Była godzina czwarta piętnaście rano. Ekipa filmowa kręciła scenę przejścia oddziału wojskowego na tle wschodzącego słońca. Na planie, pośród rozstawionego sprzętu, kłębiła się co najmniej setka członków ekipy i aktorów, kilkudziesięciu statystów-żołnierzy i kilku pracowników ochraniających plan zdjęciowy. Po wielu godzinach zdjęć reżyser, Karol Ferenc, był wyczerpany. Musiał jednak dotrwać do lanczu. Drugi kierownik produkcji przygotował rutynowy dzienny plan zdjęć, nie biorąc poprawki na to, że rozpoczęli pracę kilka godzin wcześniej. Przerwę na posiłek powinien więc przesunąć na wcześniejszą porę. Po zakończeniu kolejnego ujęcia reżyser poprosił Ziutka, kierownika planu, aby przyspieszył lancz. Ten poszedł to załatwić.
– Ryżyserze, ogarnąłem temat – pochwalił się po powrocie.
– Konkretnie – Karol nie lubił, gdy Ziutek mówił ogólnikowo, bo zawsze kryła się za tym jakaś przykra niespodzianka. – O której lancz?
– O w pół do pierwszej.
– To tylko pół godziny wcześniej. W gębie nie miałem nic od kolacji. Ładnie ogarnąłeś temat… – Ferenc był zły. – Przed lanczem ogłoś godzinną przerwę.
– Miało być pół godziny…
– Ludzie muszą odsapnąć. Poza tym chcę się zdrzemnąć, bo padam z nóg. Moja przyczepka jest wolna? Widziałem, że ktoś się w niej kręcił.
– Kostiumografka gadała przez telefon. Chciała być sama – rzekł niepewnie.
– Proszę cię, żeby w czasie przerwy nikt mi nie przeszkadzał.
– Ryżyserze, ogarnę temat.
– Błagam cię, po pierwsze – nie ryży…, tylko reży-serze, po drugie – nie ogarniaj, tylko rób, co do ciebie należy.
Karol Ferenc z trudem dotrwał do pory lanczu. Posiłek zjadł w dziesięć minut. Zmęczony wszedł do przyczepki kempingowej. Przedtem pozbył się scenografa, który męczył go o jakiś drobiazg; posłał go do wszystkich diabłów, to znaczy do drugiego reżysera. Zamknął drzwi, zasunął zasłony i padł na wąską kanapę. Leżąc, spojrzał jeszcze na „połączenia nieodebrane”: na ekranie wyświetlił się numer (bez nazwiska), a przed nim kierunkowy +33, czyli z Francji. „Kto to może być? – zastanawiał się. – Dawno temu wyjechała tam Eliza…” – i z tym imieniem na ustach usnął.
Isę, podobną do Elizy, jego pierwszej dziewczyny, zobaczył niedawno na korytarzu wytwórni filmowej. Czarnula przecudnej urody. Zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Wyróżniała się na tle innych dziewczyn i kobiet. Miała gęste włosy, głęboko osadzone oczy i zmysłowe usta. Jej oryginalna twarz utrudniała ocenę wieku, mogła mieć tyle lat, co on, choć wyglądała znacznie młodziej. „Chyba ładniejsza od Elizy. Podobna, ale to przypadek… Zresztą wszystkie moje dziewczyny były w pewien sposób do siebie podobne” – zastanawiał się, obserwując ją ukradkiem. Isa miała bardziej wyraziste rysy twarzy i była trochę szczuplejsza. Faktycznie jego podświadomość zawsze szukała wizerunku podobnego do wzorca pierwszej miłości, świadomość nie protestowała, pozwalając ponieść się freudowskiej sile działania.
Po odejściu Mony, z którą był kilka lat, czuł pustkę. Myślał, że intensywna praca wypełni ją. Mylił się. Niespodziewanie pojawiła się teraz Isa, która zaczynała wypełniać ową pustkę. Przy okazji rozbiła w pył jego ad hoc wymyśloną filozofię samotnego funkcjonowania, mającą uzasadnić obecną sytuację. Martwił się zaistniałą koincydencją spraw; teraz, gdy musiał być maksymalnie skupiony, jego myśli krążyły wokół niej. Przeszkadzało mu to, bo zamierzał planowo dokończyć zdjęcia. Nie mógł narazić się producentowi, gdyż przekreśliłby szanse na następny projekt. Postanowił się wyciszyć. Niestety, postanowienie pozostało czczą deklaracją. Czuł ucisk w dołku, świat widział oczami pijanego chłopaka. Może jeszcze nie oszalał na jej punkcie, jednak myśli o niej nachodziły go coraz częściej. Zresztą pragnął, aby stan odurzenia trwał jak najdłużej. Zdawał sobie sprawę, że nadmiernie wyidealizował obiekt westchnień, zresztą chyba jak wszyscy ustrzeleni strzałą Amora. I nie dopuszczał do siebie myśli, że w realu Isa mogła być inna. W tym stanie świadomości było mu dobrze.
„Najwspanialsze są pierwsze tygodnie ekscytacji nowo poznaną nimfą, kiedy czuję impulsy rodzącego się zachwytu. Pierwsze wrażenia nie są jeszcze wyraźne, jakby skrywały się w pączku egzotycznej rośliny, której nie znam i nie wiem, jaki przybierze kształt, kolor, jaki będzie miała zapach. Myśli nieustannie buzują podsycane wzajemnymi ukradkowymi spojrzeniami…” – jego wyobraźnia pracowała na turbodoładowaniu. „Halo, tu ziemia…” – przerwał rozmyślania. Do żadnych spojrzeń jeszcze nie doszło, nie miał okazji, aby się z nią zetknąć.
Zamiast skupienia podczas okresu zdjęciowego, był rozkojarzony. Wciąż o niej myślał. Obawiając się, aby ktoś inny go nie uprzedził, zamierzał ją jak najszybciej poznać. Choć w głowie kotłowały mu się różne pomysły, nie miał jednak konkretnego planu. Na korytarzach wytwórni, czy na uliczkach między montażowniami i halami zdjęciowymi nie chciał jej zaczepiać. Byłoby to mało poważne. Przede wszystkim pragnął wykorzystać atut własnej pozycji. Co prawda był tylko reżyserem debiutanckiej fabuły, ale jednak… „Z pewnością o mnie słyszała” – do głosu dochodziło drugie „ja” nasączone ponczem samozadowolenia. Egoistyczne myśli szybowały wysoko: „Reżyser jako twórca obrazów, kreator rzeczywistości, inscenizator zdarzeń, demiurg posiadający moc wskrzeszania i tworzenia faktów, wywoływania nastrojów, uczuć…”. Po chwili zdał sobie sprawę z własnej śmieszności. „Dość! – zrugał siebie. – Do kogo, głupcze, kierujesz te słowa? Chyba do podfruwajek. Dziś nikt się na to nie nabierze”. Owszem z tym demiurgiem w kinie to może była kiedyś prawda, ale nie teraz, w dobie śmierci autorytetów, deprecjacji podstawowych wartości, pazernych producentów, bezwzględnego przemysłu filmowego i telewizyjnego, wszechwładnych platform internetowych różnej maści i serwisów streamingowych zabijających ducha sztuki.
Szukał sposobu jej poznania. „Najlepiej gdyby się to stało w sympatycznych okolicznościach. Na przykład podczas premiery mojego filmu” – zastanawiał się. Od razu puknął się w czoło. Przecież premiera odbędzie się dopiero za rok. „Do tego czasu chyba bym zwariował, jeślibym jej nie poznał. Skąd, u diabła, ona się tu wzięła?” – zachodził w głowę. – Nigdy nie widział jej w wytwórni, a pracował w branży już parę lat. Może była przy jakichś mało znanych produkcjach? Sprawdził. Na portalu filmowym nie figurowała, na fejsie, istagramie i innych social mediach też nie. Od przyjaciela, drugiego reżysera, Krzycha, dowiedział się, że jest to Isa Lapin – z francuską wymową: Iza Lapę. Po kilku latach pobytu w Paryżu wróciła do kraju i zaczęła pracować jako asystentka kostiumografa. Nazwisko Lapin nic mu nie mówiło, może miała je po mężu? Powtarzał: „Lapę, Lapę…”. Dźwięk tego słowa przyjemnie brzmiał mu w uszach, a nawet ekscytował. Po wielu wahaniach postanowił zwrócić jej uwagę na siebie. Tylko jak miał to zrobić? „Po prostu podejdź i przedstaw się: Hej, nazywam się Karol Ferenc, jestem reżyserem… – mówił do siebie. – No nie, blamaż!” – dokończył. W tym momencie zdał sobie sprawę, że pierwsze spotkanie zmierzające do zawarcia znajomości będzie najważniejszym elementem strategii. „Jakiej znowu strategii? – zastanawiał się. – Czy mam jakąś? Strategię zapoznawczą, gamoniu” – wymyślił ad hoc.
Jeżeli spotkanie odbywa się przypadkowo, sprawa jest prosta. Na przykład wpadają na siebie na korytarzu, przepraszają się, zawierają znajomość… Dalej już jakoś leci. Ale jeżeli znają się tylko z widzenia i nic o sobie nie wiedzą, wówczas jest znacznie trudniej. Brakowało mu jakiegoś punktu zaczepienia. Idąc korytarzem łącznika między budynkami wytwórni snuł luźne rozważania: „Cała rzecz polega na tym, aby na początku nie spalić się w blokach startowych…”. I od razu zganił się za sportową pseudorefleksję.
Aż tu niespodziewanie – cóż za zrządzenie losu, a może samospełniająca się przepowiednia – Isa szła naprzeciw Ferenca nieśpiesznym krokiem, co w wytwórni jest zjawiskiem rzadko spotykanym, ponieważ tu wszyscy biegają jak na niemych filmach. Szła dostojnie w czarnym żakiecie i obcisłej spódnicy. Wyglądała fascynująco. Na zgrabnych nóżkach dostrzegł modne obuwie. Niby zwyczajny ubiór, ale szykownie dobrany i noszony z gracją. „Wszystkie dziewczyny zajmujące się ciuszkami filmowymi noszą się bez ekstrawagancji: na pierwszy rzut oka zwyczajnie, jednak zawsze ze smakiem. To sztuka umieć ubrać się z niewyszukaną prostotą i gustownie” – myślał zadowolony, wgapiając się w nią.
Isa powoli zbliżała się. Karol miał chaos myśli. Wiedział, że musi się odezwać pierwszy. Ale w jaki sposób, żeby jego słowa zabrzmiały wiarygodnie? Już znaleźli się w odległości najwłaściwszej do odezwania się. Musiał natychmiast coś powiedzieć, zagadnąć, a jeśli by go zatkało, to przynajmniej chrząknąć, coś bąknąć, westchnąć, albo nawet zagwizdać, jak gwiżdżą budowlańcy z rusztowań na widok idącej chodnikiem piękności. Czas się kurczył, dzwonek alarmowy w głowie już brzęczał. Nie mógł nic oryginalnego wymyślić. Byli już blisko siebie. Sam na sam. „Jeśli nic nie powiem, stracę szansę, będzie klapa… – wieszczył w myślach klęskę. – Okay, powiem jej miłym tonem «dzień dobry»”. Dźwiękowcy chwalili go za radiowy timbre głosu. W głowie synapsy grzały mu się do białości. Spojrzał głęboko w jej oczy, uśmiechając się miło, by zasiać w nich ziarno zainteresowania. Rozmyślał podenerwowany: „Najpierw powiem «przepraszam». Wiem, że słowo to nie będzie oryginalne, ale przynajmniej zabrzmi naturalnie”.
– Przepraszam pana – uprzedziła jego zamiar. – Szukam garderoby Snu…, może pan wie?… – uśmiechnęła się sympatycznie.
I oto stał się cud. Zagadnęła pierwsza. Był w siódmym niebie.
– Lepiej nie mogła pani trafić – poczuł się, jakby wygrał los na loterii. – Sen mara to mój film – powiedział z trudno skrywaną dumą. – Zaprowadzę panią. – Zawrócili w stronę korytarza z garderobami. – Widzę, że nie zna pani jeszcze wytwórnianych labiryntów?
– Niedawno zaczęłam tu pracę… – rzekła niepewnie.
Spojrzenia ich skrzyżowały się. Patrzył na nią ufnie, ona zaś otaksowała go przenikliwie. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że kiedyś miał z nią styczność, lecz nie był w stanie wydobyć z bałaganiarskich zwojów mózgowych sytuacji, w której miał z nią do czynienia. Isa miała na sobie ten sam – zdawałoby się – czarny kostium, gdy zobaczył ją pierwszy raz, lecz po uważniejszym przyjrzeniu się dostrzegł nieznaczne różnice; dyskretne karminowe dodatki, wypustki itp. Klasyczny ubiór podkreślał nienaganną figurę. Wyglądała olśniewająco.
– Może się przedstawię: Karol Ferenc – powiedział najniższym tonem, jaki potrafił z siebie wydobyć.
Przyjrzała mu się dziwnie. Był zaskoczony, że nie wywołał pozytywnej reakcji. Gdy skontrował ją wzrokiem zmieszała się, co wziął na karb onieśmielenia asystentki niespodziewanym spotkaniem z reżyserem. „Jestem jednak próżny – nawiedziła go stara myśl – muszę nad tym popracować” – obiecywał to sobie nieraz, lecz bardziej dla spokoju sumienia, niż z przekonania poprawy. Isa wciąż stała nieruchomo, po chwili uśmiechnęła się szeroko pokazując równe zęby. Spostrzegł, że uśmiech miała wystudiowany.
– Miło mi. Isa Lapę – powiedziała z obcym zaśpiewem. Podała mu miękką dłoń. Był przekonany, że tę dłoń kiedyś już miał w swoich rękach. Może nawet ją całował…
„Też próżna istotka – pomyślał, usłyszawszy francuski akcent. – Sądziłem, że trafiłem na ideał, a tymczasem widzę pyszałkowatą laleczkę. Mam nadzieję, że nią nie jest, że to pozory…” – nie tracił wiary.
– Czy myśmy się już kiedyś nie spotkali? – zapytał wprost, by na początku rozwiać wszelkie wątpliwości.
– Nie sądzę – odpowiedziała pewnie.
– Czy stoi coś na przeszkodzie, żebyśmy się mogli lepiej poznać? – zaryzykował. – „Wóz, albo przewóz. Inaczej nigdy jej nie zdobędę” – odezwał się w nim maczystowski instynkt.
Nastała męcząca chwila milczenia. Spojrzała na niego enigmatycznie.
– Mooożee… – przeciągnęła sztucznie sylaby.
„Mam ją” – uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że kobieta w takiej sytuacji nigdy nie powie „tak”, a jeśli mówi „może”, oznacza „tak”. „Złapałem szansę i nie mogę jej wypuścić z rąk” – cieszył się.
Umówił się z nią nazajutrz. Zamierzał kuć żelazo, póki gorące. Jednak wyczuwał z jej strony trudno skrywany dystans, a nawet chłód. Mimo zastosowania zabiegów z gamy owidiuszowskich sposobów uwodzenia, nie wywołał w niej zachwytu.
– Skąd u ciebie to zainteresowanie moją osobą? – zapytała podejrzliwym tonem, przechodząc bez ceregieli na „ty”.
– Podobasz mi się – dostosował się do jej zwrotu grzecznościowego. – Czy to nie wystarczy?
– No tak, wpisujesz się w schemat większości facetów, którym wystarczy ładna buźka. A to co w głowie… nie ma większego znaczenia.
– Jak możesz tak mówić. Przecież jesteś inteligentną osobą – próbował się bronić.
– Dobra, dobra. Każdy tak mówi, jeśli ma jakieś ukryte zamiary… – była nieprzyjemna.
– Ależ Isa… – nie wiedział, o co jej chodzi.
– Powiedz mi szczerze, dlaczego ci się podobam? – zapytała prowokująco.
– De gustibus non est disputandum – popisał się łacińską paremią.
– To część prawdy. Możesz jeszcze dodać coś więcej… – dociskała go. A może podpuszczała?
– Jesteś cudownym stworzeniem, kwintesencją piękna, czaru i gracji – próbował błysnąć elokwencją, choć wiedział, że to nie był jego dzień.
– Nie chrzań, Karol – powiedziała brutalnie.
Nie wierzył własnym uszom. To mało grzeczne określenie, rzadko teraz słyszane, skądś znał. Było mu dziwnie bliskie. Położył uszy po sobie. Wolał milczeć, niż wdawać się w słowną przepychankę.
– A może ci się podobam, bo widzisz we mnie podobieństwo do… – zawiesiła głos.
„… Do pierwszej dziewczyny…” – w myślach uzupełnił za nią zdanie i przestraszył się. Wietrzył kłopoty. W powietrzu coś wisiało niepokojącego…
– …Do swojej pierwszej dziewczyny – dokończyła przerwane zdanie.
Stało się.
– A… a… hmm… – stękał. – Ale to chyba nic złego? Nie tylko mężczyźni, ale także kobiety noszą w sobie obraz pierwszej miłości i podświadomie starają się później szukać kogoś podobnego do dawnego ideału – ratował się znajomością psychologii.
– Taaak – rzekła ironicznie. – Tylko, że czegoś nie zauważyłeś. Bo jeśli spodoba ci się jakaś laska, zostajesz zaślepiony. Zresztą zawsze byłeś mało spostrzegawczy…
– O co ci chodzi? – niemal zapiał. – „Czyżby znała mnie wcześniej?” – zaniepokoił się nie na żarty.
– Patrzysz na mnie, a nic nie widzisz… – znów zawiesiła tajemniczo głos. – Mały Casanovo…
Tego już było za wiele. Chciał jednak usłyszeć konkrety, aby ją pożegnać ozięble i z godnością odejść.
– Możesz jaśniej? – zapytał drżącym głosem.
– Tą cudowną dziewczyną z czasów młodości, którą niecnie wykorzystałeś i dawno temu porzuciłeś z brzuchem, to byłam ja, Eliza Królicka – powiedziała oskarżycielskim tonem.
– La…pę… – wyjąkał z trudem – „No jasne, po polsku to królik. Królicka…” – skojarzył. Czuł, że blednie, zrobiło mu się niedobrze. Nie wierzył własnym uszom i oczom. Nazwisko się zgadzało. Lecz Isa, którą tu i teraz widział była zupełnie kimś innym, miała rasową twarz, ostrzejsze rysy, wydatniejsze usta, szczuplejszą sylwetkę, może oczy te same. „Isa, Isa… – no tak, przecież to Eliza” – dotarło do niego z opóźnieniem.
– Nie wierzę – zapiszczał. – To nie możesz być ty…
– Mogę. Odszukałam cię. Oświadczam ci, że zapłacisz mi za doznane upokorzenie, za moją krzywdę, za krzywdę dziecka, ty samolubny draniu! – krzyczała wściekła.
– Nie wierzę… – powtórzył mocniej. Czuł, jak po plecach spływał mu pot.
– Twoja sprawa, zawsze miałeś słabą wiarę. Zapłacisz zaległe alimenty, zadośćuczynienie za straty moralne, za wszystko! – wrzeszczała.
„Boże, za jakie grzechy…” – krzyknął na całe gardło, chcąc uciec.
– Ryżyserze, wstajemy. Już pora… – Ziutek potrząsnął go za ramię. – Krzyczał pan przez sen, miał pan chyba nerwową drzemkę.
– Co? Jak? Nie! – Karol wrzasnął przestraszony nie wiedząc, co się dzieje. Wciąż tkwił w innej rzeczywistości.
– Ryżyserze, koniec przerwy. Ekipa czeka.
Franciszek Czekierda





