Strona główna Rok 2025 Nr 585 Adam Tomczyk – Swój chłop

Adam Tomczyk – Swój chłop

0
194
Franciszek Czekierda

Piotrowi Dereniowi śnił się czerwony kur. Każdej nocy coś się mu śni. Przeważnie po obudzeniu żadnego snu nie pamięta. Może tylko jakieś fragmenty, urywki, których poskładać w żadną fabułę nie może. Patrzy w okno, o śnie myśli i pustka. Zdawałoby się, że już trybiki podświadomości zazębiają się, twardy dysk segreguje pliki, gigabajty układają się w graficzny obraz i gdy treści dla niego Piotr szuka, cała pamięć snu ulatuje, odchodzi do głębokiej podświadomości, i żadną miarą wydobyć jej stamtąd nie jest w stanie. Zamyka oczy, może znowu uśnie i sen wróci? Wtedy jeszcze dośni, bo przecież zdarzały się już w jego snach całe seriale. Co noc śnił kolejny odcinek.
Teraz też pomyślał, że to tylko sen. W jego śnie kogut w połyskliwych piórach w odcieniach brązu, żółci i czerwieni, z krwistymi wolami zwisającymi mu na długą szyję i z grzebieniem na czubie małej głowy, przechadzał się dumnie po kalenicy stodoły i piał aż do zachrypnięcia.
Piotr Dereń ubrał się. Wszedł do kuchni, by włączyć czajnik, podniósł żaluzje w oknie i spojrzał na stodołę. Nad kalenicą jaśniało jasne wrześniowe słońce. Wyglądało jak kula miodu. Zapowiadał się dzień piękny, jeden z tych kończącego się lata, który oznajmia złotą jesień pełną nostalgii, zadumy i żalu.
Na szczycie dachu koguta nie było, bo i skąd kogut. Przecież kur nie chowa już dawno i sąsiedzi zaopatrują się w jaja i drób w Delikatesach Centrum. Stodoła stoi cicha, jakby jeszcze spała, schowana pod dużą płachtą dachu, który schodzi nisko i jak rondem kapelusza przykrywa dwie szopy od strony podwórza. Stoi już lat sześćdziesiąt. Jest starsza kilka lat od Piotra. Dla niego była od zawsze. Dawniej z ojcem zwoził do niej drabiniaste wozy pełne siana, a w porze żniw plony czterech zbóż. W letnie noce spał na sianie, zwłaszcza wtedy, gdy wracał nad ranem z wiejskiej zabawy. Teraz stodoła od lat nie jest już używana. Trochę w niej tylko starego siana i słomy już zetlałej, którą wybiera do ściółki w chlewie. W szopach stoją gospodarskie narzędzia. Jest też po ojcu jeszcze wóz rachwiak, drabiny wiszą na słupach oddzielających boisko od sąsieka i stoi w kącie młyn do mielenia zboża na paszę dla trzody. Stodoła zamyka podwórze od strony ogrodów. Wiatr już tak nie wieje, śniegu w zimie nie nadmie, bo ochrania. Bez niej wiatry przelatywałyby rozpędzone od lasu jak szalone. Pewnie, że świat by się rozrósł, perspektywa wydłużyła aż po horyzont, ale podwórze straciłoby całą swoją spokojność i azyl.
Piotr dokonał w łazience porannych ablucji. Wypił kawę, do torby zapakował kanapki zrobione wieczorem przez żonę i poszedł na plac przed remizą, skąd codziennie odjeżdżał do pracy w pobliskim mieście. Obok budynku mieszczącego garaż na samochód straży pożarnej i świetlicę na zebrania nie tylko druhów, sikawkowych i ogniomistrzów, ale przede wszystkim na zebrania wiejskie, na betonowym podeście stał stary przedwojenny wóz z pompą na cztery pary rąk. Jeszcze zeszłego lata naczelnik straży kupił odpowiednią ilość czerwonej farby olejnej i kilku młodych strażaków czy też kandydatów na strażaków wymalowało ów wóz z pożarniczą pompą. Również w tamte wakacje ogrodzenie naczelnika straży pożarnej w Przywałach zmieniło kolor z wypłowiałej zieleni na ognistą czerwień.
Dereń tak często patrzył na obejście remizy, że nie zauważał nic, co było w normie, bo norma, jak drzewa w sadzie, nie dziwi i nie zwraca uwagi. Zauważyłby z pewnością ów wóz z pompą na cztery pary rąk, gdyby z betonowego podestu wóz zniknął, albo gdyby przemalowali go na zielono. Z boku budynku stała wysoka wieża do suszenia strażackich węży. Pod dachem wieży wisiały węże jak długie szare dżdżownice. Kołysały się lekko i obijały się aluminiowymi złączkami o siebie, wydając metaliczny odgłos. Czubek kopertowego daszku dekarz przyozdobił blaszanym kogutem. Kogut obracał się wokół swojej osi i wskazywał kierunek wiatru. Wiał lekki wiatr.
Dobrze, że wczoraj po południu było cicho. Spokojnie spłonęła stodoła na krańcu wsi u Genowefy Kozioł. Odkąd zmarł jej mąż, gospodarzyła sama. Takie nieszczęście, ale na pocieszenie ogień szedł prosto w niebo jak miła Bogu ofiara Abla. Dymu też wiele nie było, w sam raz tyle, żeby pożar zauważyć i strażacy syreną na alarm zawyli trzykrotnie. Suche wszystko jak pieprz. W jeden sąsiek wbudowana stajnia z pustaków, a na jej stropie resztki siana, słomy i kilkanaście wiązek chrustu. Jakby na ogień to wszystko czekało. Ledwo strażacy węże rozciągnęli, już palił się dach.
Strażak Zdzichu bardzo się wyróżniał, biegł z wężem ssącym do pobliskiej sadzawki, niósł go sam nad głową, jak jaki atleta, a za nim czterech z motopompą, inni już rozrzucali węże i sprawnie je łączyli. Uruchomili motopompę, węże puchły, prostowała je woda, która wytrysnęła strumieniem w płomienie.
Zdzichu był trzydziestoletnim mężczyzną. Rzadko kto mówił do niego po imieniu, raczej zwracali się do niego Klekot. Takie nosił przezwisko już od wczesnych lat szkolnych. Sylaby powtarzał po kilkakroć, zanim cały wyraz przeczytał i stąd przezwisko Klekot przylgnęło do niego. Wreszcie w klasie siódmej nauczył się czytać bez tego klekotania, ale przezwisko przy nim zostało. Dobrze, że urodził się w sierpniu, bo osiemnastkę obchodziłby w ósmej klasie. Skończył tylko jedną szkołę – podstawową. Od tego czasu Klekot co rano szedł do sklepu, tam przysiadał na chwilę, na pierwsze śniadanie wypijał browara i już któryś z gospodarzy brał go do roboty. Na zachętę do pracy dostawał od gospodarza butelkę piwa, w okolicach godziny dziesiątej śniadanie i obiad w porze obiadowej. Zdzichu Klekot po obiedzie znowu wypijał zimne piwo, po czym z niechęcią wracał do pracy. Wracał tylko wtedy, gdy robota była pilna lub zespołowa, jak przy murarce, ale wówczas przy podwieczornym poczęstunku liczył na napitek. Zazwyczaj dniówka dla niego miała osiem godzin. Mawiał: Trzeba szanować robotę i siebie.
W drodze powrotnej za sklepem wypijał kolejnego browara i zachodził do remizy strażackiej. Był strażakiem pełną gębą. Miał mundur. W czasie zabaw strażackich w remizie zawsze do północy pilnował porządku. Do północy można było na niego liczyć, bo później sam zwalniał się z takiego obowiązku. – Mnie też się coś od życia należy – bąknął do komendanta i szedł pić. Zasypiał potem gdzieś w kącie, a rano znów był na posterunku i pomagał sprzątać butelki, składać stoły i krzesła, i piwem leczył kaca. W zawodach pożarniczych zawsze biegał z wężem ssawnym, tak przygotowywał się do prawdziwej akcji. Klekot dołączył kolejnego węża do rozgałęzienia i lał wodę w róg, gdzie pokazywała wdowa. Samotna gospodyni ręce załamywała, prosiła:
– Chłopaczki, a lejcie, lejcie tam w ten róg, tam bryczka po moim jeszcze całkiem dobra. A kupca miałam, głupia byłam, bo sprzedać mogłam. Lejcie chłopaczki tam, lejcie. Po chwili dach spadł, snop iskier w niebo się wzbił i tyle. Widział Piotr to dogaszanie i słyszał lamenty wdowy, bo z pracy wracali i zatrzymali się tak ze zwykłej ciekawości.
Piotr otrząsnął się ze wspomnienia wczorajszego pożaru, spojrzał na wieżę i zobaczył czerwonego kura jak ze swego snu. Na drodze zatrzymał się samochód.
– Co, Piotrek, jeszcze śpisz? – spytał kierowca, otwierając drzwi.
Dereń wsiadł i pojechali w stronę powiatowego miasta.
Jesień raczej nikogo nie zaskakuje. Krótsze dni, chłodniejsze i trochę pluchy, by się do gorszego przyzwyczaić. Pod koniec listopada spadł śnieg. Cienką warstwą przyprószył brudy ziemi. Dobrze, że lekki mróz uwięził go na dłużej, nie topniał. Resztki liści z drzew zwiewał jeszcze jesienny wiatr i grzęzły te liście w śniegu, butwiały, i znowu buro, brudno i brzydko, tak aż do Barbary. Wtedy dosypało solidnie. Kłęby białego puchu siadły jak poduchy na gałęziach jodeł i świerków wokół domu Piotra Derenia. Białe baldachy cieszyły oczy. – Boże jak pięknie – pomyślał Piotr. – Oby tak do wiosny.
Ale przecież nie po to w skarbnicy ludowych mądrości jest przysłowie, by się nie sprawdziło. Jest już w tych przysłowiach związanych z pogodą jakaś samospełniająca się przepowiednia, że jak „Barbara po lodzie, to Boże Narodzenie po wodzie”. A choćby i zdarzyło się inaczej, to kto będzie tego dochodził? Każdy ma swoją pamięć i tylko to, co chce pamięta. Ale przypomnienie tego przysłowia zmąciło dobry nastrój Piotra Derenia. Rzeczywiście po połowie grudnia mróz zelżał, napłynęły temperatury dodatnie i stopniał śnieg tym szybciej, że przez jeden dzień padał deszcz. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Po niebie przelatywały rzadkie chmury, tak wysoko, że z tego żadnych opadów nikt się nie spodziewał. W nocy mróz ścinał ziemię i wypogadzało się na tyle, że zwiastowało to większy mróz i białych świąt raczej nie było się co spodziewać.
Wigilia wypadała tym razem we wtorek, ale Dereń wziął sobie kilka dni urlopu już wcześniej, bo zaplanował przed świętami świniobicie. Masarz obiecał przyjść w piątek. Dereniowa była trochę niekontenta. Jakże to tak w piątek, w dzień postny mięso próbować – roztrząsała w myślach. Kiełbasy kawałek świeżej musi sobie odmówić, a lubi. Pokusa nie do odparcia, będzie to dla niej próba charakteru. Ale cóż poradzić, mistrz masarski Franciszek Kania już od Barbórki był rozrywany. We wsiach okolicznych szlachtował świnie, robił wyroby, a do domu tylko na noc zjeżdżał utrudzony pełen zapachu swojskiej kiełbasy, wędzonych boczków, czosnku i mięsa.
Do Piotra Derenia mistrz masarski Franciszek Kania przyjechał przed siódmą rano. Już wrzała woda w parniku. 120 kilogramowy wieprzek po uderzeniu obuchem siekiery między oczy, tylko kwiknął cieniutko i przednie nogi zgięły się mu w kolanach. Osunął się na betonową posadzkę obory. Mistrz Kania wprawnym pchnięciem noża przebił mu serce pod łopatką. Wieprzkowi oczy zwolna zachodziły mgłą i z całą krwią łapaną do miski uchodziło z niego świńskie życie. Masarz wraz z gospodarzem ostrymi nożami skrobali twardą szczecinę z ciała wieprzka, polewając je gorącą wodą. Po niespełna godzinie wieprz już wisiał na hakach rozpołowiony i pozbawiony wnętrzności. Piotr Dereń przeniósł półtusze do obszernego pomieszczenia. Był tam piec kuchenny i stały przygotowane stoły do rozbioru mięsa.
Przed południem Piotr rozpalał ogień pod blaszaną wędzarnią, gdy w trawiasty podjazd przed bramą jego domu zajechał samochód marki Toyota. Z samochodu wysiadł proboszcz tutejszej parafii ksiądz Dariusz Opioła.
– Szczęść Boże, panie Piotrze.
– Bóg zapłać – odrzekł.
– Ale dobrze trafiłem. Świniobicie widzę i już czuję, że będzie kiełbaska.
– A, na święta tradycyjnie szlachtuję wieprzka.
– No właśnie święta, a te szyldy i klamki pan już wyczyścił?
– Owszem, wyczyszczone, księże proboszczu, aż błyszczą. Jutro przed południem zamontuję.
– Ale, panie Piotrze, nie mam sumienia już pana kłopotać. Kościelny bez pracy się szwenda, to jeszcze dzisiaj je założy do drzwi.
Piotr z garażu przyniósł w tekturowym pudełku cztery pary mosiężnych szyldów i klamki. Jedną parę szyldów wyjął i podał księdzu. On oglądał dokładnie i mlaskał z zadowoleniem.
– Świetna robota, świetna. Błyszczą jak lustro. Co za poler? Ogolić by się można do takiego lusterka. Ile się należy, panie Piotrze?
– Co też ksiądz proboszcz! To na Bożą chwałę. – Nazbyt teatralnie żachnął się Piotr Dereń.
– No ale koszty?
– Cieszę się, że mogłem pomóc.
– Bóg zapłać. Bóg zapłać, panie Piotrze.
Dereniowa wyszła z domu i z zafrasowaną miną podeszła do księdza, gdy już miał odchodzić. Pochwaliła Boga na przywitanie.
– Szczęść Boże, pani Heleno, widzę że dzisiaj dużo pracy? – proboszcz zagaił rozmowę.
– Ano tak wypadło w piątek. Dzień postny, a czy grzech będzie wyrobów trochę spróbować, kiełbasy świeżutkiej? – spojrzała na księdza.
Ten uśmiechał się milcząco, odpowiednich słów w głowie szukał, a Dereniowa jeszcze dodała:
– Taki mam kłopot, bo u spowiedzi już byłam – oczy spuściła, jakby się do wielkiego grzechu przyznawała.
Proboszcz najpierw spojrzał na Piotra Derenia, który minę miał zakłopotaną i znowu skierował wzrok na Helenę Dereń, oczekującą odpowiedzi rozgrzeszającej, niechby i jakiej pokuty nawet, i odrzekł:
– Jakby ze dwa pęta kiełbasy na plebanię trafiło, to i grzechu nie będzie. Dyspensy udzielam, pani Heleno. Próbować można, ale nie przesadzać, zwłaszcza z kiełbasą jeszcze ciepłą.
Uśmiechnął się ksiądz zadowolony, że taki koncept udało mu się na poczekaniu wymyślić. Piotr Dereń też zaśmiał się serdecznie i odprowadził księdza do samochodu. Wczesnym popołudniem już kiełbasy były w jelita napchane, wykrojone sztangi boczków. Schaby i żeberka, w porcjach do obiadu, Helena zapakowała w foliowe woreczki i poukładała w lodówce i zamrażarce. Piotr palił pod wędzarnią drewnem z jabłoni, śliwy i jałowca. Dym uchodził pachnący, snuł się w sąsiednie zabudowania, drażnił podniebienia. Wędził cztery drążki kiełbas i jeden drążek boczków oraz dwie karkówki oplecione sznurkiem. Franciszek Kania w oczekiwaniu aż dogotuje się głowizna, wieprzowe nóżki, skórki, serce, wątroba, podgardle i obrzynki mięs na salceson, pasztet, i kaszankę, przygotowywał zaprawę do moczenia szynki.
Dodawał saletry, odpowiednich przypraw, a Piotr Dereń delektował się usmażonym móżdżkiem wieprzowym na cebulce. To jego przysmak w każde świniobicie. Naraz przez uchylone drzwi wdarł się do izby przeraźliwy krzyk Heleny Dereń:
– Pali się! Chłopy, pali się!
Krzyk wyrwał ich z tego zamyślenia i smakowania. Wypadli obaj na podwórze. Mistrz masarski Kania w jednej dłoni trzymał warzechę, a w drugiej torebkę ingrediencji. Piotr z ustami pełnymi wieprzowego móżdżku padł na kolana przed wędzarnią, móżdżek przełknął i zanim drzwiczki wędzarni otworzył jeszcze wyrzekł:
– Pewnie, kurwa, boczki spadły.
Ale pod wędzarnią paliło się łagodnie, lekko tylko skwierczał tłuszcz, który kapał na rozżarzone polana. Dym łzawił mu oczy.
– Gdzie? Co się pali? – spytał żony.
– A tam, u Ziejki, stodoła się pali – pokazała dłonią przed siebie.
Za połacią ogrodów widać było dym i ogromne jęzory ognia.
– Znowu pożar – rzekł Kania. – Który już w tym roku? Trzeci, czy czwarty?
– Trzeci. W lipcu był u Janka Króla w Ulicy, we wrześniu za wsią u Gienki Kozioł i ten trzeci.
– Ktoś podpala. Że się też Boga taki nie boi? To musi być bez sumienia i rozumu.
– Pilnować trzeba, a złapać i łapy utrącić, by się opamiętał – zakończył te rozważania Piotr Dereń.
Z pobliskiej remizy już dochodził ryk syreny. Wyła coraz głośniej aż wibrowało powietrze. Drogą biegli w tamtą stronę ludzie, jakiś strażak szybko jechał samochodem i zahamował z piskiem opon przed bramą strażackiej remizy. W przerwach pomiędzy sygnałami alarmu słychać było nawoływania, a po chwili już wyjechał na sygnale wóz straży pożarnej w Przywałach marki Żuk w stronę płonącej stodoły.
Mistrz Kania wyjął z kotła pół świńskiego łba i sprawdzał czy mięso odchodzi już dobrze od kości.
– Jeszcze z pięć minut i można wyjmować, a później w tym rosole ugotować cztery kilo kaszy!
Spojrzał w stronę pożaru, zaciął usta w złości, z niedowierzaniem pokręcił głową i wszedł do izby.

Wiosna przyszła jakoś tak późno. – Pogoda na święta zapowiada się ciepła, tylko w świąteczny poniedziałek trochę deszczu na krańcach wschodnich. – Tak powiedzieli w telewizji. – To tak na śmigus – dyngus, by tradycji stało się zadość. Na taką prognozę cieszą się starsi, bo młodzi nie będą w deszczu z wiadrami za dziewczynami biegać. A i deszcz potrzebny na wiosnę. Dla młodych, cóż tam deszcz, będą chcieli, to wiadro weźmie czy sikawkę z butelki po napoju sobie zrobi i już dziewczyny będą uciekać z piskiem – uśmiechnął się Piotr na wspomnienie swoich chłopięcych lat. – Choćby i tego zwyczaju nadużył, to przecież tradycja rozgrzesza. Nawet zapomnianą tradycję palenia Judasza już kilka lat temu reaktywowali, ale to nie jest w porządku – pomyślał Piotr Dereń i wrócił do domu.
Od poniedziałku wielkiego tygodnia chłopcy z Przywał zwozili stare opony na przyczepie za traktorem i na skrzyni zdezelowanego lublina. Składali je za stawem. Właściciel złomowiska pojazdów z chęcią dawał im opony, które i tak musiałby wysyłać do utylizacji i jeszcze za to zapłacić. Chłopcy liczyli na kilkadziesiąt sztuk, ale właściciel „Złomtechu” z Okolic okazał się tak hojny, że zabrali od niego trzysta opon. Kilkadziesiąt sztuk dostali jeszcze od kilku okolicznych transportowców, bo na podwórzu już im te zużyte zawadzały. Rosła sterta starych łysych opon nad stawem układana na wiązkach zeschłego chrustu i balach słomy. Układali je tak, by ogień sycił się powietrzem zasysanym przez lufciki od dołu. Nic dziwnego, przecież to chłopcy po pożarniczym przeszkoleniu. Syn naczelnika OSP w Przywałach był już dowódcą drużyny pożarniczych druhów. On miał największe staranie, by opon zwieźć jak najwięcej. Koszty wydane na paliwo zawsze się zwracały po sprzedaży drutu z wypalonych opon i jeszcze zostawało na dobre piwo. Tradycja i pożytek. Dwa w jednym. Takie myślenie dodawało im zapału. Był z nimi także Zdzichu Klekot, już podpity na zapas, bo jutro post, piwa do ust nie weźmie, aż dopiero w sobotę po poświęceniu pokarmów obiecał sobie walnąć browara.
Plac pod to ogromne ognisko był już wyczyszczony z wszelkich suchych traw, liści i gałęzi, i obłożony wokół kamiennymi głazami. Wszystko przepisowo, według instrukcji. Trzysta siedemdziesiąt opon, to dopiero będzie palenie Judasza. Niech swoją zdradę zapłaci w płomieniach, niech udusi się gęstym dymem – cieszyli się chłopcy. Przecież ich ojcowie i dziadowie też palili Judasza. To co że badylami wrotyczu, nawłoci, zeschłym trawami i gałęziami tarniny? Teraz świat poszedł do przodu, trzeba palić oponami! I nie czekali już na wieczorne nabożeństwo pierwsze z paschalnego Tri Dum. Swoje ognisko zapalili już po południu. Ogień trawił zeschły chrust i bale słomy łapczywie, i już po chwili jęzory ognia syciły się gumą opon dla lepszego zapłonu polanych zużytym olejem silnikowym. Wielkie ognisko przypominało jakąś ogromną dymarkę. Dym uchodził kanałami i w górze łączył się w czarne kłęby chmur, tak wielkie jak kontynenty. Wiatr przenosił je nad stawem i polami w rejony sąsiedniej gminy i sąsiedniego powiatu. Ogień zasysał świeży tlen przez dolne kanały i rósł krwawymi jęzorami. Pożarnicze nauki nie poszły na marne. Cieszyły się oczy Zdzicha na taki widok niecodzienny. Chciałby ratować, walczyć z ogniem. To wyzwalało w nim adrenalinę i myśli wtedy miał jasne, jakby oświetlone łuczywem. Słuchały tych myśli jego ręce, nogi i oddech, i serce jego wpadało w podniecający rytm. Ale teraz wiedział, że ten ogień ma do cna wypalić Judaszowy grzech. Palił się Judasz zdradziecki i na twarzach pozostałych też malowała się satysfakcja, że tak panują nad ogniem i dym ogromny czarny jak smoła Judaszowej zdrady widziany jest daleko.
Któryś z chłopców usłyszał alarm strażackiej syreny.
– Cicho, cicho! – powiedział.
Ucichli. Nadsłuchiwali, dzwonili gdzieś telefonami komórkowymi.
– W Rudzie też palą opony i ogień do lasu podchodzi. Ha, ha! Debile – zaśmiał się szyderczo Andrzej Wyczesany syn naczelnika OSP w Przywałach.
– To co, jedziemy żukiem? – spytał Zdzichu Klekot.
– A skąd tam weźmiesz wodę!?
– Pojechała tam straż z Dębin. Mają nowego Mana na pięć tysięcy litrów, to sobie poradzą – autorytatywnie oznajmił Robert Banaś i siadł wśród kolegów na ławeczce wkopanej w skarpę stawu.
Dwie roty straży ogniowej z gminnego miasteczka Dębiny radziły sobie jak mogły. Z pożarem zagonów suchych traw, którymi w kierunku lasu, jak żmija, z sykiem sunął ogień, uwinęli się sprawnie. Zalali trawy deszczem z dwóch prądownic i odcięli ogień. Las był z tego kierunku bezpieczny, ale ogień wzniecał snopy iskier i dalej unosił je w kierunku lasu i na inne połacie łąk. Zrosili teren wokół ogniska i przystąpili do jego gaszenia. Chłopcy z Rudy na to pozwolić już nie chcieli, bo o ile strażacy uratowali las ich ojców, to przecież po to tyle opon zwieźli, aby paliły się do końca, jak każe tradycja na Judasza. Zaczęli z początku wygrażać pięściami i przeklinać kolegów z Dębin. Po chwili już ufni w swoją siłę, bo było ich kilkunastu, a strażaków tylko sześciu, rzucali w ich kierunku grudami ziemi. Bardziej krewki uczestnik obrzędu palenia Judasza znalazł kawał kija w pobliskim lesie i wymachując nim z przekleństwami podchodził śmiało do strażaków. Dowódca zastępu, widząc, co się święci, wezwał drugi zastęp straży pożarnej do pomocy w gaszeniu ognia, gdyż brakowało im już wody i powiadomił o zagrożeniu ze strony miejscowych osiłków. Dyżurny operacyjny powiatowego systemu powiadamiania pożarowego, nieświadomy sytuacji, wzywał staż z Rudy. Nie uzyskał żadnego potwierdzenia, ale na jego wezwanie pojechała straż z Kaniny. Siły się wyrównały, tak że straże już bez obawy gasiły ogień. Gdy nadjechał radiowóz policyjny, wtedy krewcy młodzieńcy z Rudy uszli w las. Ognisko dogaszano jeszcze przez kilka godzin. Wozy strażackie na sygnałach zajeżdżały do hydrantów pobierać wodę. Przybył nawet zastęp zawodowej straży pożarnej z powiatowego miasta. Dopiero późnym wieczorem utrudzeni, brudni i źli ochotnicy z Dębin wrócili do domów. Wtedy też policjantom z patrolu udało się zatrzymać jednego młodzieńca z Rudy. Miał umorusaną twarz i dłonie czarne od opon. Tłumaczył się, że właśnie gasił ogień pod lasem. Spisali jego dane.
Zaraz po świętach burmistrz miasta i gminy Dębiny Stanisław Serdeczny wezwał do siebie sołtysów wsi Ruda i Przywały, a także naczelników OSP w tych miejscowościach. Rozmowa była nieprzyjemna. Sołtysi tłumaczyli się, że nic nie wiedzieli. Owszem, młodzi opony wozili, ale gospodarze teraz opon używają do okładania folii na kiszonkach.
– I o paleniu tych opon na Judasza nie pomyśleliście w ogóle? – spytał poirytowany burmistrz.
Wzruszyli ramionami, że jakoś im to do głowy nie przyszło.
– To nie pierwszy raz już takie ognie w wielki czwartek palą, żebyście wy udawali zdziwienie. A kiszonki się przyrządza na jesieni, szanowni panowie. Sołtys ma nie tylko podatki zbierać i we wsi narzekać na burmistrza, że drogi złe. – Spojrzał na nich milczących i pomyślał, że jest teraz okazja im do słuchu niepolitycznie powiedzieć, może to do nich dotrze. – Więcej samodzielnej pracy i myślenia społecznego od was się wymaga, panowie sołtysi! – Tak zakończył mowę bardzo wzburzony i zwrócił się do naczelnika straży z Rudy.
– Panie Kamiński, proszę mi powiedzieć, gdzie byli członkowie straży z Rudy w czasie akcji gaszenia tego ognia przy lesie?
Kamiński milczał, ale oczu nie spuścił, tylko wyzywająco patrzył na burmistrza.
– To ja panu powiem, bo może pan też nie wie? Przy ogniu byli, przy ogniu. No bo jakże mieli tam nie być, skoro ogień najbliżej Rudy się palił?
Od innej strony burmistrz tą swoją mowę zaczyna, ale zaraz łupnie – pomyślał Kamiński. I rzeczywiście tu burmistrz zaatakował.
– Ale oni nie gasili! Oni podpalili! Tak, podpalili. A jak straż z Dębin gasiła, to do nich z kijami, z przekleństwami, i z groźbami. To jest przestępstwo! Policja już się tym zajmuje. Z powiatu telefony dostaję. Co się u was dzieje? – pytają. Co ja mam im odpowiedzieć? Hańba panie Kamiński! Hańba!
– Niech mi tu burmistrz z hańbą nie wyjeżdża, bo sobie nie pozwolę! Swoje dzieci wychowałem dobrze. Jeden syn jest magistrem ekonomii, drugi prawo studiuje. Niech każdy swoje dzieci wychowuje. Zresztą, o wszystkim dowiedziałem się dopiero po nabożeństwie.
– Skoro naczelnik na swoich strażaków żadnego wpływu nie ma, zastanawiam się, czy OSP w Rudzie nie zlikwidować, a uwolnionymi środkami straż w Dębinie wesprzeć. Chłopcy zasługują. Jeżdżą do każdego zdarzenia w całej gminie.
– Ja tam nie muszę być naczelnikiem i w każdej chwili mogę złożyć rezygnację – powiedział Kamiński.
– A w Przywałach też palili opony i pan też nic nie wiedział, panie Wyczesany? To tam byli wasi strażacy?
– Rzeczywiście przyznać muszę, że na wezwanie nie odpowiedzieli, ale gdzie tam żukiem jechać do pożaru? Nawet by nie dojechali i wody w pobliżu nie było.
– Oni też Judasza palili. Puścili z dymem trzysta siedemdziesiąt opon. Co wyście wszyscy powariowali!? – burmistrz wstał i zaczął chodzić po gabinecie.
– Moi nad stawem palili bezpiecznie. Już od lat taka tradycja.
Burmistrz aż załamał ręce. Wyczesany widząc, że tym argumentem nie trafił, więc chciał go jeszcze umocnić i dodał:
– Kościelna przecież, wielkoczwartkowa.
– Pogańska chyba! Opony palić!? Tyle świństwa w powietrze. Rakotwórcze wszystko!
– Wiatr przewieje, burmistrzu.
O Boże, orka na ugorze – pomyślał burmistrz Stanisław Serdeczny i ciężko siadł za stołem. Głos ściszył i tylko się jeszcze retorycznie spytał:
– A w sąsiedniej gminie i jeszcze dalej jakby tak opony palili, bo tradycja zobowiązuje, to też wiatr przewieje? A choćby i przewiał, to gdzie indziej ludzie nie żyją i natura cała? Ech, panie Wyczesany, jakże tak można myśleć?
W czasie tych poświątecznych dni trwało jakieś dochodzenie w sprawie palenia opon i gróźb kierowanych do strażaków z Dębin, lecz ci, choć znali każdego z tych wszystkich podpalaczy z Rudy, nie wydali ich policji. Głównemu prowodyrowi, który z dębowym kijem na nich nastawał, po lekcjach w dębińskiej zawodówce, gębę stłukli i tak przydusili, że ze łzami w oczach przyrzekł, iż już nigdy Judasza nie będzie palił.

Zdzichu Klekot obudził się późno. Majowe słońce przez okno świeciło mu w oczy. Wstał. Bolała go głowa. Nic dziwnego, miniony wieczór pił u Janka Skiby samogon pędzony z cukru i owocowych kompotów. Degustacja przeciągnęła się do późnych godzin nocnych. Maszyneria do produkcji samogonu pracowała wytrwale i wydajnie. Biesiadnicy nie mogli się nachwalić destylatu. Janek Skiba był dumny ze swojego urządzenia. Alembik tej aparatury miał pojemność około piętnastu litrów, był zrobiony z nierdzewnej stali. Od niego w górę szła wysoka kolumna rektyfikacyjna zaopatrzona po drodze w pojemnik z aktywnym węglem. Od kolumny szła wężownica oziębiana bieżącą wodą z kranu. Skroplony alkohol spływał ciurkiem do emaliowanego garnka już chłodny. Prosto do picia.
Janek Skiba próbował tłumaczyć Klekotowi i Staszkowi Podrazie zasadę działania aparatury, ale oni nie byli zbyt biegli w tych zagadnieniach, co by nie powiedzieć techniczno-chemicznych. Nie interesował ich proces technologiczny, żadna temperatura podgrzewania, proces destylacji i czyszczenia, raczej skupieni byli na efekcie końcowym. Natomiast Edek Sagan kiwał głową z uznaniem, że ten węgiel tak wychwytuje te różne fuzle i związki obniżające walory smakowe samogonu.
– Rzeczywiście nic drożdżami nie jedzie.
– A bo zacier był klarowany białkiem z kurzych jaj.
Zdzichu Klekot popatrzył w kieliszek pod światło i z uznaniem powiedział:
– PKWN klarowny jak kryształ – i wypił jednym haustem.
Było co wypić, dym papierosowy wisiał w powietrzu kwaśnym odorem i Jadzia – miejscowe półkurwie, swoimi wdziękami rozpalała ich namiętnie. Niezapomniany wieczór wrażeń. Ale rano Klekot poczuł pustkę, kac nie tylko pijacki, ale i jakąś desperację bezsensownego bytu. Proste natury też podlegają sinusoidalnym nastrojom. Zdzichu Klekot nie umiał tego nazwać, nawet w myślach nie potrafił sobie taki stan zdefiniować, co nie znaczy, że tego nie doświadczał. Nie jest przecież tak, że jak się stłucze termometr, to nie ma się gorączki.
Otworzył lodówkę, lecz nie znalazł w niej nic do picia oprócz mleka. Zimne mleko zawsze mu pomagało. W ten sposób uzupełniał zwarzone alkoholem białko. Pił prosto z kartonu. Do kuchni weszła jego matka.
– Do kubka se nalej! Nie papraj całego mleka!
– Całe wypije! – burknął.
– A pij, pijoku jeden! Nic nie robisz, tylko pijesz! Wstydu się przez ciebie najem, gdzie tylko pójdę!

Klekot trzasnął drzwiami i wyszedł. Pomyślał, że skosi trawę obok sklepu, dostanie wtedy butelkę piwa. Spóźnił się, za długo spał, trawnik już był skoszony. Miał w dalszym ciągu nadzieję, że dostanie na krechę, więc wszedł do środka. Za ladą stała właścicielka. Nie podała mu piwa na krechę. Ludzka rzecz potrzebującego wspomóc, a chyba nie ma większej potrzeby niż piwo wypić, gdy sucho, w ustach klejące resztki śliny i całe wnętrze człowieka na kacu rozdygotane, ale Krystynę Musiał już kilku miejscowych pijaczków wyleczyło skutecznie z takiej empatii.
– To zapałki proszę! – powiedział zawiedziony Zdzichu, kładąc drobne na ladzie.
Wyszedł ze sklepu, myślał, że pójdzie do remizy, a jak tam nie będzie nikogo, to może poczeka przy geesowskim sklepie. Ktoś może da mu jakieś zajęcie, zarobi na piwo. Poszedł jednak drużką na zaplecze sklepu „Krystynka” i ścieżką w ogrody.
Nieśpiesznie doszedł do bocznej drogi. Po przejściu kilkudziesięciu kroków zza zakrętu wyłoniła się remiza strażacka. W remizie nie było nikogo, oparł się więc o framugę drzwi i patrzył przed siebie. Kilkaset kroków na prawo od niego w górę szedł szary dym. Drogą biegła jakaś kobieta i krzyczała coś niezrozumiale, machała rękami. Wyprzedził ją na rowerze młody chłopak. Zdzichu Klekot podszedł bliżej drogi i wtedy usłyszał to, co już dawno przecież wiedział:
– Pali się! Pali się!
Zrobił kilka kroków i przekręcił przełącznik syreny alarmowej. Zbiegli się ludzie, wśród nich kilku strażaków. Jeden z nich otworzył drzwi garażu i samochód strażacki marki Żuk wyjechał z wyciem alarmu. Szczęśliwie naprzeciw zabudowań palącej się stajni była sadzawka pełna wody. Tam zdjęli ze skrzyni motopompę, a Klekot zamontował kosz na wężu ssawnym i zanurzył go w wodzie.
Ogień już trawił cały budynek. Jedna rota gasiła ogień na stajni, a druga skierowała strumienie wody na ścianę stodoły sąsiada. Stodoła była wprawdzie murowana, lecz pełna otworów do przewiewu, przez które wystawały źdźbła słomy i siana. Taki ekran wodny chronił ją skutecznie od żaru i iskier ulatujących z pożaru. Klekot znowu się wyróżniał.
Dyrygował sikawkowymi jakby był dowódcą zastępu, to znowu pobiegł i poprawił węża ssawnego, by się kosz nie zapychał mułem. Podłączył jeszcze jednego węża do rozgałęzienia trójnika i sam lał wodę bezpośrednio na ogień. Pozwoliło to trochę ujarzmić rozgorzałe płomienie.
Właściciel nieszczęsnej obory Prażuch Paweł biegał we wszystkie strony jak opętany. Rękami machał, krzyczał żeby psa spuścić z łańcucha, bo budę ma tuż przy drzwiach obory. Ktoś mu powiedział, że psa nie ma w budzie. Gospodarz siadł na ławce przed domem i głowę schował w dłoniach. Po chwili kundel do nóg mu przypadł przestraszony. Ucieszył się Paweł i już strata tej starej stajni nie była dla niego tak wielka.
Przepalają się łaty i spadają dachówki na powałę. Snop iskier wzbija się w górę jak rozbłysłe fajerwerki, ale Zdzichu Klekot deszczem z prądownicy łapie je w powietrzu i gasi, dusi je i tłamsi do dołu. Teraz już trzema strumieniami zalewają stłumione kłębowisko płomieni. Krwawe jęzory jeszcze syczą, chwieją się, przygasają, to znowu huczą i strzelają w górę jakby kominem, ale po chwili zalane wodą, kulą się w sobie, zwijają i pełzają już nisko, gasną.
Zdzichu Klekot był w swoim żywiole. Walczył jak wojownik. Sens takiego zmagania dawał mu poczucie wartości. Te kilka godzin pożarniczej akcji wypełniało go taką adrenaliną, że później przez kilka dni chodził wyprostowany. Już nie był ostatni. Piwo, które mu ktoś postawił z serdecznym słowem pochwały i klepnięciem w ramię pił zasłużenie pełen dumy i błysku w oczach, w których odbijały się jeszcze pochodnie pożaru.
Ale ten pożar już ludzi rozognił. Od dawna byli przekonani, że są to podpalenia. Póki paliły się stare stodoły na obrzeżach wsi, ich emocje i wzburzenie po kilku dniach mijało. Węże schły pod daszkiem wieży, a oni patrząc na nie pogadali w sklepie, głowami pokiwali przy piwie, że to jakiś młokos zapewne.
Ktoś wspomniał, że kilkanaście lat temu, jeszcze za komuny, też takie zdarzenia były w gminie sąsiedniej i wtedy dopiero podpalacza po piątym podpaleniu złapali na gorącym. Milicja podejrzanych przesłuchiwała na posterunku i po 48 godzin siedzieli ci podejrzani, i pałą dostawali. Tak bardzo milicjanci chcieli sprawce wykryć, że chociaż dowodów nie mieli żadnych, kazali im się przyznać. Wszyscy się przyznali, to tak, jakby się nikt nie przyznał. Wypuścili ich z aresztu.
– Tak szli na czuja, aż przy piątym ogniu wyczuli podpalacza. Jak się później okazało, sprawca polał dechy stodoły ropą, którą ojcu podebrał z beczki i przy tym oblał sobie nogawkę spodni. Przy pożarze kręcił się bez celu i taki młody milicjant wyczuł go, że niepewny i tłustą plamę ma na spodniach, to go zgarnął za wszarz do suki i na posterunek. Tam na dzień dobry lekkie wpierdol i pytania: Co? Gdzie? Z kim? Kiedy? I dlaczego? I od nowa tak przez całą noc, żadnego spania, na stojąco i znowu lolą go pomacali po udach aż pękł. Gdzie teraz kogo złapią, chyba żeby podpalacz listem do siebie adresowanym podpalał i ugasili zanim się koperta spaliła? Gdzie tam znajdą, jak podejrzanemu w mordę nie wolno dać? Kto się przyzna? Na gorącym trzeba złapać – powiedział Adam Bąk i dla zwilżenia gardła pociągnął kilka łyków harnasia.
– Na to wychodzi, że u nas jeszcze więcej pożarów będzie? – zapytał inny zaniepokojony mieszkaniec wsi.
– E tam, pilnować trzeba! – odrzekł kolejny amator chmielowego napitku.
Naczelnik OSP w Przywałach po drugim pożarze zgłosił sprawę na policji. Trwało dochodzenie, częściej patrole zajeżdżały do wsi, ale po kilku tygodniach wszystko wróciło do normy.
Różne przypuszczenia ludziom chodziły po głowach, ale nikogo po nazwisku nie wymieniali. Wzruszali ramionami i obawiali się sprecyzować podejrzenia, nawet w zaufaniu na kogoś wskazać, że się dziwnie zachowuje, niepewny i może by jego alibi sprawdziły policyjne władze.
– Samemu sprawę można mieć o oskarżenia, zszarganie dobrego imienia, zamach na osobiste dobra. Tak się jakoś przekręciło, że sprawca ma imię, dobra, prawa wszelakie i mecenasów, a ofiara tylko strach i niepewność. Co tu kogo oskarżać? Swojego trzeba pilnować, swoje dla siebie wiedzieć – mówili pomiędzy sobą.
Tylko Piotr Dereń pięści zaciskał i niezmiennie powtarzał:
– Złapać na gorącym i łapy utrącić.
Teraz pożar wybuchł w środku wsi. Ludzi obudził i odważnej mówić zaczęli, bo kłuła ich w oczy ta szczerba w zabudowie po spalonej oborze. Odsłoniła ogrody na przestrzał pól aż po rzekę. Ludzie analizowali okoliczności tych wszystkich pożarów. Policja robiła dochodzenie. Gdy przyjechał sierżant Adam Kaźmierczak do sklepu „Krystynka”, Krystyna Musiał zeznawała:
– Dwadzieścia minut, no nie więcej jak pół godziny przed pożarem Zdzichu Klekot, to znaczy Zdzisław Bieś chciał piwo na krechę, bo pieniędzy nie miał. Sierżant wyjął notes i zaczął pisać, a ona mówiła dalej.
– Ale ja na zeszyt nie daję panie policjancie. I pijakom też nie daję. Płacić trzeba. Sierżant uśmiechnął się nieznacznie, bo przypomniało się mu zeznanie pewnej pani w całkiem odmiennej sprawie. Krystyna Musiał mówiła dalej:
– To znaczy, pijany choćby i płacił u mnie nie dostanie.
– Ale co z tym Klekotem, czy jak mu tam?
– Zdzisław Bieś, panie policjancie. No o zapałki poprosił, to mu podałam. Zapłacił i wyszedł.
– W którym kierunku? Widziała pani?
– No właśnie, zawsze szedł w kierunku remizy, tam wstępował czasem, ale jakoś nie widziałam, żeby tam poszedł. O, przez okno drogę dobrze widać – wskazała ruchem głowy. – Musiał iść za sklep. Jest tam ścieżka w ogrody.
– Pokaże mi pani? – spytał sierżant Kaźmierczak.
– Sklepu nie zamknę. Sam pan pójdzie, tam z boku sklepu prosto w ścieżkę się wchodzi, która prowadzi za stodoły.
Poszła szeptana wieść po wsi, że najpewniej podpalaczem jest Klekot. Już siedzi w areszcie, niektórzy twierdzili. Twarde są przeciwko niemu dowody. Kupował tuż przed pożarem zapałki w sklepie u Musiałowej, to na pewno on podpalił. I zawsze przy pożarze był pierwszy i gasił z poświęceniem. Może to piroman jest?
Gdzie tylko Zdzichu Klekot szedł drogą, był obserwowany i dziwili się, że na wolności chodzi. Każdy jego ruch był już śledzony. Owszem, był przesłuchiwany w sprawie pożaru, ale nie przyznał się do niczego. Zapałki kupował, bo chciał zapalić papierosa, przecież pali już od szóstej klasy podstawówki. Krystyna Musiał już na posterunku nie była pewna, czy rzeczywiście patrzyła wtedy w okno, gdy podejrzany wyszedł ze sklepu. Mógł rzeczywiście przejść niezauważenie drogą w kierunku strażackiej remizy. To, że za sklepem jest ścieżka w ogrody, nie znaczy przecież, że Zdzichu Klekot nią poszedł. Tego nikt nie widział. Przy pożarze był, bo jest strażakiem, więc gasił. Po przesłuchaniu na posterunku policji w Dębinie wrócił do Przywał.
– I co, Klekot, nie zamknęli cię? – spytał go kolega strażak.
– Jak nic na mnie nie mają, to jak mnie zamkną? – odparł.
I dalej pił piwo za sklepem, gdy miał pieniądze. Raz nawet poszedł do sklepu, wtedy Krystyna Musiał zbladła, struchlała. Kupił piwo i poprosił jeszcze o zapałki. Ona przez ściśnięte gardło ledwie wyrzekła, że zapałek nie ma. Dwie kobiety, które były wtedy w sklepie, też zamilkły jak trusie. Klekot zabrał z lady cztery harnasie, zapłacił i wyszedł. One ukradkiem patrzyły w okno. Po krótkiej chwili obie kobiety wyszły ze sklepu i szybkim krokiem podreptały do domów, a właścicielka sklepu gdzieś telefonowała. Opowiadała coś podniecona i roztrzęsiona. Potem zamilkła, słuchała przez dłuższą chwilę i uspokajała się.
Burmistrz Stanisław Serdeczny poprosił do siebie naczelnika OSP Juliana Wyczesanego i sołtysa wsi Przywały Emila Stelmacha. Przyjechali do miasteczka z obawą.
– Co znowu od nas chce? – zapytał Wyczesany.
– Pewnie znów opieprz – odparł sołtys Stelmach.
Sekretarka uprzejmie ich poinformowała, że burmistrz jeszcze zajęty, trwa odprawa w sprawie budowy kanalizacji w Kaninie.
– Proszę usiąść – uśmiechnęła się. – Może wody panowie się napiją? – spytała się znów z miłym uśmiechem.
Chyba niedobrze – pomyślał Julian Wyczesany – za grzecznie. Coś się chyba szykuje.
Sekretarka podała wodę i dwie szklanki, i znowu dołożyła do tego zestawu – proszę uprzejmie.
Sołtys Emil Stelmach też odczytał tę grzeczność jako zapowiedź czegoś niedobrego. Złowróżbne to wszystko – pomyślał. Siedzieli tak ponad kwadrans. Raczej milczeli, niż mówili. O czym tu mówić. Pili wodę. Sekretarka, widząc ich zniecierpliwienie, powiedziała zza biurka:
– Bardzo panów przepraszam. Wiem, że burmistrz panów zaprosił na dziesiątą, ale sami panowie widzicie.
Oni wzruszyli ramionami zrezygnowani z minami petentów.
– Zorientuję się ile jeszcze czasu zajmie ta odprawa.
Miła, czy przebiegła? – zastanawiał się Julian Wyczesany. – Człowiek urzędniczych zachowań nie rozszyfruje. Tacy za biurkiem, to jak aktorzy na scenie. Teatr gestów. Mowa ciała. Uśmiechy. To znów mina zacięta, że nie podchodź, cicho siedź. Znać się na tym trzeba. A w rozmowie zdania zawiłe, paragrafy. Człowiek w tym wszystkim sensu szuka i chciałby na chłopski rozum do problemu podejść, a nie da się, bo przepisy, bo procedury. Na końcu już baranieje i nie wie czy tak, to tak, a nie, to nie. Wychodzi skołowany z biura.
– Już kończą – i znowu posłała uśmiech w stronę obydwu.
Gdy po chwili weszli do gabinetu burmistrza, przywitał ich serdecznie, wskazał fotele i zaproponował coś do picia. Spojrzeli po sobie.
– W sekretariacie piliśmy – odrzekł Julian Wyczesany.
– A tak, przeciągnęło się trochę. Do tematu więc od razu przystąpię. – Tu chrząknął, spojrzał po gościach, chwilę szukał słów odpowiednich, ale prosto z mostu spytał.
– Panowie, czy wieś jest czujna? Pytam odnośnie podpaleń.
– No każdy patrzy dookoła siebie w dzień i w nocy też na każde szczeknięcie psa wychodzi z domu. Ludzie zabudowania sprawdzają. A i sąsiad sąsiadowi pilnuje budynków. Jak na razie jest spokój, panie burmistrzu – odrzekł Emil Stelmach.
– Policja prowadzi dochodzenie. Mają jakieś podejrzenia. No ja tu nie chcę wskazywać na kogo, sami panowie wiecie.
– Podejrzewać można, ale udowodnić trudno – wtrącił naczelnik Wyczesany.
– Lepiej żeby się takie podejrzenie nie sprawdziło.
– Burmistrzu, na dzień dzisiejszy nic nie wiadomo, choć były cztery podpalenia. Pilnować trzeba! – powiedział Stelmach.
– Wiadomo, strzeżonego Pan Bóg strzeże. No, ale nie po to tylko panów poprosiłem, byśmy o podpaleniach rozmawiali, choć w temacie zostajemy. Dobrą wiadomość muszę panom oznajmić. Z rezerwy celowej pieniądze uruchomiliśmy. OSP w Przywałach już za tydzień, najwyżej dwa, będzie mieć na wyposażeniu wóz pożarniczy Mercedes 1124. – Burmistrz spojrzał na nich zadowolony, że jest heroldem takiej wiadomości, dla przedstawicieli tej wsi szczególnie ważnej. Oni byli tyle zdziwieni, co i zaskoczeni. A burmistrz ciągnął dalej. – Pożarów u was dużo. Wiadomo, podpalenia, ale gasić trzeba i trzeba mieć czym.
– A tak, tak. No przyda się. To znaczy potrzebny będzie. Co ja mówię? Oby potrzebny nie był. Dziękujemy panie burmistrzu – wydukał Julian Wyczesany.
– Tak, że tego żuka do muzeum, panowie, do muzeum. Mercedes co prawda już dziesięcioletni, ale nieporównanie. Moc 240 KM, zbiornik na dwa tysiące litrów wody, autopompa dwustopniowa, szybkie natarcie i osiem miejsc. Co ja panom będę mówił, za dwa, trzy tygodnie w remizie go będziecie mieć. Miejsce robić i kupować szampana, panowie.
– Dziękuję w imieniu swoim, strażaków i całej społeczności wsi, panie burmistrzu – sołtys Stelmach znacząco pochylił głowę.
– Co, napijemy się? – burmistrz spytał.
– To może u nas, jak już mercedes przyjedzie. Postaramy się – zadeklarował naczelnik Wyczesany.
– Ale teraz kawę czy panowie ze mną wypiją?
– A przy takich emocjach, czy aby nie zaszkodzi? – uśmiechnął się sołtys Stelmach.
– Raczej je uspokoi. – Burmistrz Stanisław Serdeczny podniósł słuchawkę i powiedział:
– Pani Ewo, trzy małe kawy proszę.
Po chwili pani Ewa z uśmiechem podała trzy filiżanki kawy, cukier i dzbanuszek z mlekiem. Julian Wyczesany i Emil Stelmach odwzajemnili uśmiech.
Dosłownie po tygodniu sekretarz gminy Dębiny zadzwonił do naczelnika OSP Przywały Juliana Wyczesanego z informacją iż pojutrze, to jest w czwartek, ma jechać po odbiór strażackiego mercedesa, w związku z tym proszony jest do urzędu gminy po odpowiednie dokumenty. Aż dziw bierze, że wszystko tak co do joty się sprawdziło – pomyślał Julian Wyczesany. – Nigdy nie jest tak, że urzędnicze obietnice są realizowane terminowo. Zawsze trzeba dać sobie na wstrzymanie i uzbroić się w cierpliwość. Czasem radny wystosuje interpelację bardziej dla przypomnienia i ponaglenia niż z ciekawości. Na odpowiedź czeka do sesji. Czas urzędniczy biegnie, a dla petenta jakby wolniej. A tu masz, takie miłe zaskoczenie.
W czwartkowe popołudnie na plac przed remizą OSP w Przywałach zajechał strażacki wóz Mercedes Benz 1124. Z szoferki wyskoczył naczelnik Wyczesany. Kierowca Robert Banaś został jeszcze, włączył sygnał i światła alarmowe samochodu.
Piotr Dereń na dźwięk alarmowej syreny poczuł niepokój, ale sygnał był nie taki jak zawsze, inny, więc wyszedł zaciekawiony na drogę. Przed remizą błyszczał czerwienią strażacki wóz. Poszedł go obejrzeć. Srebrne drzwiczki i zasuwy do różnych schowków aż raziły w oczy. Młodzi strażacy ochotnicy cmokali z zadowoleniem i uznaniem. Zaglądali do schowków, wsiadali i wysiadali. Wymieniali w rozmowie pomiędzy sobą osiągi autopompy, moc silnika i wszystkie techniczne dane. Piotr Dereń obszedł wóz dookoła, po czym stanął w towarzystwie sołtysa Stelmacha. Rozmawiali. Podszedł do nich naczelnik Wyczesany. Choć od dwóch miesięcy miał do Derenia żal o jego głośne pretensje do podległych mu strażaków o palenie Judasza z opon, przywitał się i uśmiechnął serdecznie. Zadowolony zapytał:
– No i jak ci się widzi?
– Widzi mi się, widzi. Mercedes przecież. Oby go podpalacz nie chciał sprawdzić w działaniu.
| – A wypluj te słowa! – odrzekł naczelnik i podszedł do strażaków.
Robert Banaś usiadł za kierownicą mercedesa, za nim usadowiło się jeszcze pięciu strażaków i podjechali na sygnale do hydrantu przy szkolnym parkingu pobrać wodę do zbiornika.
Sołtys jechał rowerem zamyślony. Głowę zaprzątała mu myśl, jak poprowadzić zebranie wiejskie, aby ludzie zgodzili się na sprzedaż wiejskich łąk pod żwirowisko. – Wieś miałaby pieniądze na utrzymanie szkoły społecznej, czy na wkład własny każdego z mieszkańców na przyłącza kanalizacyjne. Dobre by to było. Całość pieniędzy ze sprzedaży byłaby przeznaczona na potrzeby wsi, a z podatku i opłat eksploatacyjnych żwirowni też pokaźna część. Żwirownia raczej nie będzie nikomu przeszkadzać, łąki daleko za wsią. Teraz za małą opłatę dzierżawi je trzech gospodarzy, swoje bydło na nich latem wypasają. Najgorsze jest to, że na pomoc radnego żadną miarą liczyć nie mogę, bo ten jest temu przeciwny. Część łąk dzierżawi. Z pewnością będzie oponował, opozycję we wsi skrzyknie – martwił się sołtys. – No, jest trochę grosza z unijnych dopłat, ale za mało, by się na jaką inwestycję pokusić. Przy sprzedaży ten uszczerbek finansowy się musi wliczyć w cenę. Przez wieś będą samochody ze żwirem jeździć, drogę rozjadą do imentu i niebezpiecznie, bo nie ma chodników. To i chodniki można zrobić – rozmarzył się sołtys. – Lepiej żeby temat drogi do transportu żwiru nie stanął na zebraniu. A jak ktoś na to zwróci uwagę? Co robić? Co robić? – w głowę zachodził. – Do porządku obrad tego nie wpisywać. Trzeba oddzielić uchwałę zezwalającą na sprzedaż łąk od sprawy drogi transportu żwiru. To temat na później. Teraz na korzyściach się skupić, tym zagaić i tak trzymać do końca. Kanalizacja potrzebna we wsi jak powietrze, bo i śmierdzi. Do stawu wielu jest podłączonych, w ogrody pompują szamba. Każdy zadowolony jak gówno dalej od siebie odepchnie. Gdzie tu ekologia? Jeszcze do wczoraj była nadzieja, że z gminy ktoś będzie. Burmistrz mógłby przecież swoją osobą wesprzeć moje działania. Urzędowym słowem przypieczętować te korzyści dla wsi w temacie żwirowni. Stanisław Serdeczny słowem wiele zdziałać potrafi, mówca zawołany, orator przedni, złotousty. Przez dwie godziny, co tam dwie, całe zebranie od zagajenia do końca potrafi zagadać, jeszcze na końcu wnioski zredaguje i podda pod głosowanie. Tak ludzi przekona swoją retoryką i zamęczy, że już byle szybciej do domu iść pragną. Ręce w głosowaniu podnoszą, przekonani, że jest dobrze, złego nie ma co szukać. Na tego, który jeszcze żąda jakichś wyjaśnień, o niuanse się dopytuje, w szczegółach szuka diabła, patrzą z byka, że czas zabiera, a już wieczór dawno. Dość tego deliberowania! – Krzyczą do niego. – Czasu szkoda. Burmistrz znowu wyjaśnia, to samo powtarza już trzeci raz i w oczy pytającemu patrzy, to inni już wychodzą zdesperowani, niechże pomiędzy sobą młócą słomę. Oni już demokracji dość czasu poświęcili i zagłosowali. O, gdybym ja tak potrafił. A burmistrz nie przyjedzie. Powiedział, że to sprawa wsi. On nie chce żadnego wpływu wywierać na decyzje zebrania wiejskiego, z żadnym biznesem nie chcę być kojarzony. Owszem działania biznesowe w gminie popiera, wiadomo podatki, miejsca pracy. Wszystko zaś lege artis musi być, według procedur urzędniczych.
– Jak już wieś się zdecyduje i odpowiednie uchwały zebrania wiejskiego do mnie trafią na biurko, ja wszystko już poprowadzę. Od tego urząd panie Emilu. Ten żwir, to dla was żyła złota, tylko żebyście umiejętnie się za to zabrali, to i korzyści będą. A zagrożenia są zawsze. Trzeba je nazwać i zastrzeżeniami w umowie obwarować. Urząd pomoże. Prawnika znajdziemy i opłacimy. Ale na tym etapie sami musicie zadecydować.
Tak rozmyślał sołtys Stelmach i przypominał sobie rozmowę z burmistrzem, jadąc przez wieś. Od czasu do czasu spojrzał przed siebie, w bok głowę zwrócił i wtedy zobaczył Zdzicha Klekota, jak wychodził z podwórza Piotra Derenia. Pedałował dalej, jeszcze mu się w głowie wieczorne zebranie układało, ale już jakaś niepokojąca myśl się zalęgła: Co ten Klekot u Derenia robi, Piotr przecież w pracy, a Helena w sanatorium kąpiele błotne zażywa, stawy leczy. I coraz głośniej, coraz natarczywiej ta myśl poczęła mu klekotać w głowie. Obejrzał się. Dym mleczną barwą już mącił powietrze za stodołą Derenia. Sołtys zawrócił, po drodze zawołał sąsiada z naprzeciwka i obaj dopadli do pożaru. Paliła się podściółka suchych traw i deski, którymi stodoła była obita. Ogień szczęśliwie jeszcze nie wdarł się do wnętrza stodoły, była więc szansa go skutecznie ugasić. Obaj deptali palące się trawy. Dobrze, że Adam Marzec, sąsiad Derenia zza płotu, nadbiegł z wiadrem wody i chlusnął na płonące dechy. Wszyscy trzej wpadli z powrotem na podwórze Derenia i nabrali wody z kranu przy budynku gospodarczym do wiader, które tam stały. Wspólnymi siłami ugasili ogień. Wszedł Stelmach jeszcze do stodoły sprawdzić, czy tam nic się nie tli. Też wiadro wody od środka na dechy wylał. Straży pożarnej nikt nie wzywał. O pożarze nikt nie wiedział, tylko oni trzej i podpalacz.
Siedli utrudzeni na ławce pod olbrzymim orzechem na podwórzu Derenia. Sąsiad z naprzeciwka zapalił papierosa, stres odreagowywał. Milczeli przez chwilę, wreszcie sołtys już nie wytrzymał i powiedział:
– Przed chwilą widziałem, jak stąd Zdzichu Klekot wychodził.
– No to na policję trzeba zdać drania. Teraz już się nie wywinie – odrzekł Adam Marzec.
Zastanawiali się, czy zadzwonić do Piotra Derenia i poinformować go o tym zdarzeniu. Doszli do wniosku, że przecież za kilka godzin z pracy przyjedzie, nie ma co chłopa stresować. Na miejscu się mu powie.
Piotr Dereń wrócił z pracy, jak zawsze, około godziny szesnastej. Wysiadał z samochodu, pomachał sąsiadowi zza płotu, który na swoim podwórzu stał i czuprynę mierzwił z zakłopotaniem. Myślał jakby mu to powiedzieć, ale Dereń wszedł do domu. Adam Marzec postanowił: Za pół godziny pójdę do niego i wszystko mu opowiem, na razie niech spokojnie zje, co tam sobie upichcił na obiad. Nie będę mu odbierał apetytu. Na złe nowiny zawsze zły czas, niech chociaż będzie pojedzony.
Poszedł do niego po dłuższej chwili. Piotr już kończył jeść, przywitał się z sąsiadem. Z lodówki wyjął dwa piwa, szukał otwieracza w szufladzie, gdy Adam Marzec tak zaczął:
– Piotrze, może z piwem poczekaj, z przykrą wiadomością przyszedłem.
– Co, co się stało? – Dereń stanął zaciekawiony.
– Nic takiego, dobrze się skończyło, jak widzisz – pokazał głową na zewnątrz.
Piotr Dereń stał otumaniony.
– Ale co się stało? Co niby się skończyło?
– No bo Klekot podpalił twoją stodołę.
Piotr Dereń do okna dopadł, żaluzje rozchylił i patrzył. Stodoła stała, żadnych śladów ognia. Oczy zamknął i znowu otworzył, a ona tam dalej była. I wtedy sen dokładnie sprzed roku sobie przypomniał. W wyobraźni zobaczył kura na kalenicy stodoły. Szarpnął sznurkiem żaluzje do góry i patrzył.
– Jak, przecież jest, stoi? Co ty opowiadasz?
– Bogu dzięki sołtys Stelmach zauważył dym i ugasiliśmy. – Adam Marzec zaczął całe zdarzenie opowiadać już składnie i po kolei.
Poszli za stodołę. Gdy Piotr Dereń ochłonął, zapytał.
– Skąd wiecie, że Klekot podpalił?
– Zanim Stelmach zauważył dym, widział, jak z twojego podwórza wychodził Klekot.
Piotr Dereń zadzwonił do Emila Stelmacha. Rozmawiali chwilę. Następnie zadzwonił na posterunek policji w Dębinie. Po pół godzinie przyjechał patrol radiowozem. Sierżant Kaźmierczak i starszy posterunkowy Dec zrobili oględziny miejsca zdarzenia, pstryknęli kilka zdjęć, spisali notatkę. Sierżant poprosił Adama Marca o wstawienie się w dniu jutrzejszym w godzinach przedpołudniowych na przesłuchanie w charakterze świadka. Policjanci powiadomili też sąsiada z naprzeciwka, że będą go jutro oczekiwać jako świadka w komisariacie. Rozmawiali telefonicznie z sołtysem Stelmachem, ten szedł już na zebranie, więc umówili się z nim również w komisariacie w dniu jutrzejszym.
Piotr Dereń wziął sobie urlop w pracy i zawiózł ich wszystkich trzech jeszcze przed godziną dziewiątą do komisariatu policji w Dębinie. Tam sołtys przedstawił sprawę, tak jak widział, inni też powiedzieli, co wiedzieli. Sierżant Kaźmierczak po rozmowie z prokuratorem rejonowym wysłał patrol do Przywał, by aresztowali Zdzisława Biesia. Zastali go za geesowskim sklepem, pił piwo. Nie był zdziwiony. Zanim wsiadł do radiowozu, dokończył piwo.
W czasie przesłuchania Zdzichu Klekot przyznał się do dwóch ostatnich podpaleń. Poszedł wtedy ścieżką za sklepem „Krystynka” w ogrody. Przystanął za drewnianym budynkiem obory Pawła Prażucha. Stajnia od dawna stała pusta, żadnych zwierząt. Kto dziś krowę chowa? Mleka jest w sklepie wybór wielki. A to „Białe”, to „Łaciate”, „Prawdziwe” i w butelce, i w kartonie, w woreczku, jogurty smakowe, kefiry, maślanki, śmietany, sery. Nabiał na kaca najlepszy. Po co obora ma pusta stać? Pożytku z niej nie ma. Tylko szczury w niej się gonią. Może kur kilka siedzi w nocy na grzędzie? A niech tam, coś się będzie dziać – pomyślał.

Akcja i to mrowie rozładowującego się napięcia wynagradzała mu wszystko. Ogień jest piękny, w swojej formie niepowtarzalny. Ujarzmić go, to prawdziwe zadanie. Walka dwóch żywiołów ognia i natury człowieka. Wyzwanie atawistyczne. Urwał garść zeschłej trawy i kilkanaście długich badyli zeszłorocznego zielska. Zdjął dwie dachówki z najniższego rzędu, by zrobić lufcik. Wspiął się na palce stóp i na powale stajni wyczuł pod dłonią paprochy ściółki, resztki słomy i siana. Podpalił długi wiecheć, jak łuczywo wrzucił go w czeluść stajennego strychu. Nie czuł żadnego strachu, niepokojących uderzeń serca. Spokojnie odszedł w stronę sadu za sąsiednią stodołą. Zza drzew zobaczył, że dym przedzierał się przez szpary pomiędzy dachówkami, a ogień już wypełzał przez lufcik i lizał dach. Odszedł ogrodami w kierunku bocznej drogi.
Prokurator wystosował wniosek o trzy miesiące aresztu, ale sąd nie przychylił się do jego wniosku. Sędzia argumentował, że przecież nie recydywa i przyznał się. Do trzech podpaleń świadków nie ma, więc nie będzie mataczył.
Na trzeci dzień Zdzichu Klekot był już w domu. W styczniu jego sprawa trafiła na wokandę sądową Sądu Rejonowego. Prokuratura oskarżała go o wszystkie pięć podpaleń. On konsekwentnie przyznawał się tylko do dwóch ostatnich. Choć prokurator okazywał poszlaki, analogie, analizę zachowań podejrzanego w czasie pożarów, czy wreszcie zeznania świadków, którzy przysięgali, że sprawcą tamtych podpaleń też musiał być Zdzisław Bieś, bo wtedy, kiedy pożar był u Ziejki Bolesława, on pił u Jana Skiby, a to jest po drodze do jego domu i czas się też zgadza po wyjściu jego od Skiby Jana. Sąd nie podzielił takiej argumentacji. Uznał trzy wcześniejsze podpalenia za nieudowodnione, a za te dwa, do których się Klekot przyznał, skazał go na półtora roku pozbawienia wolności.
Dwa miesiące czekał w kolejce, aż zrobi się miejsce w więzieniu. Mógłby czekać tak całe życie. Do celi było mu nieśpieszno, ale też nie za bardzo się obawiał. Edek Sagan, który już dwa razy w więzieniu odsiadywał wyroki za kradzieże, przekazał mu niezbędną wiedzę. Ustawił go mentalnie na taką zmianę w życiorysie.
– Najpierw swoje trzeba w zamknięciu odsiedzieć. Ty nie recydywa, długo w rygorze nie będą cię trzymać. Grunt to nie podpaść wychowawcy. Mnie słuchaj starego praktyka, kodeks karny wykonawczy mam obcykany. Jak masz półtora zasądzone, po pół roku napiszesz prośbę o przeniesienie na oddział półotwarty. Wtedy dostaniesz widzenia i przepustkę do domu nawet. Bez dozoru na mieście możesz pracować, to i kobitkę sobie przygruchasz. Nie będziesz półtora roku trzepał kapucyna. A na piciu nie dać się złapać. Klawisze sprawdzają. Tylko nie podpaść i z przepustek wracać na czas, bo z powrotem pod klucz i tylko godzina spacerniaka, i nudy w celi. Będziesz grzeczny, to po paru miesiącach w zakładzie półotwartym, napiszesz prośbę o zwolnienie przedterminowe i sąd penitencjarny cię zwolni. Po roku z ancla wyjdziesz. Rok nie wyrok. Można przeżyć, tylko z piciem kłopot. Ale nie taki diabeł straszny. Więzienie też dla ludzi. Uszy Klekot do góry. – Tak go poinstruował, pokrzepił i w walnął plecy na odchodne po koleżeńsku.
Ludzie we wsi utyskiwali, co to za prawo, że od razu nie zamkną. Dla jego dobra by go zamknęli. Co u takiego w głowie siedzi? Podpalić może znowu. Wtedy go ktoś skrzywdzi, a może i ukatrupi. Piotr Dereń tylko ogromnym wysiłkiem swojej woli i woli swojej żony powstrzymywał się od wzięcia sprawy w swoje ręce. Klekot go unikał, nie wchodził mu w drogę. Wiedział dobrze, że Piotr Dereń spokojny człowiek, ale w nerwach jest niepohamowany.
– Łapy mu, kurwa, utrącę i maskę wyklepię.
Odwodziła go żona od takich zamiarów. Tłoczyła mu do głowy, że Klekot się przyznał i już osądzony, w więzieniu będzie siedział, to odpokutuje.
– Ty się nie rób szeryfem. Inni nie takie straty ponieśli i na sprawiedliwości sądowej poprzestają, a ciebie świerzbią ręce. Skrzywdzisz go, to ciebie zamkną za samosąd.
Gotowała się krew w tętnicach Piotra Derenia. Odpowiadał:
– Nie o straty tu idzie, ale Klekot tym podpaleniem ubliżył mi bardzo. Z takiej kary ja satysfakcji nie mam, bo i on takiej kary się nie boi. On mus poczuć od ludzi, że jest dla nich parszywą owcą.
Gdy szedł Zdzichu Klekot przez wieś, zza firanek odprowadzały go ludzkie oczy i między sobą mówili:
– Żeby nawet po wyroku na miejsce w więzieniu czekać. Przecież uciec może. Teraz za granicę bez problemu czmychnie. Podpalacza na wolności trzymać, aż ci co tylko przezimować w więzieniu chcieli, zwolnią miejsce. To nie jest w porządku.
Zdzichu Klekot zmienił adres w marcu. Wstawił się do odbycia kary w więzieniu w wojewódzkim mieście. Tam zastosował się do rad Edka Sagana, można powiedzieć literalnie i po czternastu miesiącach odsiadki na końcu maja był wolny.
Zanim Zdzichu Klekot powrócił do Przywał, chwilę zabawił u swojej kobiety w mieście. Zabawił to dobre słowo, bo bawili się oboje przez tydzień. Zdzichu mógłby tak dłużej, dla niego miesiąc miodowy mógłby trwać i kilka lat. Zuzannę poznał, gdy wychodził bez dozoru do pracy na miasto. Przerabiali teraz namiętnie alfabet Kamasutry. Spali do południa, później wychodzili na miasto, wieczorem zabawy w klubach, a resztę nocy szał nagich ciał. On na powrót do wsi nie kwapił się wcale, chciał odreagować więzienie, brak akceptacji w swoim dotychczasowym życiu. Ona chciała przykryć poprzedni nieudany związek czymś nowym, powstałą po nim pustkę zapełnić seksem, a któż się do tego bardziej nadaje, niż wyposzczony więzień? I byliby tak dalej przerabiali kolejne litery alfabetu, gdyby nie wizyta nagła i niespodziewana mamusi. Przemówiła córce do rozumu, do rozsądku, postraszyła ją, że mieszkanie nie jest jeszcze na nią zapisane, niech uważa.
– Matko Boska! Jeszcze cię okradnie! Z kryminalistą się związałaś. on tam w pokoju? – spytała ciszej. – No, to ja idę, nie zostanę ani chwili dłużej, a ty się zastanów, co robisz. Poważnie o życiu pomyśl. Ja jak miałam trzydzieści lat, już miałam troje dzieci. Jak zmądrzejesz, to zadzwoń. O Boże, co ja ojcu powiem?! – powiedziała to wszystko mamusia na jednym wydechu, zbulwersowana, zawiedziona i chyba przestraszona, i wyszła.
Tak skończył się miodowy tydzień dla Zdzicha Klekota. Zuzanna za wiele mu nie wyjaśniała, nie musiała, przez drzwi słyszał całą rozmowę, ale został jeszcze ten jeden wieczór, by ją solidnie pożegnać. Następnego dnia był już w domu.
Przez kilka dni Klekot czuł się jak przeniesiony w inny wymiar. Mało mówił, mało jadł, tylko palił papierosy, ale piwa nie pił. Nigdzie nie wychodził. Powiedzieć, że dużo spał, to powiedzieć za dużo. Byłaby to prawda i przekłamanie. Leżał długo w noc, oglądał telewizję i zasypiał snem nagłym głębokim i krótkim. Budził się przed świtem, o Zuzannie trochę rozmyślał. Będzie wspominał ją dobrze, choć nieszczególnie się ta znajomość zakończyła. Przygoda, która by go nie spotkała, gdyby nie więzienie. To dla niego ważne nowe doświadczenie, bo dotychczas, tak naprawdę, nie miał żadnej dziewczyny. Te miejscowe znały go jak zły szeląg i omijały z daleka. Rano znów zasypiał i budził się dopiero około godziny dziesiątej.
– Wyszedłbyś gdzie! Ludzi się wstydzisz? Teraz wiesz jak to jest, ale do ludzi musisz! Dzisiaj Boże Ciało, do kościoła idź! Pewnie półtora roku nie byłeś i do spowiedzi byś poszedł – nawijała matka.
Ubrał się Zdzichu Klekot niedzielnie i wyszedł. Obok remizy stali jego koledzy i o czymś żywo rozprawiali. Michał Sus machał rękami zdenerwowany. Chłopcy zauważyli Zdzicha.
– Zdzichu, chodź tu! – zawołali.
Podszedł z pewną obawą. Uśmiechnął się trochę zmieszany. Oni witali go uśmiechami i klepali po plecach
– Zdzichu poniesie sztandar! – powiedział Robert Banaś.
– A przecie on nie jest już strażakiem! – zaoponował Zenek Kogut.
– To ponieś ty! – odpowiedział Banaś.
– Ubierze mundur, to będzie! – zawyrokował Michał Sus.
– No… ale on przecież on… – dalej oponował Kogut.
– Co on? Co on? Jakby nie Klekot mercedesa byśmy nie dostali. Dalej byśmy jeździli żukiem. Zapierdalałbyś z motopompą do stawu – Banaś nie dawał za wygraną.
Głośny śmiech wypełnił plac przed remizą.
– A zresztą, co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.
Michał Sus wziął Zdzicha pod ramię i weszli do świetlicy w remizie. Tam Zdzichu ubrał na siebie swoją dawną bluzę strażacką i czapkę, wziął sztandar w dłonie i wyszli zwartą grupą na drogę.
Piotr Dereń stał na podwórzu. Czekał na swoją żonę, by razem pójść do kościoła. Zza gęstej zieleni drzew dochodziły go głośne śmiechy. Po chwili wyłoniła się wesoła kompania. Długo nie mógł uwierzyć, w to co zobaczył. Na jej czele, jak chorąży szedł Zdzichu Klekot. Piotr spurpurowiał. Zadygotało w nim, rzucił się do przodu, czy tylko nogi się pod nim ugięły? Żona chwyciła go mocno pod ramię.
Niósł Zdzichu Klekot sztandar strażacki dumny i wyprostowany, tak jak zawsze, gdy nosił ssawnego węża.
Sztandar straży pożarnej OSP Przywały był dwukolorowy. Z jednej strony płachta miała błękitną barwę nieba i wszyty był w to tło obraz świętego Floriana w ubiorze rzymskiego legionisty walecznej kohorty. Patrzył Florian na płonący dach kościoła i rozkazywał aniołowi ugasić pożar. „Święty Florianie ratuj nas” – takie zawołanie wiernego ludu było wyhaftowane złotymi zgłoskami pod obrazem.
Druga strona sztandaru miała barwę cesarskiej purpury, a na niej widniał złoty strażacki hełm w skrzyżowaniu dwóch toporków obwiedziony od dołu haftem gałązek wawrzynu i napis: „Bogu na chwałę, ludziom na pożytek. OSP Przywały”.
Purpura sztandaru błyskała i migotała szarpana wiatrem, jakby się miała rozjarzyć, rozpłomienić i wybuchnąć ogniem oczyszczającym z grzechów, z przewin. Trzymał Klekot drzewce twardo w dłoniach, aż bielały mu kostki.

Adam Tomczyk

Poprzedni artykułZbigniew Chojnowski – Strony Erwina Kruka
Następny artykułKrystyna Habrat – Łza poety

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko