Bohdan Wrocławski – Z notatnika szarego obywatela (Gdzie giną pieniądze w kulturze?)

0
82

Bohdan Wrocławski

 

Z notatnika szarego obywatela (Gdzie giną pieniądze w kulturze?)

 

foto: Andrzej Walter

Do pewnych rzeczy, zdarzeń należy pochodzić  z proletariacką wściekłością, zapalczywością charakteryzującą barykadowych rewolucjonistów albo z chłopskim rozsądkiem, broń Boże z inteligenckim wyważaniem, roztrząsaniem, budowaniem struktur i wątpliwości. Mówiąc krótko bez dzielenia włosa na cztery.

Zacznijmy od początku, od teatru w Wrocławiu. Ferment wywołany przez grupę aktorów i byłego już dyrektora Krzysztofa Mieszkowskiego, zresztą posła, przez wiele tygodni wstrząsał opinią publiczną. Te liczne demonstracje, pozowanie na Rejtanów, fascynujące dla pisarza jako element dramaturgiczny, już w odbiorze społecznym takimi nie są, a to z tej prostej przyczyny, że nadal w opinii obiegowej funkcjonuje  powiedzenie Kazimierza Dejmka od czego jest d… i od czego jest aktor, zwieszając to ozdobną ornamentyką znaczeniową.

 

Ostatnio konflikt jakby zawisł w powietrzu, strony okopały się na swoich pozycjach, władze od których zależy funkcjonowanie teatru i obsadzanie dyrekcji miotają się raz w jedną stronę, innym razem w drugą stronę. Minister Piotr Gliński stara się coś tam mówić o swoich uprawnieniach w tym zakresie, czyniąc to jednak niezbyt wyraziście. Nam pozostaje absmak na ustach, a nowy dyrektor teatru zawieszony w próżni, niby to z nominacją dyrektorską w kieszeni, łagodnie obiecuje, że zwolnień nie będzie, nawet tych aktorów, którzy swoje demonstracje przenoszą na scenę.

W rozmowie z dziennikarzem PAP Romanem Skibą dyrektor Cezary Morawski powiedział – „Zaufanie większej części zespołu Teatru Polskiego pomogło mi przetrwać. Dzięki temu wiem, że to nie jest sprawa pomiędzy Morawskim a grupą kontestującą. Ci ludzie mi zaufali i tego zaufania nie mogę zawieść.”

Piękna wypowiedź tyle, że nie rozwiązująca konfliktu, nie wnosząca nic do kalendarium wydarzeń, które nadal się toczą jakby poza aktorami teatru. Pozwolę sobie obszerniej zacytować wywiad dziennikarza PAP przeprowadzony z dyrektorem Cezarym Morawskim.

„PAP: Jak pan przyjął decyzję zarządu województwa o rozpoczęciu procedury pańskiego odwołania ze stanowiska dyrektora już po pięciu miesiącach, co argumentowano jednozdaniowym stwierdzeniem, że nie zrealizował pan zapisów przedstawionych w konkursie na to stanowisko. O jaki chodzi zapisy?

Cezary Morawski: Przyjąłem to ze zdumieniem, ponieważ nie przedstawiono mi żadnych zarzutów, które odnosiłyby się do zapisów umowy, jaką zawarłem z Urzędem Marszałkowskim Województwa Dolnośląskiego na prowadzenie Teatru Polskiego we Wrocławiu. W doniesieniach medialnych używano sformułowania, że dyrektor odstąpił od realizacji programu kadencyjnego, który jest zapisany w kontrakcie. A prawda jest taka, że ja, wprowadzając zmiany wynikające z konieczności i wymuszone postawą grupy aktorów, odmawiających po kolei udziału w kolejnych premierach, o wszelkich zmianach informowałem Urząd Marszałkowski, postępując zgodnie z warunkami umowy.

PAP: Czy był pan zaskoczony przygotowaniami do odwołania?

C.M.: Zaskoczony i zdumiony – tym bardziej że kilka dni wcześniej doszło do spotkania, w którym uczestniczyli członkowie zarządu, przedstawiciele obu związków zawodowych działających w teatrze – Inicjatywy Pracowniczej oraz Solidarności, przewodniczący Komisji Kultury Sejmiku i ja. I wszyscy doszliśmy do wniosku, że powinniśmy cofnąć się o krok lub nawet dwa, żeby znaleźć jakiś wspólny mianownik i spróbować się porozumieć. Wydawało się, że każda ze stron do takiego kompromisu jest gotowa i wykonamy wszyscy taki ruch.

Niestety, zaraz po tym spotkaniu okazało się, że koledzy z Inicjatywy Pracowniczej potwierdzili swe żądania, że Morawski ma odejść, więc z ich strony nie może być mowy o jakimkolwiek kompromisie. Jak widzę, tą samą drogą idzie zarząd, oprócz marszałka Tadeusza Samborskiego, który podtrzymuje swoją decyzję, że powinno się dać czas dyrektorowi na sprawdzenie jego koncepcji. Dać czas, by wreszcie można było spokojnie pracować, a nie pod presją, bo taka sytuacja wywołuje ogromną depresję w zespole, dezorganizuje pracę, demotywuje i tylko obniża kreatywność. Solidarność też była zdania, że należy cofnąć się i rozmawiać.”

Zatem konflikt się nie kończy, będziemy mieli jeszcze kilkanaście jego odsłon, dopóki ktoś w miarę rozsądny nie trzaśnie pięścią w biurko, aż spadną z niego ufryzowane, teatralne rekwizyty, a kilku lub kilkunastu aktorów zacznie rozglądać się za nową pracą.

Od tego trzeba było zacząć, panie dyrektorze Cezary Morawski, nie od deklaracji, że nikogo pan nie zwolni. Nie przewozi się na własnych piersiach skorpiona przez rzekę.

W tle tego konfliktu, wymianie ciosów jakby wszyscy już zapomnieli, że poprzedni dyrektor Mieszkowski doprowadził teatr do dużych strat finansowych. A co tam pieniądze, toć one są z podatków. Dyscyplina finansowa? Niech ona obowiązuje innych, nas nie. Kiedyś jeden kompozytor o powszechnie znanym w świcie nazwisku powiedział do mnie w kawiarni ZAIKS-u: – Prawdziwy artysta nie goni za tanim poklaskiem publiczności, prawdziwy artysta goni za szmalem. A po chwili dodał: – Zaszczyty dla gówniarzy, dla nas pieniądze.

I wtedy wszystko staje się jasne!

Tymczasem następny konflikt w artystycznym środowisko zaczyna płonąć coraz jaśniejszym ogniem w Warszawskiej Operze Kameralnej. I podobnie jak w Wrocławiu, poprzedni dyrektor postąpił niczym szuwaks do czyszczenia butów, czyli rozmazał placówkę finansowo, zadłużając ją na niewyobrażalne kwoty.

Przed kilkoma tygodniami w naszym czasopiśmie Jan Kiczor pisał o wspaniałej karcie artystycznej Alicji Węgorzewskiej, która jesienią ubiegłego roku objęła stanowisko pełniącej obowiązki dyrektora Warszawskiej Opery Kameralnej. Wtedy prawdopodobnie ani p. Węgorzewska, ani piszący o niej Jan Kiczor, nie wiedzieli przed jakim karkołomnym stanowiskiem stanęła nowa dyrektorka.

Poprzednim dyrektorem placówki był Jerzy Lach, wcześniej współpracownik marszałka województwa Adama Struzika, który stanowisko to objął nie bez wsparcia swego pryncypała, a po Stefanie Sutkowskim, będącym wcześniej legendą w świecie artystycznym. Odejście Sutkowskiego było burzliwe, artyści opery demonstrowali pod ministerstwem kultury, ratuszem miasta.

Nowy dyrektor Jerzy Lach nie zapominał już po objęciu stanowiska  o wyjątkowo intratnych dla siebie umowach, to za reżyserię, a to za konsultację… Wszak prawdziwy artysta nie gania za tanim poklaskiem publiczności tylko za…, a zaszczyty dobre są dla gówniarzy, dla nas…

I działając tak, zwiększając zatrudnienie do niebywałych rozmiarów w cztery lata swoich rządów zadłużył placówkę do niewyobrażalnych rozmiarów, zaś błędy programowe, nietrafione inwestycje, gigantyczne długi na każdym kroku, kwalifikują do postawienia WOK w stan upadłości. Tyle, że zobowiązania finansowe przejdą do kasy miasta. Obecnie zadłużenie wynosi około 3 mln. złotych.

I teraz zapada najważniejsze pytanie – reformować, czy postawić w stan upadłości? 

To stajnia Augiasza. Prawie 300 etatów, dwie orkiestry, zastępy dyrygentów i pół setki śpiewaków-solistów na etatach! Tak nie ma nigdzie w Polsce, żaden szanujący się teatr tak nie marnotrawi pieniędzy, tym bardziej że to środki publiczne. Można powiedzieć, że w WOK-u jest chora sytuacja, bo ta instytucja wydaje więcej, niż ma!

– powiedziała Alicja Węgorzewska.

Nowa dyrektor chce jednak reformować placówkę, tworzy nowy plan jej ratowania i repertuaru, ale podobnie jak w teatrze w Wrocławiu, materia stawia opór, czyli trwa bunt tych, którzy muszą znaleźć się za burtą. Wystarczy powiedzieć, że WOK posiada dwie orkiestry, dziesiątki solistów, z których spora ilość od dawna nie brała udziału w żadnym spektaklu i zapomniała jaki jest zapach desek scenicznych. Do tego dochodzą, a jakże, związki zawodowe wpisując się w scenariusz kontestacji i protestów.

I teraz zasadnicze pytanie – dlaczego o zdarzeniach tych napisałem, boć wiedza o tym jest prawie powszechna?

Chcę powiedzieć – ogromne pieniądze są marnotrawione w kulturze, zwłaszcza w kilku jej dziedzinach, w który niestety teatry i film wiodą prym.

Niedofinansowane są takie dziedziny sztuki jak malarstwo, rzeźba, grafika, literatura, prasa kulturalna…

Ta ostatnia szczególnie bliska naszemu tygodnikowi, który bez zbytniej skromności, jest najczęściej czytanym czasopismem literackim w kraju, około miliona wejść w ciągu każdego roku, a który znów nie dostał złamanego grosza na swoją modernizację informatyczną, korektorską…

A tu proszę, milion w te, kilka milionów w tamte… kogo to obchodzi. Dyrektorzy odchodzą, długi pozostają, grunt że hewra się  nachapała. Jutro dostaną nowe stanowiska, jak ten dyrektor ważnej opery, który nawet nut nie potrafi czytać.

W tym roku na wszystkie czasopisma artystyczne wychodzące w kraju przeznaczono około miliona ośmiuset tysięcy złotych.

I to byłoby na tyle, jak mawiał przed laty mój wspaniały kolega, profesor mniemanologii stosowanej, Jan Stanisławski. 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko