Strona główna Rok 2025 Nr 593 Franciszek Czekierda – „Marysieńka i Sobieski, czyli romans i trzy śluby’

Franciszek Czekierda – „Marysieńka i Sobieski, czyli romans i trzy śluby’

0
177
Franciszek Czekierda

MARYSIEŃKA I SOBIESKI, CZYLI ROMANS I TRZY ŚLUBY

Minął prawie rok od ślubu Marii Kazimiery i Jana Sobiepana Zamoyskiego. Nastała wiosna 1659 roku, kiedy dobry znajomy ordynata, Jan Sobieski, odwiedził młodych małżonków. Maria była w zaawansowanej ciąży. Nie przeszkadzało jej to zerkać zalotnie na przystojnego gościa, który przed czterema laty ujrzał ją tańczącą i śpiewającą na królewskim dworze. Czternastoletnia wówczas Marysia nie pamiętała Jana. Może dlatego, że wokół niej kręciło się wielu innych znakomitych adoratorów, z których największe szanse miał ordynat z Zamościa. Teraz Maria i Sobieski spodobali się sobie. Zresztą podobał się on wielu pannom i białogłowym, gdyż był przystojnym kawalerem z sumiastym wąsem i wyrazistymi oczami. Po jedenastu miesiącach od zamążpójścia Maria była zawiedziona zarówno małżonkiem-opojem, niechętnymi wobec niej dworzanami na zamku oraz panującą nudą.

Pobyt Jana u państwa Zamoyskich był udany, wszyscy byli zadowoleni, a najbardziej gospodyni i gość, ponieważ między nimi coś zaiskrzyło. Podczas pożegnania Sobieskiego ordynat musiał opuścić komnatę w jakiejś ważnej sprawie. Maria i Jan na chwilę zostali sami.

– Kiedy Waszmość odwiedzisz nas następną razą? – zapytała z nadzieją w głosie.

– Łacno bym przybył ponownie, by kontentować się Waszmości obecnością i… – zawahał się – widokiem – uśmiechnął się miło. – Jednakowoż w najbliższym czasie nie mogę. Czeka mnie podróż do Jaworowa. Raczysz mnie wyrozumieć, Pani?

– Mhh – mruknęła tajemniczo. – Będę czekała – dopowiedziała zalotnie. – Będziem z panem małżonkiem czekali na Waćpana – poprawiła się.

– Jeśli Mości Pani pozwoli, prześlę w czasie mej niebytności list.

– Dobry to koncept – ucieszyła się.

Dzięki korespondencji zadzierzgnęła się między nimi przyjaźń, później zażyłość, flirt i wreszcie miłość. Po upływie kilkunastu miesięcy od wymiany pierwszych listów Maria zaczęła dołączać drobne prezenty; jesienią 1660 roku przesłała mu szkaplerz i złoty krzyżyk z relikwią, który prawdopodobnie został wysłany przed bitwami z Rosjanami pod Słobodyszczami i Cudnowem. W liście zastrzegła, że ma cenić ten dar nie dla ofiarodawczyni, ale dla relikwii. Dodajmy, że walczył tam również ze swoim pułkiem Jan Zamoyski, nie wiemy jednak, czy żona przesłała mu przed bitwami jakąś pamiątkę. Można się jedynie domyślać, że raczej nie.

Sobieski, kiedy tylko mógł, odwiedzał Zamoyskich. Gdy po zwycięskiej bitwie pod Cudnowem (4 listopada) wojsko polskie, dowodzone przez hetmana wielkiego koronnego Stanisława Potockiego i hetmana polnego Jerzego Lubomirskiego, pokonało armię rosyjską, po pewnym czasie Zamoyski i Sobieski na czele swoich pułków powrócili na spoczynek do rodowych posiadłości. Niebawem Sobieski przybył w odwiedziny do Marii Kazimiery i jej męża. Zastał tylko wojewodzinę, gdyż Sobiepan znowu był poza zamkiem. Zapytał o niego.

– Wybacz, Mości Panie Janie, ale mój szanowny małżonek jak wyjechał z rana to może pojawi się przed północą, albo i jutro – odpowiedziała z nutką złośliwości.

– Domyślam się, że zajmują go ważne interesa.

Pardieu! Powiem szczyrze… – urwała w pół zdania. Na jej twarzy pojawił się głęboki frasunek.

– Proszę mi zaufać. Z Waszmościnych miłych lettres śmiem domniemywać, iż łączy nas przyjaźń. Jeśli nie jest tak, proszę o wybaczenie.

– Ufam Waćpanowi. Rzeknę tedy bez jakichkolwiek rekryminacyj, że on… – nabrała powietrza – hula z kompanionami. Nie tak dawno, będąc w pomroczności po piwie i miodzie, chciał w mojej obecności zabić służącego za jakoweś czaczko.

– Łączę się z Mospanią w jej bolach – zrobił boleściwą minę.

– Wprawuje mnie to w alterację, a gorącość mą głowę już nadwerędziła.

– Probujesz, Pani, oderwać się jakoś od tych zgryzot?

– Czasem zgotuję tańce, maskarady, gry, przechadzki, czy insze enterpryzy. Jednakowoż nie wzlepsza to mojej doli.

Rozmowa ich była przyjemna, a spojrzenia mówiły, że są sobie radzi. Dzień chylił się już ku zachodowi słońca, a Zamoyskiego wciąż nie było. Gość musiał wracać. Jan i Maria pożegnali się bardziej niż czule, Sobieski kilkakrotnie ucałował ją w dłoń, nie wypuszczając jej długo ze swoich rąk. Podczas niewidzenia się wciąż trwała ożywiona korespondencja.

Po pewnym czasie znowu nadarzyła się okazja do odwiedzin, z której Jan skwapliwie skorzystał. I ponownie na zamku nie było Jana Zamoyskiego. Po serdecznym powitaniu Maria Kazimiera rzekła:

– Wielki smutek opanował mię, gdym przeczytała od Waćpana wieści o zniszczeniu rodowej rezydencji.

– Moskale zapuszczają się aż pod Lublin. Spalili nasz zameczek w Jaworowie, gdzie przedtem schroniły się uchodzące z Ukrainy Czerkieski i Wołoszki.

– Jest Waść łaskawym protektorem panien i niewiast – zerknęła na niego zazdrosnym okiem.

– Nade wszytko person bezbronnych, Mościa Pani.

– A to nie byle co, taka reputacja – pochwaliła go.

– Mniemam, żem się zachował po chrześcijańsku, przyjmując w dom uciekinierów, pogorzelców i inszych potrzebujących.

– Tylko niech Waćpan uważa, żeby panu nie śpiewano: „Czy ja toby ne mówiła, ne bery Wołoszki…” – zanuciła miłym głosem, uśmiechając się filuternie.

Sobieski spostrzeł, że jej przyśpiewka była przyjacielską przymówką i zachętą do dalszego flirtu.

– A dlaczegóż to przestrzegają przed nimi? – Jan podjął grę.

– One nie tylko piękne, ale frasobliwe i skazitelne.

– Waćpani z dala od Ukrainy i Wołoszczyzny, a lepiej ode mnie zna tameczne panny?

– Tak o nich powiadają – usprawiedliwiała się.

– Może coś w tem jest… – zamyślił się.

– Jeśli mogę o coś zapytać… – rzekła nieśmiałym tonem (choć owa nieśmiałość była dobrze zagrana).

– Zawsze i o wszytko możesz mnie Waćpani pytać.

– Doszły mnie wieści, że Waść zamiarujesz żenić się z młodą wdową, podkanclerzyną Leszczyńską.

– Ciągle mnie swatają, czyniąc to wrzekomo dla mego dobra, acz zapominają, że o tem sam będę stanowić, bom człek wolny.

– Jeśli byś się Waść ożenił, miło będzie mi mieć tak ładną sąsiadkę.

– Nie ładniejszą od Waćpani.

– Doprawdy? – zatrzepotała rzęsami.

– Ale zanim pani mnie wyswatasz… – rzekł żartobliwie, robiąc pauzę – pierwej chcę sprzedać Pilaszkowice – dokończył poważnym tonem.

Mon Dieu! Przecię to była siedziba pańskiego ojca – Maria niespodziewanie wyraziła troskę o stan jego posiadłości. Troska była uzasadniona, ponieważ majątek leżał niedaleko Zamościa.

– Nic jeszcze nie jest postanowione. Jednakowoż dziękuję za to przypomnienie, co czynię bez najmniejszej złośności – podniósł jej dłoń do ust i ucałował.

– Jeśli byś Waść pozbył się ojcowizny, byłaby to szkoda nie tylko dla rodu, ale nie mógłbyś mnie pan często odwiedzać… – rzekła słodkim głosikiem, rozchylając zachęcająco usta. W tym momencie Sobieski pocałował ją, Maria mocno go objęła. Całując się, usiedli na szezlągu, po czym Jan przechylił ją na ukośne oparcie. Karesował ją na przemian delikatnie i ogniście, po czym szepnął jej do ucha:

– Uczyńmy to, o czem oboje roimy.

Na takie dictum odsunęła się, jak poparzona.

– Pragnę, abyśmy się połączyli – skonkretyzował myśl.

Maria zerwała się na równe nogi.

– Waść żądasz czegoś, czego dama nie może użyczyć bez obrazy – rzekła stanowczo.

– Oboje o tem myślimy – Jan nie zauważył radykalnej zmiany jej nastroju.

– Nie powinnam była tego wysłuchiwać! – podniosła głos. – „Choć przykro jest mi go zgręzić” – pomyślała zasmucona.

– Nie pojmuję Waćpani – zdumiał się.

– Byłam nierozsądna, żem Waćpana wyróżniała życzliwością – powiedziała trzęsącym się głosem.

Sobieski zdenerwował się. Dopiero teraz dotarło do niego, że postawiła mu tamę. „Diabelskie nasienie! Pustota i daremność! – myślał wściekły w duchu, spoglądając na jej obrażoną twarzyczkę. – Te jej czcze umizgi… Zachowuje się, jak pannica, co to chciałaby, a nie może. Precz!”.

– Jeśli Waćpani wyróżniała mnie nadaremno swoją życzliwością, tom był głupi, żem nie pojął wszelkości stanu rzeczy i mego położenia. Mam dość tej znajomości! – po raz pierwszy podniósł przy niej głos i opuścił komnatę bez pożegnania się.

Oburzona jego zachowaniem i jednocześnie zlękniona utratą przyjaciela poskarżyła się jego przyjacielowi, Janowi Fryderykowi Sapieże (który był wtajemniczony w ich bliskie relacje), że zmęczył się jej życzliwością, że była nieroztropna, aby go wyróżniać, że nikt na świecie nie ośmielił się potraktować tak niewiasty, a za wszystkie zelżywe słowa jakie jej powiedział, tak jak był pierwszy, tak będzie teraz ostatni. Nie wiadomo co powiedziała mu przed tymi żalami, ale na pewno nie to, że chciał ją posiąść.

Po jakimś czasie korespondencja między nimi została wznowiona dzięki pośrednictwu Sapiehy. W jednym z listów Maria napisała Janowi: „Żyjmy szczęśliwi w cnocie”, co wskazywało na ich sporą zażyłość i duchową wspólnotę. W sierpniu 1661 roku Sobieski donosił jej, że oddalenie powoduje jego melancholię. Marysieńka zwierzała mu się ze szczegółów, których z pewnością nie napisałaby obcemu mężczyźnie, na przykład, że kazała uszyć sobie staniczek z krymska zapinany na bakier. W ostatnich słowach zaleciła mu spalenie listu, co świadczyło nie tylko o ostrożności, ale przede wszystkim o uczuciowej temperaturze ich relacji, która wkrótce miała doprowadzić do wybuchu miłości.

Od końca lat 50. Sobieski był posłem na sejm. Uczestniczył w pracach przy ugodzie hadziackiej (przekształcenie Rzeczpospolitej Obojga Narodów w unię trzech państw: Korony, Księstwa Litwy i Księstwa Rusi), w związku z tym częściej bywał w Warszawie.

Latem 1661 roku spotkał się z Marią Kazimierą. Zakochani wpadli sobie w objęcia, całując się namiętnie. Mówili już sobie po imieniu, choć w korespondencji wciąż posługiwali się tytułami zgodnie z panującą etykietą. Dodatkowo stosowali szyfr, o czym później. Po chwili Sobieski odsunął się nieznacznie, przyglądając się jej uważnie.

– Nareszcie mam honor i prawdziwą radość mą śliczną twarzyczkę obaczyć – mówił uszczęśliwiony.

– Mnie takoż tęskność morzyła okrutna – odpowiedziała kontenta.

– Najbarziej zależy mi na tem, aby być z tobą, Marysieńko, a wcale nie zależy mi na światowych chimerach, które za nic mam. Najdroższa, miłuję cię całym sercem i duszą.

– Ja także – jej twarz powlekła się rumieńcem.

– Zgodzisz się tedy, abyśmy społem byli? – zapytał rozradowany.

Rozpłomienione lica Marii w sekundę pobladły, w oczach pojawił się frasunek. Długo zastanawiała się nad propozycją, mając w pamięci jego poprzedni afekt i rozstanie. Jan nie wytrzymał przedłużającej się ciszy.

– Zmiłujże się tedy moja najukochańsza, a oznajmij mi prawdziwe serca swego intencje – rzekł błagalnie.

– Ogarnia cię impacjencja, a wiesz przecię, że jestem mu poślubiona.

– Mimo, żem przyjaciel twego męża, powiem szczyrze, że zachowaniem swoim przekreślił dawno wasze małżeństwo. Hulanki i rozpustę przedłożył nad twą miłość, czem złamał daną tobie i Bogu przysięgę. To człek niegodny wykwintnej kobiety, gwałtownik, rozpustnik, marnotrawca, zachowujący się ordynarnie i klnący jak ekonom – mówił dobitnie. – Pamiętasz, jak kiedyś upity zrobił ci piekielną awanturę, że przez trzy dni chorowałaś?

– Nie przypominaj mi tego – zaprotestowała.

– On unieważnił wszytko, co było między wami święte.

– Nigdy nie było święte. Il m’a trompé, oszukał mnie, acze na początku jawił się, jako człek dobry i wierny, a krótko po ślubie całość w niwecz obrócił. Gdyby nie moje ciąże, zmarłe dziateczki i gdybym barzo tego chciała, Watykan absolument by unieważnił małżeństwo.

– Dlatego masz czyste sumienie, a nasza miłość uświęca wszytko, co wydaje się być z pozoru niewłaściwe – Jan przekonywał.

– Nieustannie myślę o nas. Nie popełniamyż grzechu? – zastanawiała się.

– Grzech, wina, kara – w ręku Boga. Nie bójmyż się tego, co nieuchronne, bo będziem się dręczyć ad finem vitae. Miłość czyni nas wymówionymi.

– Tako mniemasz?

– Nie tylko mniemam. Jest tak w rzeczy samej – stwierdził bez cienia wątpliwości. – Kiedyś mądry jezuita tłomaczył mi, że jeśli reguły i nauki stanowione przez Kościół niewolą cię wbrew twemu dobru, postępuj w zgodzie z sumieniem z szacunku dla Stwórcy i człowieka.

– Jesteśmy sobie przeznaczeni? – przełamywała wątpliwości.

W tym momencie Sobieski objął ją i serdecznie uścisnął.

– Zgodzisz się zatem, Marysieńko umiłowana, abyśmy razem… – wzruszenie odebrało mu głos.

– Skoro tak rzeczesz. Stanowimy jednię dusz, będziem też stanowić unité des corps.

– Ubóstwiam cię, pani serca mojego – zawołał entuzjastycznie.

– Jednakowoż pod jednym warunkiem.

– Nie stawiaj mi nullas conditiones – zląkł się.

– To warunek konieczny: w kościele złożymy sobie śluby miłości – powiedziała przejęta. One będą jako abolicja mego nieszczęsnego małżeństwa.

– Jużem dawno to stwierdził, alem nie miał sposobności tego ci rzec: bystrość twego rozumu i uroda idą niezawodnie w parze.

Nazajutrz Sobieski udał się z Marią Kazimierą do zaufanego złotnika, by nabyć dwa pierścionki. Następnie poszli wieczorem do kościoła karmelitów. Uklęknąwszy przed ołtarzem złożyli sobie przysięgę; Jan mówił ślubowanie, robiąc pauzę po każdym zdaniu, za nim jego słowa powtarzała Marysieńka, co brzmiało mniej więcej tak:

– Przed obliczem Boga, w zgodzie z własnym sumieniem, ślubuję miłować cię całym sercem, obiecuję ci wierność, przyrzekam troszczyć się o ciebie w bogactwie i biedzie, w zdrowiu i chorobie dopóki żyć będę. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący. Podczas wypowiadania słów: „W dowód naszej miłości i na pamiątkę ślubowania przyjmij ten pierścień” – ślubujący nałożyli sobie na palce prawej ręki pierścionki.

Nie wiadomo dokładnie, kiedy to się wydarzyło. Według Tadeusza Żeleńskiego-Boya stało się to 24 czerwca 1661 roku w dniu świętego Jana, natomiast inne źródła podają, na które powołuje się m.in. Edward Rudzki (Polskie królowe), że owe tajne śluby miłości złożyli we wrześniu. Niektórzy historycy przepuszczają, że Jan i Marysieńka zostali wówczas kochankami.

Zaraz potem Sobieski udał się na Ruś, zaś Maria powróciła do Zamościa. Wymieniali się listami, w których było znacznie więcej miłosnych wyznań, niż w korespondencji sprzed „karmelickich ślubów”. Marysieńka wspominała o rozwodzie, następnie o planie wyjazdu do Paryża (poinformowała królową, że chciałaby odwiedzić rodziców), dokąd później mogłaby ściągnąć Jana. Zakochani stosowali w listach szyfr. I tak Marysieńka kryła się pod imieniem Jutrzenki, Róży, Astrei i Esencji, natomiast Jan występował jako Celadon, Jesień lub rzadziej Proch. Celadon i Astrea to bohaterowie sielankowej powieści Honoriusza d’Urfeé Astrea, w której rozczytywał się Sobieski. Miłość nazywali pomarańczami, a listy konfiturami, Jan Zamoyski występował pod mianem Fujary, Makreli lub Konia, Kameleon oznaczał królową, Basetla księżną Gryzeldę Lubomirską.

Marysieńka, wcielając w życie plan odwiedzin rodziców, pod koniec lutego 1662 roku wyjechała z Zamościa podczas nieobecności męża przebywającego w stolicy. Córeczka została pod opieką księżnej Wiśniowieckiej (w grudniu zmarła). W Warszawie przebywała miesiąc, następnie udała się do Gdańska i drogą morską do Paryża. Przed wyjazdem powierzyła pieczę nad swymi dobrami Sobieskiemu i Sapieże, ponieważ Jan Zamoyski miał później do niej dotrzeć (w co nie wierzyły osoby znające stosunki między małżonkami). Powierzenie Sobieskiemu zarządu nad majątkami Marii Kazimiery stało się powodem powstania wielu plotek na ich temat. W listach Marysieńka nakłaniała Jana do przyjazdu do Francji, jednak on nie zamierzał opuszczać kraju z powodu „honoru i reputacji”, jak tłumaczył w liście kuzynce Lubomirskiej.

Maria powróciła do Zamościa w październiku 1663 roku, przywożąc z sobą brata Ludwika. Po przyjeździe mąż był dla niej miły, jednak później dochodziło do coraz częstszych nieporozumień i kłótni. Zamoyski znienawidził Ludwika, którego chciał nawet zabić. Mimo, że Maria zachodziła w ciąże, rozkład małżeństwa postępował. Wiosną następnego roku, będąc brzemienna, wyjechała rodzić do Gdańska, prawdopodobnie chciała później wypłynąć do Francji. Nastąpiło szczęśliwe rozwiązanie, lecz trzecia córeczka żyła zaledwie kilka miesięcy. Maria wyjechała na krótko do Zamościa, a od stycznia 1665 roku zamieszkała w Warszawie.

Sobieski, po licznych bitwach na Ukrainie i zatrudnieniach poselskich na Rusi, pojawił się w stolicy. Został wezwany przez królową, która nakłaniała go do wzięcia buławy po hetmanie polnym koronnym i marszałku Jerzym Sebastianie Lubomirskim, którego w grudniu 1664 roku sejm pozbawił tych urzędów, oskarżył o zdradę stanu i skazał na banicję za opozycję przeciw królowi Janowi Kazimierzowi, głównie za sprzeciw wobec forsowanego przez króla wyboru następcy za życia władcy, czyli vivente rege. Sobieski opierał się przed proponowanymi zaszczytami.

– Wasza Królewska Mość, nie mam czoła brać godności w spadku po żywym – argumentował rozumnie, z drugiej strony wiedział, że Lubomirski przygotowywał rokosz.

– Wiem, że Waszmość i Maria Kazimiera macie się ku sobie… – królowa zmieniła front natarcia.

Do Sobieskiego dotarło wreszcie (co wcześniej podejrzewał), że Maria Ludwika zna szczegółowo relacje między nimi.

– Miłuję ją nad życie, Wasza Miłość. Cóż z tego, kiedy niemożebnym jest, abyśmy się połączyli – urwał.

– Ale możecie to uczynić.

– Jakże to? – zdumiał się.

– Jeśli królowa zażąda, Zamoyski zgodzi się na rozwód – rzekła władczo. – A wówczas mógłby Waść przejąć proponowane godności.

Domyślał się, że zadziałała tu Marysieńka. Wiadomość o możliwości rozwodu wprawiła Sobieskiego w osłupienie. Powoli się z nią oswajał. Zastanawiał się, czy jest pionkiem w grze królowej, czy figurą.

– Jeżeli tak się sprawy mają, muszę mieć czas do namysłu. To trudna sprawa, a honor nie pozwala mi wziąć naraz dwóch godności.

W owych dniach Jan i Marysieńka spotkali się po długim niewidzeniu.

– Minął wielki kęs czasu od chwili, kiedyśmy się rozstali – Jan ucałował ją serdecznie.

– Nie dawałeś sobie folgi pod pozorem wolności? – rzekła zazdrosnym tonem.

– Aliści dawałem sobie folgę w bitwach i potyczkach. A swobody użyłem tyle, co pies w studni.

Marysieńka uśmiechnęła się wesoło.

– Zwierzyłam się królowej z mych udręk małżeńskich. Jej Miłość podsunęła mi myśl o rozwodzie, o czym jużem tobie pisała – przeszła do konkretów.

– Pisałaś, że myślisz o nim, a nie że to koncept królowej – spojrzał na nią krytycznie, jednak nie zamierzał badać, która z nich była inicjatorką tego pomysłu. – Właśnie wracam z zamku. Władczyni gotowa nakłonić do niego Sobiepana, jeśli przyjmę po Lubomirskim laskę marszałkowską i buławę.

– Na co tedy czekasz?

– Memu sercu obce są takowe transakcje przypominające niesławne frymarczenie urzędami – odrzekł ze wstrętem.

– Tu chodzi o naszą przyszłość, mój najdroższy. O miłość.

– Długom o tem myślał. Zostać Marszałkiem Koronnym? – zastanawiał się na głos. – To nie tylko narażenie się na abominację opinii. – Pamiętaj, że Lubomirski pod Beresteczkiem życie mi uratował. Dla zaszczytów nie postąpię wbrew sobie. A buławy hetmańskiej po żyjącym na pewno nie przyjmę.

Maria, widząc jego upór, zmieniła temat.

– Waham się z rozwodem mimo, że mam przychylność majestatu.

– Pojmuję twe rozterki. Wspieram wszytko, co umyślisz i co nas trwale połączy, jednakowoż divortium niechaj będzie ostatnim wyborem, najdroższa duszko moja.

Je suis d’accord avec toi. A jakie widzisz wcześniejsze wybory? – zaciekawiła się.

– Może separacja majątkowa… – rzekł niepewnie.

Voilà! Wspomniała o niej także królowa, mówiąc żebym mieszkała przy mężu jako przy ojcu. Sama nie wiem… A może by restytuować małżeństwo? – rzuciła zlękniona.

– Nie może to być – Sobieski zdenerwował się. – Mówimy o naszym najrychlejszym połączeniu, a ty o restytucji tego, co dawno umarłe.

– Myśliłam o pozornym powrocie do poprzedniego stanu, bo mąż ostatnimi czasy poważnie niedomaga.

– Wolę tedy rozwód, niźli to… słowo, które ponownie nie może mi przejść przez garło.

– Tak po prawdzie o restytucji powiedziały mi życzliwe służki, które słyszały, że dworzanie i jego rodzina obawiają się, że chciałabym przejąć po mężu wszystkie dobra – wycofała się z tego pomysłu. – Może Opatrzność rozwiąże ten węzeł inszym sposobem – Marysieńka pomyślała o śmierci męża, modląc się w duchu, żeby jak najszybciej skończyły się jej zgryzoty.

– Nie można mięszać w to Opatrzności. Już i tak raz włączyliśmy w nasze sprawy Boga.

– Kiedyż to? – nie skojarzyła.

– Składając śluby miłości. Jak tego możesz nie pomnieć? Teraz musiemy liczyć na siebie i dążyć z całej mocy, by spełniły się słowa dane sobie nawzajem u karmelitów.

Wbrew obawom Sobieskiego, niebiosa spełniły modlitewną intencję Marii; w pierwszych miesiącach roku 1665 Jan Zamoyski poważnie zachorował. Zmarł 7 kwietnia w wieku 38 lat. Przyczyną zgonu była choroba francuska. Maria Kazimiera została dwudziestoczteroletnią wdową. Ponoć król Jan Kazimierz rozpłakał się na wieść o jego śmierci. Wezwał Marię i wręczywszy jej list z tą informacją, rzekł:

– Oto rozwód, któregoś żądała.

– Czy jam go żądała, Wasza Miłość? – odrzekła usprawiedliwiającym się tonem.

– Nic nie mów. Dobrze, że Bóg dał takie rozsądzenie. Swoją drogą nie wiem, jak to czynisz, ale widzę, że masz względy także u Niego – podniósł wskazujący palec do góry.

Teraz już nic nie stało na przeszkodzie, aby kochankowie połączyli się węzłem małżeńskim. Ale nie tak szybko… Po pierwsze trwała żałoba, po drugie trzeba było Sobieskiego ściągnąć z Żółkwii. Po przybyciu do stolicy królowa nalegała, aby przyjął proponowane godności.

– Jużem Waszej Miłości mówił, że w spadku po żywym żadnych dostojeństw i honorów przyjąć nie mogę.

– Wahałeś się Waść w sprawie urzędu marszałka koronnego.

– Człek cały żywot się waha…

– Tak sobie mniemam, rozważając en théorie, gdyby Waść teraz ożenił się z Marią, przyjąłbyś Waść marszałkostwo?

– Jakże to teraz? Przecię jest żałoba. Dopiero za rok mogę ją pojąć.

– Jeśli papież i biskupi mogą udzielać różnorakich dyspens, dlaczegóż tedy majestat królewski nie mógłby skorzystać z podobnego prawa? – Maria Ludwika wykazała się francuskim sprytem.

– Nie bardzo pojmuję, Wasza Miłość – Sobieski był zdezorientowany.

– Zgodzę się na wasz ślub teraz, a potem król wręczy Waszmości laskę marszałkowską.

Opinio publica będzie szemrać przeciw nam, że naruszamy święty czas żałoby.

Wobec oporu Sobieskiego królowa zastosowała fortel, w którym główną rolę miała odegrać Maria Kazimiera. W połowie maja na zamku królewskim Marysieńka spotkała się przed północą z Sobieskim. Przywitali się serdecznie, a po krótkim czasie, pośród pocałunków i pieszczot znaleźli się w łóżku. Jan był zdziwiony jej niezwyczajną ochotą. Zrzucił z siebie zewnętrzne odzienie, jednak nie zdążył jeszcze zdjąć koszuli i hajdawerów. W tym momencie do komnaty wtargnęła królowa. Zaskoczywszy ich w łożu, zawołała gromko:

– Co ja widzę, Waszmości? Czy to licuje z godnością Wielkiego Chorążego Koronnego? – podniosła głos. – Kilka dni temu przekonywał mię Waszmość o świętej żałobie, a widzę, że nie bacząc na nią impacjencja łacno opanowała Waszmościa. Dopuszczasz się uczynku, który może naruszyć cześć szlachetnej wdowy, choć Waści uległej.

Sobieski zerwał się z łoża, narzuciwszy na siebie żupan, zaś Marysieńka pozostała w pościeli, podciągnąwszy ją pod nos.

– Wybacz, Wasza Miłość, racz wyrozumieć mnie, jam powolny sługa Waszej Miłości… – zszokowany mówił ogólnikowo, nie wiedząc, jak się bronić.

– Jesteś Waść winny tego, co zaszło. Musisz zginąć! Oto jedyne honorowe rozwiązanie – była bezwzględna.

– Nie naruszyłem czci najszlachetniejszej Marii Kazimiery, na co daję rycerskie słowo honoru – mówił z najgłębszym przekonaniem. – Odwołuję się do łaski Majestatu Waszej Miłości – błagał.

Maria Ludwika zastanawiała się chwilę, przeszywając go wzrokiem. Przy czym cały czas sprawiała wrażenie, że nie widzi Marysieńki.

– Nie zbrukałeś tedy honoru wdowy? – upewniała się.

– Przenigdy, Wasza Miłość – zarzekał się.

– Pragniesz dać atestację swej czci, by obmyć się z wszelkiej pochyby i zachować nienaruszoną reputację królewskiej poddanki?

– Pragnę z całego serca – mówił skruszony.

– Jeśli nie śmierć, to pozostaje miłość i… ślub – rzekła sentencjonalnie. – Trzeba się zdecydować na ślub. Natychmiast.

– Tak, Wasza Miłość.

– Idę po Jego Królewską Mość i kapelana. Za niecały pacierz widzę was w kaplicy gotowych do spowiedzi i ślubu. Sakrament będzie skryty, nikt postronny o nim się nie dowie.

Około północy, 14 maja 1665 roku, w kaplicy Zamku Królewskiego kapelan w obecności pary królewskiej i nowego posła francuskiego, biskupa Pierre’a de Bonzi, udzielił ślubu Janowi Sobieskiemu i Marii Kazimierze. Małżonkowie mogli wreszcie spełnić swe marzenia o legalnie spędzonej nocy.

Kilka dni później Sobieski przyjął tytuł Marszałka Wielkiego Koronnego, stając się tym samym przywódcą obozu królewskiego. (Na marginesie: od 1661 roku pobierał wysoką pensję od króla Francji, oczywiście przez pośredników, nie będąc w tym odosobniony. Podobnie zresztą jak zwolennicy przeciwnych obozów byli opłacani przez ościenne państwa). Przyjmując laskę marszałkowską naraził się na naganę drobnej i średniej szlachty, która murem stała za Lubomirskim. Odmówił jednak buławy hetmańskiej, czując wstręt do odebrania jej żyjącemu hetmanowi. Dobrze wiedział, że zanosiło się na wojnę domową, w której mógłby stanąć z wojskiem królewskim przeciwko rokoszanom, co też wkrótce się stało. Tymczasem nowo mianowany marszałek wyjechał na Ruś.

Jak łatwo się domyślić, wieść o tajnym ślubie rozeszła się lotem błyskawicy po całym kraju, co zwykle z wielkimi tajemnicami bywa. Wśród społeczeństwa krążyły złośliwe utwory. Autorem jednego z nich był Andrzej Morsztyn:

Moda nastała poprzedzać wesele,
Umie to Wenus i jest tego wiele.
Kto umie, wszystkiego dokazywać może,
A komuż wadzi skryte nasze łoże?

Ludzie najbardziej byli oburzeni tym, że wdowa wzięła cichy ślub, kiedy jej zmarły mąż nie został jeszcze pochowany. Po dworach, karczmach i ulicach miast szemrano:

– Jeszcze dobrze nie ostygł, a jużci ta Francuzica sekretnie sprawiła sobie mężulka.

W Zamościu przygotowywano pogrzeb, z którym czekano niemal dwa miesiące. Na początku czerwca Maria Kazimiera wyruszyła do Zamościa, by pożegnać zmarłego. Stanęła przed zamkniętymi wrotami miasta, gdyż Gryzelda poleciła, aby wszystkie bramy zostały przed nią zamknięte.

– Czy wiecie, komu odmawiacie wjazdu? – zawołał gromko z karety przyboczny Marii.

– Tak, wiemy, żonie imć Sobieskiego – odezwał się strażnik.

Pojechała więc do pobliskiego folwarku, ale i tu jej nie wpuszczono. Wściekła, rozdarła na sobie suknię, co było oznaką najwyższego gniewu.

Tajny ożenek w okresie żałoby po mężu był w oczach ówczesnej opinii hańbą (dziś określono by to skandalem). Dwór królewski musiał więc załagodzić niewygodną dla siebie i małżonków sytuację w obliczu szykującej się wojny zwolenników króla i Lubomirskiego. Postanowiono więc, że ślub Jana i Marii Kazimiery odbędzie się 5 lipca. Tego dnia nuncjusz papieski, Antonio Pignatelli (za ćwierć wieku miał zostać papieżem Innocentym XII) połączył ich węzłem małżeńskim w obecności pary królewskiej i wielu dostojników. Tydzień później Sobieski wyruszył z królem na wojnę domową przeciw rokoszanom Lubomirskiego. Marysieńka pozostała w Warszawie. W związku z prowadzonymi przez Koronę wojnami, Sobieski rzadko się z nią spotykał. Czasem przyjeżdżała do niego na Ukrainę, wówczas spotykali się w karczmach, a nawet stodołach. Spędzając intymne chwile, często wspominali pierwszą noc po tajnym ślubie, który był dla nich ważniejszy, niż oficjalny z lipca.

– Jakoś mię, serce moje, puścić nie chciała… – Jan uśmiechał się pod wąsem.

– Prosiłam, żebyś jeszcze nie odchodził, bom była jakoby w niebiesiech – Marysieńka rozczuliła się.

– Jakoś mię na swoją ciągnęła pościel…

– Łóżko dość wąskie było. Mógłbyś spaść.

– A przecię to miło było.

– Najmilejsza noc dans toute ma vie.

Tak oto wyglądał przedziwny, a z dzisiejszego punktu widzenia skandaliczny romans Marysieńki Zamoyskiej z Janem Sobieskim zwieńczony „karmelickimi ślubami”, a ostatecznie zakończony podwójnym ślubem. Odnośnie do danej sobie przysięgi miłości u Karmelitów można się zastanawiać, czy była świętokradczym naruszeniem przykazań kościelnych? Nie ośmieliłbym się jednak oceniać zakochanych, szczególnie Marysieńki, wiedząc jakim mężem był Jan Zamoyski i co od niego wycierpiała. Najważniejsze, że ich wielka miłość wszystko przemogła; wymazała ich romansowe przewiny, bowiem nuncjusz papieski zanim związał ich węzłem małżeńskim, wcześniej musiał ich wyspowiadać i rozgrzeszyć. A to, co związane na ziemi, jest także związane w niebie. Jan i Marysieńka byli małżeństwem ponad trzydzieści lat.

Na koniec trzeba dopowiedzieć, że Marysieńka osiemnaście razy była brzemienna: czterokrotnie z Zamoyskim (miała z nim trzy córki, najdłużej żyła dziewczynka, która zmarła w wieku dwóch lat. Raz poroniła) i czternaście razy z Sobieskim. Z tego związku czworo dzieci dożyło dorosłego wieku, ostatnie urodziła mając czterdzieści pięć lat, zaś ostatnią niedonoszoną ciążę miała w wieku czterdziestu siedmiu lat.

Marysieńka Sobieska, dzięki wielu zdolnościom, inteligencji i sprytowi przyczyniła się do wyboru Jana Sobieskiego na króla Rzeczypospolitej podczas wolnej elekcji w 1674 roku.

Franciszek Czekierda

Poprzedni artykułMarek Jastrząb – Odległa bliskość
Następny artykułTadej Karabowicz – Recenzja ksiązki Andrzeja Kominka „Baj i Bug”

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko