Na początku lat trzydziestych Adolf Rudnicki poznał Zofię Nałkowską i Marię Kuncewiczową. Obie pisarki miały wpływ na jego debiut i młode życie. Dwudziestodwulatek po raz pierwszy znalazł się w salonie literackim Nałkowskiej prawdopodobnie w 1931 roku. Pani Zofia zapraszała ludzi pióra i innych artystów do obszernego mieszkania przy Marszałkowskiej 4 na cotygodniowe herbatki. Gościli u niej m.in.: Juliusz Kaden-Bandrowski, Karol Irzykowski, Maria Dąbrowska (ta trójka krótko), Maria Kuncewiczowa, Ewa Szelburg-Zarembina, Karol Szymanowski, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Breza, Stefan Napierski, spośród młodych: Michał Choromański, Stanisław Piętak, Bruno Schulz, Bogusław Kuczyński, Witold Gombrowicz, Jan Kott.
Po przekazaniu Nałkowskiej maszynopisu swojej pierwszej powieści Szczury, Rudnicki czekał na jej opinię, niczym gladiator wypatrujący z nadzieją gestu cesarza, którego kciuk decydował o jego życiu. Kilka dni później spotkał się w „Ziemiańskiej” z Witoldem Gombrowiczem, który wcześniej przeczytał maszynopis powieści i miał o niej pozytywne zdanie. Adolf, opowiadając przyjacielowi o staraniach dotyczących swego debiutu, zakończył pełen nadziei:
– Teraz czekam w kolejce, aż pani Zofia mną się zajmie.
– Ona chętnie by się tobą zajęła, gdyby nie była pod wpływem Michasia Choromańskiego, który – tu powiem ci w dyskrecji – swoim erotycznym urokiem skutecznie ją obezwładnił… – rzekł konfidencjonalnie.
– Skąd to wiesz, skoro u niej nie bywasz?
– Na mieście ludzie więcej wiedzą, niż bywalcy jej salonu – Witold stwierdził tonem bessewissera. – Swoją drogą też kiedyś tam będę. To tylko kwestia czasu.
– Zazdroszczę ci pewności siebie – Rudnicki uśmiechnął się półironicznie. – Dla mnie ważny jest jej sąd ściśle literacki.
– Jest jeszcze Karol Szymanowski, na którego skinięcie gotowa porzucić nie tylko Michała, ale i innych adoratorów – Gombrowicz nie zwracał uwagi na jego słowa. – Ale…, jak wiadomo, kompozytor przebywa w innym świecie wrażliwości.
– Witek, chodzi mi tylko o jej opinię, a ty rysujesz jakieś intymne tło.
– Wydawało mi się, że trochę kapujesz, jak funkcjonują pewne mechanizmy, lecz widzę, żeś jeszcze żółtodziób.
– Chcesz mnie obrazić? – Adolf poczuł się nieswojo.
– Przeciwnie. Alek, cenię twoją inteligencję, tylko powinieneś ją jeszcze wzmocnić psychologią. Znasz jej książki, więc przypomnij sobie, że ich bohaterowie, szczególnie bohaterki, głęboko przeżywają sprawy uczuciowe i inne spięcia duchowe, a to wszystko buduje ich mroczne sfery osobowości. Myślisz, że Nałkowska bierze to z powietrza? Ona jest taka, jak postaci z jej opowieści.
– Ta łopatologia stoi w sprzeczności z twoją wyrafinowaną inteligencją – zirytował się.
– Odgryzasz się, jakoś to przeżyję. Przede wszystkim weź pod uwagę, że to wybitna kobieta. I potrafi się wznieść ponad swoje rozwibrowane stany. Z pewnością wykrzesa z ciebie iskrę, która zapali ogień w twoich przyszłych próbach.
– Nie interesuje mnie przyszłość. Chciałbym, żeby teraz dostrzegła we mnie iskrę talentu.
– Dobrze, że jesteś o nim przekonany. Ale nie spiesz się tak bardzo, bo się sparzysz. Pierwsza książka, jak pierwszy strzał podczas pojedynku: musi być celny. Ja męczę się ze swoimi opowiadankami, poprawiam je, szlifuję i dopiero wydam, kiedy będą już dojrzałe. Nawiasem mówiąc, Rysów dojrzałości chyba nigdy nie zdobędę, choć wolałbym, żeby to był Mont Blanc. Ale staram się. Czy stanie się to za rok lub dwa, nie ma znaczenia. Jestem od ciebie trochę starszy, lecz jakoś nie mam wewnętrznego natężenia, że muszę to zrobić natychmiast.
– Nie masz mi za złe, że wydam pierwszy? – Rudnicki zapytał niepewnie.
– Nie wygłupiaj się. Szczury to intrygująca rzecz, zresztą nie będę ci powtarzał mojej opinii. Choć ja bym jeszcze parę szczegółów poprawił… Czuję, że zaistniejesz.
– Chciałbym to usłyszeć z ust Nałki.
Odnośnie do uczucia Nałkowskiej do Karola Szymanowskiego trzeba uzupełnić, że pani Zofia w owym czasie żywiła do kompozytora nieodwzajemnioną miłość, nie zdając sobie prawdopodobnie sprawy, że nie był on wrażliwy na uroki płci nadobnej.
Nastał wreszcie ten dzień, kiedy w salonie Nałkowskiej omawiano Szczury. Jeden z krytyków zauważył, że książkę można potraktować jako pamiętnik, ale o tyle nietypowy i budzący zdumienie, bo „któż prowadzi pamiętnik w sposób tak niepochlebny dla siebie tak nawet przeciwko sobie”. Ktoś inny stwierdził, że powieść jest zaskakująca i na wielu płaszczyznach nowatorska. Trzeci gość dodał, iż sednem opowieści jest rozpaczliwa szarość życia, zaś główny bohater buntuje się przeciwko wegetacji i bezsensowności bytowania. Dyskusję podsumowała gospodyni:
– Niewątpliwie jest to gorączkowa książka, w której istotne są problemy wyobcowania – w tym momencie gwar rozmów ustał. – Jej niektóre elementy nawiązują do teorii Freuda, jak na przykład symboliczny charakter marzeń sennych, urazy z dzieciństwa odciskające swój ślad na psychice dojrzewającego bohatera, jego relacje z ojcem, a także relacje z Makarem, który przypomina mu jego własny erotyzm z okresu dorastania. Słowem książka zasługuje na wydanie.
Po jej wypowiedzi Rudnickiemu zamgliły się z radości oczy. Kiedy goście opuszczali mieszkanie, Nałkowska dyskretnie dała mu znać, żeby jeszcze został. Dołączyła do nich także Maria Kuncewiczowa.
– Zgadzasz się ze mną, Marysiu, że tę rzecz warto wydać? – pani Zofia uniosła do góry maszynopis Szczurów.
– Nie tylko warto, ale i trzeba – Kuncewiczowa odrzekła pewnie. – Jestem przekonana, że będzie to zauważalny debiut. W ciągu tygodnia proszę zawieźć, panie Alku – przeniosła wzrok na stremowanego pisarza – dwie kopie do „Roju”.
Kuncewiczowa starała się mówić neutralnym tonem, choć trudno było jej ukryć ekscytację, ponieważ Rudnickiego obdarzała wyjątkową sympatią. Kiedy pierwszy raz z nim się spotkała, była pod wrażeniem jego błyskotliwej inteligencji. Podobał się jej także jako znacznie młodszy od niej mężczyzna o ujmującym wyrazie twarzy, przystojny, choć niewysoki. Od tamtej chwili uważnie go obserwowała. Po pewnym czasie zakochała się.
– Do „Roju”… – pisarz powtórzył bezwiednie.
– Mój mąż jest tam radcą prawnym. Choć nie ma wpływu na politykę wydawnictwa, przypuszczam, że mogą być pewne ułatwienia. Niestety, nie finansowe, bo zdaje się, że trzeba będzie dołożyć kilkaset złotych…
– Ale ja nie mam… – Rudnicki zląkł się. – „Kilkaset, to znaczy ile? Pięćset? A może siedemset? Groszem nie śmierdzę. A więc nici z debiutu…” – myślał podenerwowany.
– Takie są prawa rynku – pani Maria spojrzała na jego pobladłą twarz. – Ale proszę się nie martwić, może znajdziemy jakieś zadowalające rozwiązanie, może uda się zdobyć jakieś fundusze – w tym momencie przeniosła wymownie wzrok na Nałkowską.
Ta, czując na sobie jej spojrzenie, pomyślała: „Jakaż łaskawa… Choć ją lubię, to stawia mię w sytuacji przymusowej. I to przy Alku, na którym mi zależy… Ona po prostu bezczelnie żąda, żebym załatwiła pieniądze na książkę, na której zarobią jej brzydki mąż i pośrednio ona. O Wańkowiczu i Kisterze nie wspomnę.
– Może spróbuję skądś wyciągnąć parę złotych – Nałkowska powiedziała niepewnie.
– Jesteś wspaniała, Zosiu – Kuncewiczowa uradowała się. – Alku, panie Alku, w „Roju” u Hani Kisterowej proszę dyskretnie powołać się na mnie.
– Jak sądzisz, Marysiu, ile egzemplarzy mogą wydrukować?
– Przy debiucie pięćset – siedemset, jednak nie więcej, niż tysiąc. Jeśli dobrze pójdzie, dodrukują.
– A prawa autorskie? – zaciekawiła się Nałkowska.
Po tym pytaniu Kuncewiczowa wymownie zamilkła.
Towarzystwo Wydawnicze Rój opublikowało Szczury w 1932 roku w tysiącu egzemplarzach. W zdecydowanej większości przypadków recenzje były pozytywne, choć Irzykowski nazwał powieść pokraczną. Adolf Rudnicki zaistniał jako znaczący autor.
W tym czasie pani Zofia i młody pisarz kilkakrotnie się spotykali. Ich rozmowy osiągały wysoki poziom. Pisarka żałowała w duchu, że jej ulubieniec, Michał Choromański, nie miał tak „głębokiego i własnego widzenia świata”, jak Adolf. „Rozmowy z małym Rudnickim, moje czterdzieści osiem lat – i czyżby rezygnacja z moich zawsze wysokich «wielkomiłosnych kryteriów»”? – zastanawiała się w Dziennikach.
Kilka tygodni po wydaniu książki oboje spotkali się w kawiarni Bagatela.
– Dziękuję pięknie, pani Zofio, za finansowe wsparcie debiutu – Rudnicki przesadnie skinął głową.
– Och… – westchnęła usatysfakcjonowana. – Tych parę groszy udało mi się wyciągnąć z ministerstwa.
– Bez nich nie byłoby Szczurów.
– Ten tytuł… – wzdrygnęła się. – Jak pan wie…, Alku… – zmieniła formę zwracania się – piękno zawsze u mnie stało na pierwszym miejscu i często utrudniało mi życie. I w tej sprawie toczyłam w sobie walkę, no… przesadzam, raczej potyczkę między estetyką a uszanowaniem wolności twórcy. Wybrałam to drugie.
– Jestem za to pani wdzięczny. Podczas dyskusji o książce nic pani nie powiedziała o tych rozterkach.
– Pisarz ma prawo do wyboru tytułu i nikt nie powinien mu cokolwiek sugerować chyba, że sobie tego życzy.
– Tytuł prosty, z pozoru szpetny, lecz oddający istotę historii. Szczury…
– Dajmy już pokój temu słowu – odrzekła ze wstrętem. – W końcu na ilu egzemplarzach stanęło?
– Na tysiącu.
– Jak na debiut całkiem nieźle.
– Miała w tym udział pani Kuncewiczowa… – ugryzł się w język, bo nie zamierzał o niej wspominać. Podczas czynionych zabiegów w sprawie wydania książki Adolf i pani Maria zacieśnili swoją znajomość, która po krótkim czasie przerodziła się w głębszą sympatię, a następnie w miłość.
– Ach, ta Marysia. Szalenie miła osoba, ale o swoje interesy umie zadbać.
– Musiałem przekazać Rojowi wszystkie swoje prawa – Adolf szybko zmienił temat.
– Kapitalistyczny wyzysk! – pani Zofia oburzyła się. – Nie dość że daliśmy oficynie sporo złociszy, to pozbawili cię praw autorskich. Ale nie martw się, ze swoim talentem wypłyniesz na szerokie wody – pogładziła nasadę jego dłoni. Adolf uniósł jej rękę i z czułością pocałował. – „Przychodzi do mnie radosny, prawie stęskniony, czasem kapryszący, jednak zawsze przekochany. To chyba coś więcej, niż przyjaźń? – zastanawiała się. – Jeśli tylko przyjaźń, to istotna. Sama nie wiem… Mała, czerwona niteczka erotyzmu przewija się wciąż przez to moje życie, mające się ku końcowi, ale nie akceptujące klęski. Nie czuję się jeszcze stara”.
Półtora roku później Zofię Nałkowską odwiedziła Wanda Melcer. Pretekstem do spotkania było wydanie przez młodszą pisarkę nowej powieści Swastyka i dziecko, będącą polemiką z książką Przymierze z dzieckiem Kuncewiczowej. Jednak panie nie rozmawiały o książce (jej tematem była sytuacja kobiety w ciąży postrzegana jako „ubezwłasnowolnienie”, przeżycia w trakcie porodu oraz towarzyszący mu ból. Krytycy źle przyjęli powieść w przeciwieństwie do powieści Kuncewiczowej).
Pani Wanda wręczyła Nałkowskiej autorski egzemplarz z dedykacją.
– Dziękuję ci, Wandziu – pani Zofia spojrzała na pamiątkowy wpis, po czym odłożyła książkę na stolik. – Gratuluję – uśmiechnęła się sztucznie.
– Czekam na pierwsze głosy krytyków.
– Poza twórczością, której świeży owoc mi dałaś – wskazała wzrokiem na okładkę – powiedz, co u ciebie, bo dosyć dawno nie widziałyśmy się. Ooo… – przypomniała sobie – widziałam cię ostatnio, jak byłaś w ciąży.
– Faktycznie, to było dawno temu. Mam bliźnięta i… nie mam już męża – rzekła beznamiętnie.
– Domniemywam, że masz potrójną radość, choć ta trzecia przyprawiona solą. Ale nie komentuję. Co jeszcze?
– Na mieście mówi się o Rudnickim, że to uwodziciel – Melcer powiedziała ściszonym głosem.
Ostatnie słowo Nałkowska usłyszała niewyraźnie, gdyż niedosłyszała na jedno ucho, choć sens zdania uchwyciła. Ze zdenerwowania drgnęła jej lewa powieka. Dla zatuszowania emocji zatrzepotała rzęsami.
– Możesz powtórzyć? – poprosiła cicho.
– Mówią, że Adolf jest uwodziciel. Znam unieszczęśliwioną przezeń kobietę gotową dla niego, mimo jego dwudziestu pięciu lat, rzucić męża i dzieci.
– Niebywałe… – Nałkowska była poruszona.
– I wciąż uwikłany jest w romans z Kuncewiczową.
– Coś o tym słyszałam – pani Zofia poczuła w środku ukłucie, po czym dotknęła serca pod lewą piersią. – „Nie wierzyłam tym plotkom, ale widzę, że to prawda – zmartwiła się. – Jeszcze trochę, a sama bym mu uległa, gdyby był bardziej zdecydowany, drapieżny…”. – Toż to mały Don Juan – dokończyła zmieszana.
– Wszystko to dziwne, bo słyszałam też o jego niemęskim obliczu…
– Owszem jest delikatny. Ale nie przesadzasz? To plotki na granicy złego smaku.
– Zosiu, powtarzam tylko, co mówią, zresztą w złagodzonej formie. Nie oceniam.
– Masz rację, że to wszystko jakieś dziwne… – powtórzyła za Wandą. – „Czyżby w swoich zabiegach wobec dziewuch i kobiet chciał potwierdzić męskość, której być może mu nie starcza z powodu nadmiernej subtelności wewnętrznej i behawiorystycznej? Podobnie, jak Karol?” – zastanawiała się zafrasowana.
Jako się rzekło Kuncewiczowa i Rudnicki mieli romans. Ona – zbliżająca się do czterdziestki mężatka z dzieckiem i znana już autorka, on – dwudziestokilkuletni pisarz po udanym debiucie. Spotykali się w jej mieszkaniu przy placu Trzech Krzyży 8 (budynek został zburzony w czasie drugiej wojny światowej), kiedy jej mąż, Jerzy, przebywał w Kazimierzu Dolnym, doglądając budowy domu na skarpie przy wąwozie Małachowskiego. Randkowali także w Kazimierzu prawdopodobnie w hotelu Berensa, który został później uwieczniony przez Rudnickiego w powieści Lato. Jego wcześniejsza książka Niekochana również zahacza o Kazimierz. Na marginesie: Nałkowska określiła hotel Berensa jako „budę żałosną z zimną wodą w kuble do mycia i cuchnącym tezolkiem [WC] gdzieś na podwórzu”.
Pewnego dnia oboje leżeli na tapczanie w jej pokoju warszawskiego mieszkania. Rozmowa zeszła na panią Zofię.
– Co by nie rzec, jej opinia o Szczurach była decydująca – stwierdziła Maria.
– Nie umniejszaj swojej roli – pocałował ją w policzek. – Zaprotegowałaś mnie w wydawnictwie.
– Mam mały wyrzut sumienia z powodu tych pieniędzy, które musiałeś wyłożyć.
– Na szczęście załatwiła je dobra Nałka.
– Nie byłaby taka dobra, gdyby sprzątnęła mi ciebie sprzed nosa – przytuliła się do niego.
– Doprawdy? – udał zdziwienie. – Marysiu, nie tlił się we mnie w jej kierunku żaden płomyczek. Owszem darzy mnie sympatią, ale w tamtym czasie była zakochana w kim innym.
– W kim innym… – powtórzyła ironicznie. – Porzuć tradycyjny punkt widzenia. Ona potrafi być zaangażowana w kilku mężczyznach równocześnie. – Po chwili pauzy rzuciła w stronę sufitu: – Wybacz, Zosieńko, wiesz, że cię uwielbiam.
– Chyba by się nie obraziła, choć niewątpliwie jest nadwrażliwa.
– Z pewnością swędzą ją uszy – zażartowała.
– Choromański, Łaszowski, Kuczyński… Wszyscy przechodzą przez jej ręce.
– A ty przez moje – wymsknęło się jej i natychmiast pożałowała tych słów. – Przepraszam cię, Aleczku – objęła go i pocałowała w szyję.
Rudnickiemu zrobiło się przykro, choć nie dał tego po sobie poznać.
– Nie należę do obrażalskich – rzekł sucho. – Ale skoro już jestem w twoich ciepłych rękach, powiedz czy twój… – wzrokiem wskazał na zdjęcie Jerzego Kuncewicza wiszące na ścianie – wie o nas?
– Musisz teraz o tym?
– Wie? – nalegał.
– Wychodząc za niego zwalczyłam siebie, nie byłam zakochana. Nie było między nami miłosnego czadu, ani nałogu wspólnej sypialni.
– Wie? – powtórzył z naciskiem, nie zainteresowany jej stosunkiem do męża.
– Dawaliśmy sobie dużo swobody, choć on dał mi dłuższe lejce.
– Więc? – zżerała go ciekawość.
– Już ci odpowiedziałam.
– Nie przeszkadza ci to, co robimy? – zaskoczył ją.
– Alek, co ty nagle tak poważnie? – przestraszyła się.
– Wbiłem się klinem między ciebie a niego.
– Proszę, przestań! – zdenerwowała się. – Wszystko to mam logicznie poukładane.
– Brakuje mi twojej logiki. Nie potrafię zastosować jej praw do mojego chaotycznego żywota. Te nasze sprawy… – przerwał, nie wiedząc, jak dokończyć myśl.
– Te sprawy to nie tylko biologia i poryw serca, to coś znacznie poważniejszego: porozumienie dusz. Mówiłam ci kiedyś, że przez całe życie nie doznałam prawdziwego szczęścia. I teraz, gdy poczułam z tobą jego ambrozyjski smak, mówisz mi takie rzeczy?
Adolf, widząc jej nastawienie, nie chciał ciągnąć rozmowy. Przytulił ją, całując obok ust. Maria wtuliła się w niego, powstrzymując płacz. Po długim czasie niepokojącej ciszy usnęli.
Nad ranem Rudnicki stał ubrany przy drzwiach wyjściowych. Kuncewiczowa podeszła, chcąc go objąć. Ten niespodziewanie chwycił ją za nadgarstki, uniemożliwiając przytulenie się.
– Marysiu, nie chcę dłużej być przyczyną twego dyskomfortu – powiedział łamiącym się głosem.
– O jakim dyskomforcie mówisz? – zirytowała się. – Nic takiego nie odczuwam. – Tak, jak teraz, jest dobrze.
– Jak może być dobrze, skoro jestem ościeniem w waszym związku.
– Mówiłam ci już, że moje pojmowanie spraw jest inne. Jerzy też ma coś za pazurami. Spotyka się z jakąś kazimierzanką…
– Rewanżujesz się?
– Jestem ponad to.
Rudnicki chwilę zastanawiał się nad czymś.
– Nie mogę, nie mogę… – rzekł bezsilnym głosem na granicy żalu.
– Alku drogi, spójrz wreszcie realnie na świat jaki jest, a nie jaki chciałbyś, żeby był. Jesteś ponadprzeciętnie inteligentny i dojrzały a dręczą cię młodzieńcze ideały, które w zderzeniu z rzeczywistością rozlatują się w pył – odparła niemal cynicznie.
„W pył miłosny …” – dopowiedział w duchu.
– Wybieram durne ideały. Było przeanielsko, ale to nie może trwać wiecznie. Na początku naszej… – zawahał się – wspólnoty powiedziałaś, że cokolwiek by się działo, będziesz z nim do końca.
– Jego miłość jest większa od… – przerwała, nie chcąc dopowiedzieć: „od mojej”.
Odsunął się od niej pół kroku.
– Idę… – nacisnął klamkę.
– Jeszcze nie czas, żeby to kończyć – zapłakała. – Wiecznie może nie, lecz niech będzie dłużej, niż ta staffowska chwila „zaledwo moja, już niczyja”… – wyrecytowała przez łzy.
– Ta chwila trwała kilka lat, a te były mi wiecznością – uchylił drzwi.
Kuncewiczowa rzuciła się, zamykając je.
– Nie możesz mi tego zrobić – szlochała.
– Bądź dzielna – otworzył ponownie drzwi mimo, że Maria jedną ręką je blokowała.
– Kocham cię.
– Ja też – rzucił bez przekonania.
– Więc dlaczego mnie porzucasz.
– Nadmiarowe słowo – skłamał. – Wychodzę – mocował się z nią, chcąc szerzej otworzyć drzwi.
– Jesteś strasznym człowiekiem! – wciąż szlochała. – Bezprzykładnie uroczym, a jednak strasznym. Widocznie miłość nie jest mi pisana. Wszystkiego mieć nie można.
Stał już za progiem. Chciał coś powiedzieć na pożegnanie, lecz nie potrafił znaleźć właściwych słów. Był na schodach.
– Alku, Aleczku! – zawołała błagalnie. – Jeśli tak to ma się zakończyć, wolę odjąć sobie życie.
Rudnicki, schodząc, nie usłyszał jej ostatnich słów.
Krótko potem zrozpaczona Maria Kuncewiczowa usiłowała popełnić samobójstwo.
Minęło trochę czasu. Kuncewiczowa i Nałkowska przebywały w Pradze na kongresie PEN Clubu. Nocowały w hotelu Alcron. Pod koniec pobytu rozmawiały w pokoju do późnej nocy. Pani Maria niespodziewanie otworzyła się przed starszą pisarką. Opowiedziała jej w zawoalowany sposób o paroletnim romansie z Adolfem Rudnickim, nie używając jego imienia i nazwiska. Nałkowska doskonale wiedziała, o kogo chodziło. Maria mówiła też o jego innych romansach oraz o zdradzie męża, Jerzego. Finałem opowieści była relacja o samobójczej próbie.
– Wystrzał pistoletu spowodował odrzut i kula przeszła obok lewego ucha. Reszty nie pamiętam.
– To prawdziwy cud, że wyszłaś bez szwanku – pani Zofia rzekła z uczuciem ulgi.
– Zawsze byłam rzetelna, precyzyjna, a w tym przypadku okazałam się nieudolna.
– Paradoks.
– Raczej ironia losu: nieudolność uratowała mi życie.
– Zeszło to już z ciebie?
– Wciąż czuję straszliwy niepokój. Wyobraź sobie, że mimo tych doświadczeń nie traktuję uczucia do niego, jako nieszczęśliwego – Kuncewiczowa stwierdziła z wysiłkiem.
„Inteligentna jako pisarka, a życiowo wcale nie bystra – Nałkowska myślała, widząc jej smutne oczy. – Czyż ona naprawdę nie wiedziała, że Alek zadawał się z kobietami, by wobec świata potwierdzić męskość, tuszując własną niemęskość?”.
– Jak wiesz, Marysiu, też miałam trudne miłości. W trakcie ostatniej uświadomiłam sobie, że mam dziwne upodobanie w cierpieniu. Przestraszyłam się, bo byłam bliska perwersji – odparła Nałkowska.
„Wielka pisarka, a życiowo niemądra – Kuncewiczowa zastanawiała się, patrząc na jej zamyśloną twarz, na której wciąż jaśniały ślady piękna. – Czy ona naprawdę nie rozumie, że Szymanowski nie jest zdolny do miłości wobec kobiet?”.
– Może wydawać się to dziwne, ale byłam wyrozumiała dla męża z powodu jego zdrady, natomiast nie mogłam przeboleć tego samego ze strony kochanego młodzieńca. Cierpiałam, bo dlaczego nie miałam cierpieć? Z tak zwanego obiektywnego punktu widzenia moja miłość do niego była zdradą wobec Jerzego.
– A z twojego du point de vue?
– Jamais.
– Cierpiałaś, bo może nie przebaczałaś sobie?
– Chyba nie potrafiłam. Przewaga patologii nad dramą? – Kuncewiczowa zastanawiała się.
– W takich sytuacjach zawsze staram się sobie przebaczyć, jednak cierpienia nie da się obłaskawić przebaczeniem.
EPILOG
Życie uczuciowe młodego Adolfa Rudnickiego było skomplikowane. To proste sformułowanie nie oddaje w pełni jego dramatów serca. Był urokliwym młodzieńcem roztaczającym wokół siebie „pył miłosny”, jak po latach nazwał jeden z cyklów opowiadań Niebieskie kartki (1964).
Przede wszystkim pisarz zmagał się z dwoma istotnymi sferami własnej tożsamości: z żydowskością i homoseksualizmem. Analizuje je Gaweł Janik w książce Żydowskie [nie]męskości. O przedwojennej twórczości Adolfa Rudnickiego (2019), lecz wyłącznie w kontekście dokonań pisarskich. Co do pierwszej sfery – symplifikując – prozaik dobrze sobie z nią radził. Janiak przedstawia go jako pisarza allosemitę „korzystając z kategorii, którą do refleksji nad relacjami polsko‑żydowskimi wprowadził w latach osiemdziesiątych Artur Sandauer. Mając świadomość krytyki, jaką wywołała zaprezentowana przezeń koncepcja, sięgam po nią, by ukazać możliwość jej zastosowania w odniesieniu do postawy reprezentowanej i wyrażanej przez Rudnickiego immanentnie. Powrót do pojęcia allosemityzmu stanowi próbę udowodnienia przydatności tej współcześnie zapomnianej i niedocenianej kategorii, która w przypadku Rudnickiego okazuje się niezwykle pomocna w zrozumieniu motywów, jakimi kierował się pisarz, wybierając takie, a nie inne środki artystycznego wyrazu”.
Odnośnie do kwestii jego niemęskości należy wziąć pod uwagę społeczny kontekst epoki, w której ukrywanie nieheteronormatywności było zjawiskiem naturalnym. W środowisku literackim znana była jego orientacja seksualna, o czym Maria Dąbrowska wspominała w Dziennikach: „Podobno Józio Cz. jest «także» homoseksualistą i stąd jego ta przyjaźń z młodym Rudnickim” (7 I 1936). Dyskrecję w tej mierze zachowywali także inni pisarze, jak Jarosław Iwaszkiewicz, Jan Lechoń, Witold Gombrowicz, czy Jerzy Andrzejewski, choć ich konsekwencja w ukrywaniu tożsamości płciowej była różna.
Gaweł Janik ujawnia „tajne znaki” w międzywojennym pisarstwie Rudnickiego, wskazujące jednoznacznie na jego twórczość, jako homoseksualną. Autor Żołnierzy uchodził w swoim środowisku także za uwodziciela kobiet. Być może w ten sposób maskował swoją orientację? A może był biseksualny? Interesując się płcią piękną, preferował kobiety aktywne, o mocnej osobowości, dominujące.
Pisarz miał kilka romansów. I trzy żony. Jedną z nich, Irlandkę, Marie Elisabeth O’Mahoney, zwaną Scarlet (z racji podobieństwa do aktorki Vivien Leigh), stracił podczas miodowego miesiąca, gdy przebywali latem 1950 roku w Oborach. Ta zakochała się bezprzytomnie w kompozytorze Andrzeju Panufniku, nota bene bardzo przystojnym, o czym nie omieszkała napomknąć w Dziennikach Nałkowska. Można jedynie sobie wyobrazić, jaką tragedią dla Rudnickiego było porzucenie go przez żonę po kilku tygodniach od dnia ślubu (pisałem o tym w 2021 roku w opowiadaniu Życie uczuciowe Andrzeja Panufnika:
https://pisarze.pl/2021/11/02/franciszek-czekierda-zycie-uczuciowe-andrzeja-panufnika/ ).
Cofając się o kilka lat należy wspomnieć, że Rudnicki we wrześniu 1939 roku walczył w obronie twierdzy Modlin. W 1940 roku uciekł z niemieckiej niewoli i przedostał się do Lwowa. Kiedy Niemcy zajęli miasto, zbiegł do Warszawy, biorąc czynny udział w konspiracji. Walczył w powstaniu warszawskim. Po wojnie dużo pisał o martyrologii Żydów, jest autorem określenia „epoka pieców” (tytuł cyklu opowiadań). Był płodnym autorem. Jednym z jego najbardziej znanych utworów jest powieść Niekochana (1937), która przez Janusza Nasfetera została dość swobodnie zekranizowana (1965). Pisarz zmarł w 1990 roku w wieku osiemdziesięciu jeden lat.
Franciszek Czekierda





