Z lotu Marka Jastrzębia – Bezstresowe wkręcanie nosa w imadło

0
208

Z lotu Marka Jastrzębia

 

Bezstresowe wkręcanie nosa w imadło



Marian Bogusz, Symfonia liturgiczna Honeggera, 1955 r.Przemijanie, to proces fermentowania czasu, chlupot pomieszanych zdarzeń, ruchy Browna w retortach kronikarzy absurdu. To stały element naszego bytu, któremu daremnie jest przeczyć. Ostatnio więc z rzadka myślę o czekającej mnie przyszłości, a to dlatego, że nie mam na nią wpływu; powoli godzę się z nieuchronnością pikowania w nicość.


Oczywiście, mogę sobie protestować do woli. Naturalnie, nikt nie zabrania mi użalać się nad marnym losem następnych pokoleń. Jednocześnie wiem, że ludzkość była co pewien czas wstrząsana paroksyzmami cywilizacyjnego załamania pogody, uczestniczyła w trwożliwej obserwacji wypiętrzania się obyczajowych zniekształceń, ślepego podążania modnym torem prymitywnej martwoty utkanej z mgły i mroku.  Lecz uspokajam się myślą, że sprężyna cywilizacyjna leczy w końcu te niezdrowe fluktuacje, bo jak po okresie dominacji absurdu następuje przesyt skarlałą dotychczasowością i nastaje ozdrowieńcze tropienie zamienników naszej egzystencji, podejmujemy więc kolejne próby znajdowania innych, lepszych myków na  istnienie, gorączkowo szukamy innych technik życia czekających na ponowne odkrycie i ostateczne usankcjonowanie, tak po niżu czy burzy, na niebie zjawia się tęcza i pobłyskuje pogoda ducha, a chmury z ołowianym prymitywizmem przegania następne światełko w tunelu, i znowu chce się nam pchać swoje wózki z tarapatami. Dlaczego? Bo mamy nadzieję.


*


Obrazek z podróży: siedzę przedziale i przez chwilę jestem sam. Ale że nic, co przyjemne, nie trwa wiecznie, na następnej stacji wtaszcza się do ekspresu rodzina płci odmiennej oraz ich pociechy: dwójka zapasionych berbeci. Specjalnie podkreślam, że to małżeństwo mieszane, gdyż w ramach polityki prorodzinnej  doczekamy się  wkrótce – małżeństw jednopłciowych. W tym miejscu zaznaczę, by nie było nieporozumień: nie mam nic do gejowskiej gimnastyki seksualnej, o ile nie jest ostentacyjnie uprawiana na stadionach, lawetach i estradach, tylko traktuje się ją jako wewnętrzną sprawę rozgrywającą się WYŁĄCZNIE w miejscach mało uczęszczanych i WYŁĄCZNIE pomiędzy partnerami. No, ale pomińmy obyczajowy horror i skupmy się na realiach:  ta z mojego obrazka jest tradycyjna i ze wszech miar sympatyczna.  


Z pozoru; przewodnik stadła, facet podobny do głowy rodziny, zanurza wzrok w gazecie sportowej, kobieta wyglądająca na matkę fąfli wertuje kolorowe pisemko, pisklęta wyciągają komórki i na komendę poczynają wypukiwać esemesy. Małżeństwo znajduje się w stanie znudzonego milczenia i ogłuszający spokój trwa do końca podróży. A ja przez ten czas nie mogę wyjść ze zdumienia obserwując ludzi zajętych wyłącznie sobą i ani trochę nie zainteresowanych tym, co za oknem; tatko ślizga się wzrokiem po tabeli z wynikami futbolowych rozgrywek, mamcia tkwi z nosem wetkniętym w czytadełko, cherubinki oddają się wirtualnym czynnościom, a nikt z nich nie spojrzy w zaokienny krajobraz, nie zapyta, co się za nim przesuwa,  gdzie znika, jakie miasto widnieje na horyzoncie, jaka jest nazwa mijanego jeziora czy góry. Żadnego zainteresowania światem spoza gazety lub komórki, żadnej rozmowy, choćby kłótni świadczącej o namiastkowym istnieniu uczuciowej więzi. Niby jadą razem, a przemieszczają się osobno, beznamiętnie,


*

Obecna hodowla człowieka nazywa się wychowaniem bezstresowym. Powinno nazywać się ono wychowaniem dla świętego spokoju. Wychowywaniem bez barier.  Bez barier, czyli – bez wspólnej rozmowy z dzieckiem i ustalenia granic, czego mu nie wolno, a co musi. Wychowanie to winno nosić miano wychowywania luzackiego, gdyż nie wzbrania niczego, a pozwala na wszystko.

Stosowane jest dla naszej leniwej wygody, dla naszego komfortu. Pełne arbitralnych postanowień, jednostronnych uzgodnień. Braku wspólnych kryteriów i zasad. Jednoznacznych określeń prawideł gry.


Wychowanie, kształtowanie charakterów dzieci, to gra. Nie w to, kto kogo pokona, lecz w to, czy uczeń przewyższy mistrza. Nie jesteśmy dla nich   starszymi przewodnikami po życiu, ale kolesiami z piaskownicy; prawdziwe partnerstwo nie sprowadza się do potakiwania, do bezkrytycznej zgody na dziecięcą wizję świata, lecz do tłumaczenia, wyjaśniania, interpretowania, akcentowania  złożoności życia. A także – uczenia szacunku, akceptacji i tolerancji dla światopoglądowej odmienności.


Tyle teoria. W praktyce, jesteśmy dla nich, albo dostawcami frajdy, albo – nie znoszącymi sprzeciwu nauczycielami strachu, hipokryzji i alienacji, bo przyszło nam się zająć zimnym wychowem swoich, lub cudzych dzieci, przekazywaniem nauki o samotnym przebywaniu w nierzeczywistości.


Zadowalamy się życiem osobnym. Trwaniem ksobnym. Wzajemnym schodzeniem sobie z drogi. Ojciec ma swoje kłopoty, córka, lub syn – też. „Stary” ma na zgryzoty – gazetę, piwo i worek treningowy w postaci oblubienicy, synek, czy córka siedzą w komputerowych grach. Siedzą i milczą. Nie ma między nimi więzi, sympatii, jakiegokolwiek zrozumienia. Jest za to nasilająca się obojętność, agresja i rodzące się w nich pytanie: dlaczego mam kumpli, a nie mam przyjaciół?


Jak nasi rodzice, zauroczeni bezstresowym wychowywaniem, jak poczciwa zgraja naszych „wychowawców”, która uwzięła się być naszymi kumplami spod śmietnika, totumfackimi niemal, tak i my robimy ze swoimi pociechami to samo; pozwalamy im na każdy kaprys, a postępujemy tak mówiąc sobie: niech ma lepiej, niż ja, bo inaczej wyrośnie na mazgaja, seryjnego przygłupa (tu skreślamy nieodpowiedni rzeczownik, a pozostawiamy – właściwy, odzwierciedlający nasze obawy, nasz lęk, czym stałoby się, gdybyśmy zaczęli od niego wymagać przestrzegania wspólnych obowiązków i egzekwowania międzyludzkich norm).


*


Jaki jest sens zastanawiania się nad obecną, pedagogiczną mizerią? Szukania powodów zła? Sens jest ogromny, jednak problem polega na tym, że nasi oświatowi władcy żadnego zła, żadnej mizerii, w obecnym wychowaniu – nie widzą. Nie dostrzegają przymusu dokonania zmian. Zmian, czyli powrotu do niegdysiejszej normalności.


Przyczyn obecnego stanu należy poszukiwać  w nas. To znaczy – w szkole, w rodzicach, w nieistniejącym domu rodzinnym, w brakujących więziach międzypokoleniowych rodzin. Nauczyciel, ojciec, matka, pokolenie dziadków odesłanych do graciarni z andronami, są to teraz pedagogicznie chwiejne, niewykwalifikowane  kpy zajęte jojczeniem na sprokurowany przez siebie świat. Na świat pełen nienawiści, podejrzliwości, agresji. Na świat traktowany jako wrogie człowiekowi otoczenie. Otoczenie, od którego TRZEBA się izolować.


To my jesteśmy odpowiedzialni za młodzież. Za jej etyczny obraz. To my nie kształcimy w niej zasad tolerancji wobec bliźniego,  miłości do ludzi, nie dbamy o uczenie jej współżycia z resztą społeczeństwa, wrażliwości, zrozumienia i szacunku  dla  innych, optymizmu i zaufania, otwartości i alergii na piękno. To my fabrykujemy buble, odpady i duchowe cyborgi zaszczepiając w nich sceptycyzm i fobie.


W myśl powiedzenia, że po nas choćby potop, wszystkim wszystko zwisa; dzisiejszy nauczyciel nie zajmuje się uczniami, bo uczeń, to tylko dodatek do pensji, a rodzice nie zaprzątają sobie głowy problemami syna, czy córki; szkoła zwala winę na dom, dom na szkołę, a bezpański lecz udomowiony dzieciak lata po ulicy i szuka frajera do glanowania.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko