach, takich jak Rada Kultury przy Prezydentce Miasta Gdańska nie znajdzie się przedstawicieli władz tych statutowych organizacji pisarskich, a tym bardziej niezbyt licznych pism literacko-kulturalnych. Za tych “złych” dawnych czasów w takich Radach Kultury z klucza byli obecni prezesi lub kierownicy tych organizacji, redaktorzy naczelni pism, kierownicy klubów kultury (na dzisiejsze czasy to np. NCK) a jeśli nawet nie, to z klucza byli zapraszani na narady tych oficjalnych ciał.
O co chodzi? To proste. Dla przykładu obecna Rada Kultury w Gdańsku to są osoby (pewnie wspaniałe) nominowane poprzez aktualne władze miasta. I tylko od nich zależne. A zatem łatwiej nimi manipulować, czy kierować, czy po prostu przekonywać do dogodnych dla tej władzy decyzji. Zaproszenie (dla przykładu) prezesa gdańskiego SPP to wchodzenie w dialog z ciałem samorządnym, a te są znacznie mniej sterowalne (bo prezes SPP musi wykonywać wolę samorządnych pisarzy, którzy go wybrali, a nie “samorządnej” władzy urzędników). Ten pomysł z tzw. Domem Literatury (z wielomilionowym finansowaniem którym sama się chwali ta organizacja) bez przedstawicieli organizacji pisarskich, to ten sam przypadek: można tam działać nie kierując się wolą pisarzy (samorządnie zorganizowanych). Hulaj dusza! Kto nam podskoczy? To my mamy kasę. Jest jeszcze jedno wytłumaczenie dla takiej polityki, po prostu Miasto ma w pogardzie te “całe stowarzyszenia, gazetki, kluby”, co chcą mieć wpływ i tylko przeszkadzają we wspaniałej polityce kulturalnej. Mamy swoich ludzi, zaimportowanych a to z Wrocławia, a to z Krakowa, a to z Warszawy, którzy stworzą nam tutaj w Gdańsku lepsze środowisko pisarskie, a Ci którym się to nie podoba niech się kiszą w swoich trójmiejskich, gdańskich stowarzyszeniach, klubach i redakcjach. Nie chcę w tej chwili rozwijać tego tematu, ale niepokojące są podobieństwa polityki kulturalnej w Krakowie i Wrocławia, tak jakby Gdańska nie było stać na własną, oryginalną.
Oczywiście, są programy finansujące kulturę, w tym literaturę i pisarzy. Urząd Miasta Gdańska rozdziela łaskawie stypendia, nawet po 2 tysiące przez 3 lub 6 miesięcy. Ale czy to jest efektywne finansowanie? Pisarze dwudziestolecia międzywojennego (gdy państwo było znacznie uboższe) otrzymywali stypendia, które pozwalały im żyć i tworzyć np. w Paryżu przez rok i dłużej. A i po wojnie było tak, że pisarz otrzymywał dwuletnie stypendia pozwalające na rezygnację z innych zajęć niż pisarstwo. Ale tu, u nas w Gdańsku, można dostać wsparcie na projekt pisarski, ale o nie, Broń Panie Boże, nie na wydanie książki, można dostać tylko na promocję. Jaki efekt? Podejrzewam mało konstruktywny.
Mało kto wie, że w naszej okolicy, a dokładnie w Kątach Rybackich tworzy się największe pismo literackie w Polsce – www.pisarze.pl. Ma kilkadziesiąt tysięcy odsłon miesięcznie, nie ma większego forum pisarskiego w Polsce. Rola upowszechniająca, ale też i edukacyjna tego tygodnika jest nie do przecenienia. Ale nie, nie, jak ktoś myśli, że wychodzi dzięki wielkodusznemu finansowanie przez państwo lub samorząd, lub struktury miejskiej władzy, to się myli. Utrzymuje się wyłącznie dzięki wysiłkowi redaktora naczelnego pisma. Niby to nie ma nic wspólnego z głównym tematem tego tekstu – nieefektywnością polityki kulturalnej w Gdańsku, ale gdyby pomyśleć, że te wielomilionowe finansowanie tzw. gdańskiego Domu Literatury w części choć przeznaczyć na takie właśnie projekty jak www.pisarze.pl, to żylibyśmy w kraju, gdzie kultura, ta najbardziej wyrafinowana, miałaby się znacznie lepiej.
A gdyby tak pomarzyć, aby w Gdańsku istniało pismo kulturalno-literackie z normalną redakcją i siedzibą, w którym płaci się godziwe choć skromne honoraria, są wszak na to pieniądze (właśnie np. lokowane teraz w Dom Literatury), jest dobra merytoryczna baza, np. istniejące pisma Słowo i dwumiesięcznik Migotania. Niech ktoś nie myśli, że np. za słowem redakcja w piśmie literackim Słowo kryje się jakiekolwiek miejsce, gdzie można się udać i porozmawiać z redaktorami, pracują w prywatnych doraźnie organizowanych miejscach. Migotania maja adres prywatny redaktora naczelnego, przypadek? Bliza miała swoją siedzibę, ma swoją redakcję pismo Kuczkowskiego, ale pierwsze to Gdynia, a drugie z rodowodem sopockim, ale obecnie finansowane przez Ministerstwo Kultury. Miasto Gdańsk stać na wielomilionowe inwestycje na Dom Literatury, a nie stać na finansowanie pism literackich? Mieszka u nas kilkadziesiąt zawodowych pisarzy, jest uniwersytet, kluby poetyckie, stale działające grupy literackie. Ale z tego co się orientuję Miasto postawiło na importowanych działaczy a to z Krakowa, a to z Warszawy lub Wrocławia.
Póki co jednak, jak mnie kompetentnie poinformowano, ów Dom Literatury, gdy miał wystąpienie publiczne, niewiele zrobił, aby powiadomić o tym np. SPP, ZLP i w ogóle pisarzy, a też organizacje dziennikarskie.
To właściwie, komu ma służyć ten wspierany i finansowany przez Miasto Dom Literatury. Dodam jeszcze pytanie: a komu Rada Kultury prze Urzędzie Miasta Gdańsk?
Nie tylko w sferze literatury dzieje się wiele niepokojących zmian. Również w dziedzinie sztuk wizualnych. Otóż postanowiono połączyć dwie instytucje: Gdańskiej Galerii Miejskiej i Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia. Ma powstać jedno ciało. By, jak to piszą urzędnicy Miasta, stworzyć instytucję bliską artystom i mieszkańcom – otwartą, profesjonalną i inspirującą. To działanie prowadzone w dialogu ze środowiskiem twórczym, z troską o jego potrzeby i myślą o tym, by sztuka współczesna była jeszcze bardziej obecna w życiu miasta. Moje doświadczenie mi mówi, że scalanie, ujednolicanie, tworzenie „jednego parasola” w dziedzinach twórczości nigdy nie prowadzi do dobrego efektu, korzyści właśnie dla tych dziedzin. Powinno być wiele i różnych instytucji realizujących różne, przez siebie zdefiniowane cele. Władze, miejskie lub to nawet państwowe, powinny dyskretnie i z czułością dbać o nie, a w żadnym wypadku tworzyć nowe, centralizujące programy i finanse. Ale fakt, ten ruch Urzędu Miasta zgadza się z polityką kulturalną Gdańska w tym sensie, że pozwala lepiej kontrolować artystów i środowiska twórcze. Bo przecież artyści wizualni nie maja swoich związków twórczych, które nie są łatwe w kierowaniu i kontrolowaniu administracyjnym. Tak? Jestem ciekawy jak wyglądał dialog w tej sprawie ze środowiskami plastycznymi, a też zarządami jednoczonych instytucji (są już mocne protesty), a też z podmiotami, które maja być połączone, bo jak tak, jak wygląda dialog Władz Miejskich ze stowarzyszeniami literackimi to raczej był to dialog w jedną stronę, czyli monolog.
Szanowna Pani Prezydentko Miasta Gdańska, może warto jednak rozmawiać z istniejącymi samorządami środowisk artystycznych i wybieralnymi przedstawicielami a może oni wiedzą czego potrzebują ich członkowie: malarze, rzeźbiarze, muzycy, pisarze, młodzi i starzy, wszyscy oni mają swoje organizacje przedstawicielskie.
Próbowałem rozmawiać z szefami tych organizacji, ale to szok! oni niewiele wiedzą na temat tych wspaniałych zmian.
Słuch.






