Jarosław Kapłon
Wiersze Tygodnia
atak serca
proszę nie spać
mówił ratownik medyczny
krzyczał a jednocześnie uderzał
jakby przez ból
wyrażał ciągoty do bicia
w dzieciństwie
a potem podał tlen
przyssany do ust niczym knebel
jarzmo życia
spójrz za okno
mówił tam czerwony z granatowym
aż mieni się w oczach
jak myśli przed zaśnięciem
w porozumieniu
z kimś bliskim
w pocie jakbyś się rodził na nowo
gdzie indziej
a tu w dziwnym zawieszeniu
żegnał z samym sobą
nie śpij mówił ratownik medyczny
oznajmiał a jednocześnie
reanimował
szum kosmosu
a co jeśli to się powtórzy
jeśli czarna kosmiczna plama
wniknie w moją obecność
czy będę miał żal że na chwilę
opuściło mnie życie
że moje powieki na moment zamknęły się
a potem otworzyły jakby ktoś
chciał wykonać twardy reset
na mojej osobie przekładając
z serca do chmury wszystko co żywe
a co jeśli nie czuję urazy
patrząc co rano w lustro
pełne różnorakich min
jakby to się przyśniło siniejąca twarz
niezliczone chwile grozy
a co jeśli ten ktoś wypuszcza mnie z rąk
wiszę trzymając się za jego
zimną stopę dość blisko
by bezwstydnie spojrzeć w górę
ujrzeć jak wykrętne jest to podobieństwo
sztuczne serce
poranna mgła snuje się między budynkami szpitala
trudno wypatrzeć przyszłość
pomyślałem nie ma życia po życiu
ani życia po śmierci jedynie sen
a więc do brzegu jeśli jest jakiś brzeg
do dni w których jestem do siebie podobny
popękane serce nie nadaje się
już do miłości wyłącznie do przeszczepu
transplantacji na stypę bądź kondukt
a zatem nowy ja a może ktoś obcy
jakiś nieuważny ktoś kto wchodził na przejście
dla pieszych z telefonem w ręku
bądź ktoś kto już nie chciał żyć
a serce wyrywało mu się z piersi jakby chciało
po raz drugi i trzeci zagrać w superprodukcji
następnie w czwartym i piątym sezonie
gdy ciało w pogoni za szczęściem
elektryzuje się a serducho wystukuje rytm
jak metronom bądź zegar cyk cyk cyk
dokąd tak pędzisz pytam
umarłem czy w ciasnym śnie boje się
tego co na pewno przyjdzie
bo maszyna która drzemie we mnie
nie zastanawia się kto poniesie większą stratę
2u
słucham pierwszych płyt u2
one dodają energii
potrafią wstąpić w duszę
zmarłego i go obudzić
tym samym budzę się
z letargu zimy
wśród szpitalnych łóżek
wracam z dalekiej podróży
ze wzrokiem wbitym w biały sufit
wiem że nikt ot tak nie znika
nikomu z oczu nie odchodzi
bez pożegnania od stołu
dlatego leżę przysypany
lawiną myśli w słuchawkach
’tomorrow’ jak klucz
w ogólnodostępnym wymiarze
czy taki był plan oddalić się
aby po chwili wrócić
zrozumieć że ze śmiercią
można się zżyć
zmętnienie
są wieczory kiedy mam plan
jak sam Bóg który w chwilach
zwątpienia chce być
bliżej światła
toteż zapalam wszystkie
żarówki w domu
i na milion sposobów
próbuję sobie wytłumaczyć
dlaczego dopada mnie
beznadzieja ten stan
kiedy patrzę w mętną wodę
akwarium i chcę to
zakończyć niechcący wylać
jak przysłowiowe dziecko
z kąpielą ale to mija jak noc
w której śni się sen
że pewnego dnia utonę
być może jest inaczej
wszelkie dążenia do wejścia
w ciemność to niejasny pomysł
prawdziwe życie toczy się
pomiędzy światłem a mrokiem
gdzie niemożliwa jest miłość
bez poświęceń
nieżyt
czym jest przeziębienie
wobec zawału serca
moment kiedy leżysz
a krajobraz rozmazuje się w oczach
wtedy ta i tamta strona
jest jedynie w deszczu
jakby nie było ciemnej toni
ani granicy między życiem a śmiercią
wyłącznie mokry obraz
przywołany jak wspomnienie
z dzieciństwa przed którym
nie uciekniesz kojarzysz go
z zażywaniem leków
wydmuchiwaniem nosa
z tamtejszą ulicą i domem
rozległym podwórkiem
dużą dziką gruszą za oknem
pod którą mieściło się serce
otaczający świat jak wianuszek
oddzielał od problemów
stresu który po wejściu
w dorosłość wnikał w ciało
aż po uczucie kiedy czas się
zatrzymał a zimne wody potu
wylały strugami rzek
na szare bawełniane prześcieradło
tajemnice alkowy
wówczas widziałem początek
i koniec tą i tamtą stronę
jakby nie było ciemnej toni
ani granicy między życiem a śmiercią
babie lato
są dni w których bezsilny
próbuję wierzyć
w płomień słońca
w odwieczną mądrość
odliczam czas który leczy rany
przykryty od nóg
po szyję kocem
a jesień z każdą chwilą
przenika do pomieszczeń
przez rozświetlone
pajęczyny babiego lata
paradoksalnie
jest na nich życie
i we mnie jest
zbudzone źrenice
obserwują świat wokół
to wyścig charakterów
wiszących na przeciw
siebie dwóch pająków
opierających się
jakimkolwiek lękom
ot życie od pierwszego oddechu
aż po atak serca
czasami dłużej
niewiele można zmienić
jedynie zasnąć
szukając snu w którym lecisz
powtarzasz sobie w myślach
nic mnie nie krępuję
szpitalne łóżko
sikanie do kaczki przy pielęgniarkach
kroplówka skapująca leniwie
ów dziedziczony koc
pod którym leżę
wpatrując się w nitki życia innych
biały
rozmyślam jaki szturm mógłbym
przypuścić jaki huragan
w niebie obudzić
by w białej zamieci świat
znów zobaczyć bo biały to kolor
duchowej perfekcji
symbol początku a może nawet
rewolucji i jeśli gdzieś umrę
to tu za tymi bielutkimi drzwiami
w tym pokoju na tym łóżku
wśród śnieżnych mebli
marznąc w blasku tej mlecznej
jarzeniówki która zza pleców świeci
niczym księżyc a świat się
nie dowie o mojej śmierci
dopóki jest biały otwarty na nowe
jak kolor kowidowej maski
która odbija się w łazienkowym lustrze
dwadzieścia po piątej kiedy idę
po omacku starając się
nie uronić ani jednej kropelki
ani jednej myśli opierając dłonie
o zimne ceramiczne białe płytki
w toalecie szpitalnej
myśląc jak długo powinno się
patrzeć w lustro żeby swój mrok
w jasność obrócić by się wykopać
z ciemności byle tylko w aurze
biały kolor zobaczyć jak ten wybuch
światła nad głową
serce jak dzwon
lekarz śpiewnym głosem
mówi to serducho jest jak dzwon
dźwięk który roznosi się
po ciele dlatego czytaj ten zapis echo
w pełnym uniesieniu
jakby nie było pęknięć
wątpliwości ta pikawa waży
trzysta gram i zaraz po słońcu
świeci najjaśniej niczym gwiazda
w pogodną noc
kiedy śni się że umieram
a fale w radiu zakłóca wielka burza słoneczna
owa dusza która nie ma twarzy
a jedynie pod szyją dzwoneczek
jak zbłąkana owieczka
sięgająca nieba






