Patrzył na drzewo za oknem. Jego, szamoczące się z wiatrem gałęzie, na tle błękitu nieba wydawały się czerwienić. Nie wiedział, co to za drzewo. Nie znał jeszcze tutejszych drzew. Dotąd nawet się tym za bardzo nie interesował. Jego życiem była poezja i śpiew. Ale przyjechał tu, aby coś zmienić. Wyjechał daleko. Bardzo daleko.
W nowym miejscu kończył akurat rozstawiać półki na książki, a na nich książki. Całe ich stosy leżały wszędzie na podłodze. Będzie je sobie czytał i układał piosenki. Obiecał też pisać o swych tutaj przeżyciach, spostrzeżeniach. Na razie nowość wszystkiego, niespodziewana odmienność, wzbudzały w nim lęk. Nie wiedział, co się kryje za rogiem domu, który przygotowali mu przyjaciele.
A gdy zamarł w bezruchu, usiłując przegonić niepokój, stanęła w drzwiach Aldona i powiedziała, że nie będzie już za co kupić jutro chleba.
Tego się nie spodziewał!
Nagle te wszystkie książki na podłodze i półkach, cała jego sława, stały się niczym, bo trzeba jeść. Chleb jest ważniejszy! I pieniądze. I wtedy żona dodaje swoje, co od kilku tygodni powtarza coraz śmielej:
– Musisz poszukać sobie pracy. Zanim wejdziesz w śpiewanie. Jakiejkolwiek!
Rzuciła to i wyszła. Aby nie zdążył odpowiedzieć jeszcze głośniej. Zanim ona dopowie:
– Ty nie znasz życia!
On, nie zna życia? Przecież pisze w swych pieśniach o życiu! O jakim ona, zajęta sprawami przyziemnymi, nie ma pojęcia.
On o walce dobra ze złem, ona o pieniądzach na chleb.
Powtarzała to coraz częściej, a on temu nie wierzył. Miał szukać jakiejkolwiek pracy? Padały już sugestie o taksówce, ale nie znał jeszcze na tyle tego miasta. To więc odpada. Zabrać się do murarki? Szkoda rąk, przywykłych do strun gitary.
On, poeta? Bożyszcze tłumów, miałby stanąć do byle roboty? Ale tamta sława tu chleba nie daje. Siedzi już tu tyle dni i nie śpiewa. Nikt nie klaszcze. Czuje się, jak tamten kwiat w niedostępnym miejscu gór, któremu kiedyś współczuł, że niczyje oczy go nie oglądają. On sam kwitnie teraz nadaremno.
Leniwie wyciągnął z kieszeni długopis i nieco zmiętą kartkę, bo nie chciało mu się nawet podejść do biurka, a jakąś zawsze musiał mieć pod ręką, i kładąc ją na czytanej akurat książce, zapisał:
„Kwiaty niepatrzone przekwitają cicho.”
Wiedział, że nie ma takiego słowa: „niepatrzone”, nawet nie zaglądając do słownika, ale tylko ono mu pasowało, bo czym innym byłyby: kwiaty niewidziane, nieoglądane, tylko właśnie takie, na które nikt nigdy nie patrzy. I przekwitają cicho, jakby to on zamykał koncert, na który nikt nie przybył. Nigdy mu się to nie zdarzyło, ale nieraz tak sobie wyobrażał. Pojawiało się nawet w snach.
W tym momencie „kwiat niepatrzony” spasował mu do pieśni o niekochanej dziewczynie. Współczuł tak kiedyś jednej takiej, ale dopiero teraz zrozumiał jej odczucie i miał motyw piosenki. Była niekochana, dla nikogo nieważna, nieomal nieobecna, a tak smutna, że aż szara. No to już nabiera sensu. Byle to wymyślone słowo zastąpić poprawnym. Takim banalnym: „nieoglądane”. A, zresztą i tak chyba musi to zrobić od razu po angielsku. Tylko wpierw podszlifuje ten język.
A tu nie ma na chleb!
Powinien pomóc tamtej dziewczynie, ale nie był wolny. Ona samotna więdła. Nie miał kto ożywić jej swym zachwytem. Jak kwiat, którego nikt nie podziwia. Ona była właśnie „niepatrzona”!
Nie ma wprawdzie na chleb, ale piosenka już mu się klei. Może nawet przyjmą to błędne słowo jako nowe, skoro to on wymyślił. Przecież go słuchali!
Sam wiedział, że jest zdolny. Wszędzie widywało się jego nazwisko. Śpiewał własne piosenki, grając na gitarze. Oklaskiwany bez umiaru, bisujący i wszędzie zapraszany. Proszony też o komentarze, wywiady, felietony, nawet eseje. Pisał wszystko i wszystko przychodziło mu lekko.
Nie wiedział tylko, że trzeba pracować na chleb. On tylko śpiewał, a świat bił mu brawo. Dotąd ma w oczach te zachwycone tłumy na koncertach. Entuzjastyczne recenzje. Propozycje. Wszystkie drzwi się przed nim otwierały, Nie dotykał nawet klamek!
Tylko zatargał strunami gitary, wykrzyknął pierwsze słowa piosenki, tłum na sali zrywał się i zamierał w kataleptycznym uniesieniu zasłuchania.
Dopiero, gdy kłaniał się, unosząc gitarę nad głową, odzyskiwali oddech. Krzyczeli klaszcząc i krzycząc, jakby chcieli podjąć z nim dialog. Lecz on miał piosenki, oni tylko zwierzęcy krzyk. Podnosił rękę i milkli. Siadali na ten gest czy stali aż do końca koncertu sami potem nie wiedzieli.
Tak było za każdym razem! Hipnotyzował starych i młodych swym chrapliwym głosem w buncie przeciw światu., a zarazem zachwycie dla świata. W walce o ojczyznę i przeciw jej kolcom, które go raniły, a które tłum na widowni czuł w tym momencie boleśnie w swoim ciele.
Tak było za każdym razem.
A teraz nie ma na chleb. Jak to się stało?
Ktoś zapukał natarczywie w drzwi pokoju. I jeszcze raz głośniej. Nawet nie chciało mu się odwrócić w tamtą stronę. Dopiero, gdy usłyszał głos przyjaciela, podniósł na niego oczy, w których migotała tęczowo łza.
To on go namówił na ten przyjazd. Teraz zamilkł i usiadł ostrożnie na drugim krześle.
Długo siedzieli bez ruchu. W końcu, gdy już było mu wszystko jedno, otarł oczy rękawem swetra i oznajmił:
– Nie wyszło mi to…
Krystyna Habrat





