Strona główna Rok 2025 Nr 584 Jakub Ciećkiewicz – Legenda podziemia

Jakub Ciećkiewicz – Legenda podziemia

0
221

Śmierć Jana Szustera zaskoczyła jego samego, a potem zespół „Nowych Wiadomości”, podobnie jak pionierka turysty zaskakuje ślimaka, który pełznie na przekór wiatrom, deszczom, mgłom i gradobiciom. Wdycha zapach igliwia, delektuje się spadającą kroplą rosy, wzrusza pastelową fakturą pejzażu, który zmiękcza śliwkowe powietrze. Aż nagle trzask. I koniec. Marzenia o przejściu do historii, przeżyciu miłości, stworzeniu opus magnum, przepadają. Umarł w butach.

Nieładnie, że pisząc o sprawach tak tragicznych uderzam w ton groteski, ale… muszę odreagować traumę. Bo per analogiam ze ślimakiem, dnia 13 grudnia, w rocznicę wiadomych wydarzeń, nagła śmierć wstrząsnęła zespołem redakcyjnym oraz ciałem naszego kolegi. Wstrząsnęła i położyła się kirem. Jaś padł na Amen.

Tu glosa na temat mojej redakcji. Tworzyli ją ludzie bardzo mało empatyczni. Często obrzucali się obelgami, opluwali, wymierzali sobie policzki, a nawet kopy, w skutek czego zastępca sekretarza złamał nogę, a pani Iwona Rusek, asystentka naczelnego, wypluła wkładkową sztuczną szczękę, zanosząc się płaczem i szlochem na balkonie po ostrym mobbingu. Szczęka spadła na głowę dorożkarskiego konia, stojącego przy ulicy Wielopole. Koń się spłoszył, galopował po Plantach tratując kilkanaście osób. Wszystkie te zdarzenia zostały opisane przez „Wiadomości”, a biedna Iwona czuła się jakby spowodowała katastrofę w ruchu lądowym.

Nasi dziennikarze cierpieli na różne spektra zaburzeń neurologicznych. Byli wśród nich: szaleni reporterzy, zdziwaczali poza wszelkie granice redaktorzy, upierdliwi korektorzy, popalający marihuanę łamacze, nie wspominając o gońcu, który miał żółte papiery i wielokrotnie przebywał w zakładzie zamkniętym.

Ponieważ tacy właśnie byli dziennikarze „Nowych Wiadomości”, przyjęli mnie z otwartymi ramionami, jako wariata mniejszego kalibru, bo tylko z depresją, ale to nawet lepiej. Ktoś musi przecież zostać szefem prestiżowego dodatku i prowadzić nudną działalność redakcyjno – administracyjną. Kogoś muszą po cichu nienawidzić, obarczać odpowiedzialnością za swoje porażki, spiskować przeciw niemu skrycie, wybuchać gniewem prosto w twarz, itd.

Martwi mnie, że miałem opowiadać o śmierci Szustera Jana, który 13 grudnia zmarł w groteskowych okolicznościach, a ja wciąż o sobie, albo w najlepszym razie niezbyt przyjaźnie o kolegach. Tak to już jest. Nie liczcie na wiele, jeśli ma Was pożegnać zaprzyjaźniony dziennikarz. Będzie mówił o własnych sukcesach. Podnosił swoje zasługi. Przedstawiał osobiste zalety. I opowiadał niesmaczne plotki o innych, nie wyłączając zmarłego. Ale teraz już dość. Przyrzekam, że wezmę się w garść. Muszę tylko jeszcze wyjaśnić, co rozumiem pod pojęciem groteskowej śmierci.

Na początek przywołam klasyczne dzieło teoretyczne „Das Groteske” Kaysera: „wszystko, co manieryczne, prymitywnie komiczne, burleskowe, fantastyczne, makabryczne, potworne, przerażające, absurdalne, surrealistyczne, romantycznie ekscentryczne, a wiąże się ze sztuczną deformację człowieka”.

No, Janka Szustera pogięło co prawda naturalnie, choć… czy na pewno? Bo przecież wskutek ogromnej, ujawnionej dopiero w kostnicy, skoliozy kręgosłupa, trzeba było dla niego robić trumnę na wymiar. Czy to nie groteska?

Zanim jednak odsłonię kulisy tragicznego zdarzenia, opowiem, co je poprzedziło, oraz jakie były jego następstwa dla historii współczesnej. Otóż zmarły był naszym zielonym listkiem figowym. Symbolem, a nawet alegorią, która dobitnie poświadczała, że nie wszyscy świnili się i podlizywali w PRL-u władzy ludowej. Przeciwnie, niektórzy, mając zresztą oparcie w kolegach, działali bezkompromisowo, ryzykując utratę pracy, zawodu, środków do życia, walcząc z całych, choć przecież wątłych sił, z żelaznym bicepsem komunistycznej władzy. Tak było i tym razem. Jan Szuster, cokolwiek o nim powiedzieć, walczył. Nie bał się. Ryzykował. Siedział w więzieniu. A kiedy beneficjentom przemian rozdawano etaty, wspaniałomyślnie odrzucił pracę w rządzie.

Ktoś musi być delegatem floty, kiedy marynarze pilnują, by okręt szedł odpowiednim kursem. I nie chodzi o kurs ideologiczny, albo walutowy. Ale o prosty fakt, że dziennikarze i redaktorzy musieli codziennie napisać i wydać gazetę. Ponieważ czekali na nią czytelnicy. Dobrowolna ofiara Jana Szustera przyniosła nam błogie poczucie ulgi, komfortu psychicznego i wewnętrznego spokoju. Przypomniała dawne, przedwojenne czasy, kiedy zatrudniano w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” „prezesa od siedzenia”.

Wspieraliśmy Jana. Słowem i czynem. Zawsze na początku libacji piliśmy jego zdrowie. Pocieszaliśmy osamotnioną żonę. Niektórzy nawet nadmiernie… A wcześniej robiliśmy składki pieniężne i wysyłali do więzienia paczki… Więc pomagaliśmy antykomunistycznej opozycji. I nikt nas nie mógł nazwać kolaborantami. Myśmy piętnowali, wskazywali błędy, spisywali kronikę upadającego świata.

Co do mnie, powiem wprost, że nie potrafiłbym psychicznie uczestniczyć w przesłuchaniu. Ze światłem w oczy, kubłem wody na głowie, pałą na plecach, kopem w brzuch. Mówię uczciwie. Mam depresję i nerwicę lękową. Gdy wyobrażam sobie takie sytuacje, zaraz czuję się gorzej, muszę zażywać Xanax, odczekać 15 minut żeby zaczął działać, a potem dopiero wracam do rzeczywistości. Możliwe zresztą, że moja wyobraźnia działa nieco przesadnie. Pewnie by mnie nie maltretowano, tylko postraszono, wylano z roboty, albo coś w tym stylu. Być może w krytycznej sytuacji potrafiłbym pokonać strach i stawić opór policji. Ale Szuster mnie wyręczył. Zresztą nawet nie znałem go w tamtych czasach.

– Jak zmarł? – spytałem sekretarza redakcji, Stanisława Nieulękłego, który wrócił rozgorączkowany z prosektorium.

– … prawdę mówiąc ze śmiechu.

– Szopki sobie robisz?

– Nie. Po prostu, rozumiesz, ktoś opowiedział dowcip, Szuster, rozumiesz, dostał napadu głupawki, nagle zgiął się, rozumiesz w pół, zakrztusił i upadł na dywan. To był koniec.

– Czy mógłbyś powtórzyć ten żart? – zaciekawiłem się.

– Tak. Dziennikarka przeprowadza wywiad w siłowni z typem, który na wszystkie pytania odpowiada:
– Yyy … Yyyhy… No … Eeee…
W końcu zdenerwowana pyta:
– Po co panu głowa?
A mięśniak na to:
– Jem niom.

– Ha, ha, ha…. Dusiłem się ze śmiechu. Był to zapewne śmiech nerwowy, który pomaga zmniejszać traumę. Wyrzuciłem z siebie złe emocje, złogi wyrzutów sumienia, osobistych lęków, fobii, katastroficznych myśli uruchamiających chore przeżycia, co wpływa, na rozchwianie hormonów, spadek immunologii i… namnaża nowotwór. Opanowałem się, bo nie chciałem umrzeć jak moi poprzednicy z sekretariatu redakcji, którzy sznurkiem odeszli na raka.

Mimo odśmiania zgonu kolegi nie mogłem się też uspokoić. Po powrocie do domu wypiłem resztki koniaku, wina i pożyczoną od brata flaszkę piwa, a mimo to byłem poruszony.

– Podobno Szuster wykorkował – zapytał syn z zainteresowaniem.

– Właściwie zawsze robił wrażenie jakby miał kopnąć w kalendarz – dorzuciła córka.

– I do tego wyglądał jak żebrak – dodała żona. – A jak ktoś ma taki wygląd…

– Co z Was za ludzie – ryknąłem. – Za grosz empatii. Czy kiedy ja, wasz ojciec, który żyły sobie wypruwa dla opłacenia edukacji szkolnej i pozaszkolnej wyrodnych dzieci – kojfnę, będziecie tacy weseli? A może od razu rzucicie się na złote spinki i nieopublikowane powieści, aby wszystko sprzedać?

– Michał, to jeszcze dzieci – gasiła pożar żona. – A Twoje powieści, mówiąc oględnie, się nie przebiły.

W przerywanym, ciężkim, lepkim od potu śnie, który pulsował kawałkami śmieci i psychicznych odpadków, prześladował mnie obraz Jana Szustera. Stał na ulicy Starowiślnej z kapeluszem w dłoni, w okularach sklejonych przezroczystym lepcem, w wyświechtanym trenczu, w podartych butach, przez które wystawały brudne palce, i uśmiechał się bezzębną szczęką do przechodniów. Jego siwa broda przypominała Wernyhorę. Ludzie wrzucali do kapelusza franki szwajcarskie, dolary, ktoś oddał nawet złotą cebulę, z wygrawerowanym napisem: „Dudusiowi w dniu złożenia egzaminu dojrzałości” a zmarły, przyjmując dary z godnością kiwał głową.

Jego nędzny wygląd, w zestawieniu z talentem literackim i zasługami jakie położył, zawsze budził w ludziach współczucie. Tacy bohaterowie powinni od razu przechodzić na emeryturę. Albo piastować wysokie, zaszczytne stanowiska, na przykład ambasadora w Maroku, czy ministra bez teki. Ale ponieważ dzieje nie są sprawiedliwe, walczący o wolność zostają pominięci i stają się, wstyd powiedzieć – menelami rewolucji.

Dlaczego? Bo nie gromadzili dóbr. Nie kupowali mieszkań. Nie zakładali przedsiębiorstw, a nawet lokat bankowych, ale walczyli o prawdę i sprawiedliwość. A kiedy nastał czas pokoju stali się niepotrzebni. Górnikom zamknięto kopalnie, robotnikom stocznie, i tylko dla niepoznaki, żeby nie było, że wszystkich przegranych oszukali kapitaliści, agenci tajnych służb, masoni, Mossad, FSB i tak dalej, najgłośniej krzyczącym rozdano stanowiska. A zwykła solidarność ludzi? To, co mieliśmy wnieść jako bezcenny depozyt do kultury światowej? Sąsiedzkie braterstwo? Skończyło się wraz z upadkiem systemu. Nadeszły czasy dobrobytu, a więc egoizmu.

Jednak Janek, po opuszczeniu więzienia, znalazł oparcie w naszym, pokopanym w czoło, zespole. Wszyscy stawiali mu wódkę i zakąski, i to lepsze – na przykład: regionalne sery kozie „łomnickie”: żurawina – miód – chili – czerwony pieprz – cebula marynowana – puder rozmarynowy. Albo wędzony tatar wołowy: żółtko sous vide – cebula perłowa – trufla – borowik – kapar – lubczyk – musztarda francuska – ogórek kiszony. To w restauracjach, a w firmowym bufecie „U Marysi” dostawał „na zeszyt” schabowe, rosoły, kawę i szarlotki, jako dowód uznania i rekompensatę za martyrologię. A kiedy zeszyt pęczniał pod koniec miesiąca, dawny komunista – prezes Orłowski – bez słowa spłacał długi bohatera. Totemu, który nieśliśmy w niepewną przyszłość.

Przyszedłem do pracy wcześniej. Przez otwarte okna redakcja „Wiadomości” wyrzucała tony zużytych emocji. Wczorajszy płacz, gniew, krzyk, radość, upojenie sukcesem, gorycz klęski – umierały wraz z ostatnim numerem gazety, który skończył swoje krótkie życie. Teraz rozbłyskiwał w dłoniach czytelników. W kawiarni, w tramwaju, taksówce, toalecie. Przynosił relaks, moment zaciekawienia, może nawet refleksję na temat podłej natury ludzkiej egzystencji, albo wzlot duchowy, kiedy ludzie czytali żałosne skądinąd felietony księdza Janickiego, celebryty zasłużonego w walce z komunizmem. I kropka. Koniec. Makulatura, zatkana rura w kiblu.

Dla dziennikarzy zaczynał się nowy dzień. Duch wisiał już nad wodami, Adam bezczelnie zdradzał Ewę, wąż korumpował Archanioła Gabriela, Szatan, omijając cło i vat, szmuglował jabłka do zagranicznych sfer niebieskich. Reporterzy łapali ten zgiełk na gorącym uczynku, gonili aż do zawału serca, spalali setki papierosów, zażywali psychotropy, jedli byle co, pili wódkę, przeżywali krótkotrwałe wzloty i upadki. Bo takie było ich życie, los, przeznaczenie. Choć Szuster – mówiąc nawiasem – był zupełnie inny.

On się nie spieszył. Nie przywiązywał wagi do bieżących zdarzeń. Nie został nawet zatrudniony w redakcji, dla której wciąż pracował. Podobno kiedyś naczelny wysłał go do kadr, żeby podpisał umowę, ale Janek pomylił numery pokojów, trafił do księgowości i przez pół dnia opowiadał paniom anegdoty, a potem o wszystkim zapomniał.

Utrzymywał się z prowadzenia firemki poligraficznej, na którą składała się jego wychudzona osoba, zapleśniały garaż i pordzewiała słowacka maszyna offsetowa „Víťazstvo”. Dostawał przypadkowe zlecenia, drukował zaproszenia ślubne, wizytówki, programy teatralne i urzędnicze akcydensy. A dla redakcji „Wiadomości” raz w tygodniu przygotowywał kolumnę kryminalną. Przynosił komplet tekstów i rysunków, zaglądał do fotoskładu, opowiadał zabawne historyjki. Potem szliśmy na obiad, za który tradycyjnie nie płacił. Łączyła nas typowa redaktorska przyjaźń. Intelektualna, choć płytka. On był mózgowcem, ja raczej poetą.

Za drzwiami sekretariatu usłyszałem kroki. To kierownicy działów szli na operatywkę. Zaraz zacznie się prawdziwa szajba. Teraz jest jeszcze czas. Na przejrzenie wczorajszej gazety, kawę, spokojne rozmowy z sekretarzem Nieulękłym. Trzeba doceniać, a nawet celebrować takie chwile, żeby zmniejszać stres i nie dostać raka.

Za pięć minut zadzwoni upierdliwy telefon. Miłośnik ortografii zamelduje, że znalazł błąd w tytule. Po chwili rozwścieczony czytelnik zacznie krzyczeć: – Kretyni, nie wiecie, że Woźniak jest wicepremierem, a nie wiceministrem? Do sekretariatu zaczną nieśmiało zaglądać dziennikarze, zadając męczące pytania: kiedy wydrukujemy ich reportaże i wywiady. Potem w fotelach rozsiądą się współpracownicy, z którymi trzeba będzie pić herbatę. Wreszcie, tuż przed obiadem, naciągną mieszkańcy Krakowa. Ktoś będzie namawiał do napisania o problemie prawnym, którego nie sposób zrozumieć, ktoś inny zacznie reklamować swój wieczór autorski a Wariat Wąs opanuje telefon, żeby zadzwonić do ambasady USA z informacją o radzieckich szpiegach w naszym zespole. Goniec będzie jeździć po galeryjce otaczającej pokoje na składanym rowerze. Kurier rozniesie pizzę. Reporter Osuch padnie na kolana, bo znów nie napisał tekstu. Ale zaraz go podyktuje „z głowy” maszynistkom. Nadciągnie gadatliwy pieśniarz z Piwnicy pod Baranami, a hrabia Mycielski opowie o sztuce. Pomieszczenie wypełnią kłęby dymu. Wszyscy będą rozmawiać ze wszystkimi. W trakcie całego tego zamieszania narodzą się pomysły na nowe artykuły. Teksty zaczniemy adiustować i zsyłać do drukarni dopiero po południu.

Żyłem w tym cyrku od 15 lat i nic nie mogło mnie zaskoczyć.

– Panie Michale – w drzwiach zobaczyłem głowę asystentki prezesa. – Szef prosi do gabinetu.

Prezes Orłowski, obecnie biznesmen – który kierował naszym wydawnictwem „Barbakan”, był człowiekiem wysokim, muskularnym, miał twarz ciosaną siekierą, choć pochodził z dobrej rodziny szlacheckiej. Od młodych lat interesował się rolnictwem, a u progu niepodległości założył sieć sklepów mięsnych. Potem, kiedy „Wiadomości”, zostały przejęte przez likwidatora majątku RSW i sprzedane „spółdzielni dziennikarskiej”, wykupił na podstawionych ludzi lwią część udziałów i stał się właścicielem. Ziemi, maszyn, kobiet… Jak za feudałów.

Na ścianie nad jego biurkiem wisiały dwie fotografie: pierwsza z prymasem Glempem, a druga z prezydentem Kwaśniewskim. Na ważniejszej pozostawał w pozycji powagi, a nawet uległego smutku, z odstawioną i lekko ugiętą lewą nogą, co można było odczytać jako aluzję. Na drugiej promieniował uśmiechem i fantazją. Oto człowiek – pomyślałem. – Z takim nie zginiemy!

– Panie Michale, mam prośbę – spojrzał na mnie uważnie. – Proszę napisać i wygłosić mowę pogrzebową ku czci redaktora Szustera. Był pan przecież w ostatnich latach jego podporą… Nawet wtedy, gdy zaczynało się już mówić… zawiesił głos… różne rzeczy.

Człapałem powoli na piętro, mijając kolegów wybiegających na konferencje prasowe, próby generalne i wernisaże. Jak ja mam do cholery napisać mowę, której słuchać będzie nie tylko rodzina, ale i większość krakowskich autorów, paru ministrów, premier i prezydent miasta. Prawdy powiedzieć nie mogę, otwarcie kłamać nie potrafię.

„W każdej wypowiedzi publicznej istotne jest to, by dobrze zacząć. Należy uprzejmie przywitać zgromadzonych i podkreślić wagę ich obecności – przeczytałem w „Poradniku Mistrza Ceremonii”, który kupiłem szybko w antykwariacie.

„Szanowni Państwo, kochana rodzino, drodzy znajomi. Witam Was serdecznie na tej uroczystości. Z pewnością nasz nieodżałowany (tu imię zmarłego) byłby bardzo szczęśliwy, gdyby mógł Was wszystkich teraz zobaczyć.”

No, raczej przeciwnie – pomyślałem. Wielu żałobników, którzy przybędą na pogrzeb, to wierzyciele Szustera. A jego absurdalna śmierć przerwała wszelkie nadzieje na zwrot gotówki. Potem zaczną wychodzić na jaw inne grzeszki…

Huknęły drzwi. Sekretariat zaczął ożywać. Do redakcji wracali dziennikarze z konferencji prasowych, prób generalnych i wernisaży. Zaczęły stukać klawiatury, a internetowa poczta, którą właśnie nam założyli, wypełniała się tekstami. Czas do roboty. Trzeba narysować i zredagować osiem stron gazety, a to nie żarty, tylko robota wymagająca skupienia. Jednak czytając wywiady z politykami, teksty publicystyczne o sytuacji rolnej, upadku banku, aferze prawnej, a potem wybierając zdjęcia z archiwum – przez cały czas myślałem o Janku.

Jego przybycie do redakcji, zapowiadano jak powrót bohatera. Człowieka który nie tylko siedział w zakładzie dla wielokrotnie skazanych recydywistów w Brzegu, ale był także blisko związany z czołowymi politykami obecnych czasów. Rączką, Falenciakiem, Boberem… „Gdyby chciał, mógłby zostać dyplomatą, szefem agencji prasowej, nie wspominając o posadzie w banku, czy zajęciu miejsca w radzie nadzorczej, ale zbyt cenił sobie wolność” – przekonywał nas prezes Orłowski.

Nie lubiłem reporterów z podziemia. Patrzyli na nas z góry lub z ukosa, a mówiąc szczerze z pogardą. Mówili mało, konkretnie, bez dygresji. Stwarzali dystans. I dopiero po długim czasie miękli, wtapiali się, pili wódkę w klubie „Pod robaczywą śliwką”, jakoś wybaczali, że pracowaliśmy dla komunistycznej prasy, którą oni nazywali propagandą. Tacy byli. Potem stali się gorsi od poprzedników – zajadli, fanatyczni, nietolerancyjni. I sami uprawiali propagandę. Wściekłą, okrutną, bezmyślną.

Szuster był inny. Od wejścia sypał żartami, klepał nas po ramionach, rozdawał miętowe cukierki w czekoladzie. Był wesołym prorokiem, który wybaczył oprawcom i tłumom gapiów przyglądających się jego drodze krzyżowej – że pozwolę sobie na odrobinę patosu.

Gdy po raz pierwszy wyciągnął mnie na obiad, zamiast zapytać, co robiłem w czasach PRL-u, zagadnął:

– Czym jest dla Ciebie wolność?

– Wolność, cóż… byłem zakłopotany. – To los bezdomnego, który pije pod mostem tanie wino.

Po twarzy Janka przebiegł cień.

– A ja wierzę w wolność – powiedział dobitnie. – Nigdy mnie nikt do niczego mnie nie zmusił.

– Naprawdę?

– Tak, mój drogi.

– A ty siebie?

– Co masz na myśli?

– Nie musisz odprowadzić dzieci do szkoły? Wysłuchiwać pretensji żony? Opłacać rachunków, kasować biletu, nie służyłeś w wojsku, gdzie zobowiązałeś się pod przysięgą „strzec socjalizmu przed zakusami imperializmu”? Odmawiasz sobie seksu z nieznajomą?

Szuster zamówił barszczyk z uszkami i goloneczkę, do tego dwa „pieski”, jak nazywano wódkę z pieprzem.

– No, coś w tym jest – uśmiechnął się. – Na pewno duża asekuracja – odsłonił pieńki zębów. – Poczytaj Hegla, Kanta, Kartezjusza… Ale nawet bez filozofowania widzę, że masz dosyć.

– Jak to?

– Usychasz w sekretariacie redakcji. Powiedz, o czym marzysz?

– Mimo czterdziestki wciąż jeszcze mieszkam z rodzicami. Do tego żona, dzieci. Czego mogę pragnąć?

– Wolności!

– No i co?

– Ucieknij do Australii.

– Naprawdę?

– Zadzwonię do ministra spraw zagranicznych, spytam czy nie ma wolnych miejsc w ambasadach… Zakładam, że znasz mowę Szekspira…

– Słabo.

– A to źle. Teraz są egzaminy, trzeba znać języki. Ja w więzieniu się nauczyłem… po japońsku.

– Panowie, coś zamawiają?

– Cztery wódeczki – Janek się uśmiechnął. – Zapłacisz tym razem?

– Pewnie.

Zapłaciłem jak zawsze.

W drzwiach sekretariatu redakcji stanął zastępca naczelnego Andrzej Lankosz.

– No panowie, co z tymi kolumnami? Dzwonią już z drukarni…

– Się kończą robić – rzuciliśmy zza klawiatur i zza monitorów. Nieulękły był czerwony na twarzy, sapał, zipiał, palił trzecią paczkę carmenów i najwyraźniej miał wszystkiego dosyć.

Otwarłem okno, żeby wyrzucić z pokoju nadmiar dymu i niemal wyleciałem na ulicę.

– Kurwa – mogłem skończyć jak Szuster.

Zerknąłem do poradnika Mistrza Ceremonii:

„Mowa pogrzebowa ma się skupiać przede wszystkim na zmarłym – jego życiu, dokonaniach. Powinno się zachować takt, w związku z czym nie wolno wspominać o złych cechach charakteru czy przykrych wydarzeniach. Możemy rozpocząć tę część znanym cytatem o tematyce śmierci i przemijania – to doda klasy całej wypowiedzi.
„Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”.

Wychodząc z firmy zerknąłem na zamykane właśnie wydanie gazety.

Na pierwszej stronie w czarnej ramce tkwił tekst złożony tłustą czcionką:

Non omnis moriar. Wierzymy w to głęboko. W każdym schodzącym z maszyn egzemplarzu „Nowych Wiadomości” – dzisiaj i za pięćdziesiąt lat – będzie kawałek Twojej ciężkiej pracy. Pełnej redaktorskiej pasji i skrupulatności do perfekcji. Tak. Redaktor Jan Szuster całe swoje zawodowe życie poświęcił redakcji i Czytelnikom. Zawsze był pełen energii i oryginalnych pomysłów. Twardy pragmatyk i profesjonalista, z tych, co nie tracą głowy nawet w najtrudniejszych sytuacjach. W latach 80., kiedy został wyrzucony z pracy z zakazem pisania, został wydawcą gazet podziemnych „Czerwona pajęczyna”, „Precz z komuną”, „Wolność”, a SB nadała mu pseudonim „Figlarz”. Aresztowany i gnębiony, nie załamał się. Między innymi właśnie dzięki Niemu „Wiadomości” przeszły pomyślnie „rewolucje modernizacyjne”, stając się gazetą nowoczesną i najchętniej czytaną w naszym regionie. Służył jej do ostatnich swoich dni…”

W nocy spadł pierwszy śnieg. Patrzyłem przez okno na ogród z uczuciem spokoju i nieokreślonego smutku. Świerki stały przystrojone w strzeliste czapy, gałęzie drzew pokryło barankowe futro, trawniki wyglądały jak białe dywany. Świat przypominał pałac sułtana, ubrany na przybycie cesarzowej. Chłopiec z sąsiedztwa, który szedł do szkoły z tornistrem i workiem stawiał pierwsze kroki w delikatnym puchu, który unosił się i majestatycznie opadał na ziemię. Było tak, jakby świat się rodził. Tym chłopcem byłem ja. Znów miałem siedem lat. W szarym jak chude mleko dniu, który nie chciał się zacząć, dniu bezsłonecznym i pełnym tajemnic, a więc metafizycznym, zagadkowym, zaczynałem wszystko od nowa. Piłem kawę patrząc przez okno, na kilka minut przed przebudzeniem dzieci i żony, ukrytych w ciepłych niszach snów, w pościeli zapomnienia. I wspominałem Szustera.

Przez długi czas spotykaliśmy się w kawiarniach. Nie wiedziałem gdzie mieszkał. Z opowieści wynikało, że w centrum. Wspominał coś o zaległościach w płaceniu rachunków, które uzbierały się aż pod sufit, z czego niewiele sobie robił. Pewnego dnia, kiedy przechodziłem ulicą Batorego, usłyszałem twarde uderzenia siekiery i przekleństwa, wypowiadane charakterystycznym timbrem głosu. Na podwórku w oficynie stał Jan, w rozwianej jesionce, wełnianej czapce, szaliku i zaparowanych okularach, sklejonych szarą taśmą. Rąbał kanapę.

– Cześć. Co robisz? – spytałem wesoło.

– Witaj Michasiu – uśmiechnął się. Był nieogolony i brudny. – Muszę ogrzać mieszkanko. Znalazłem właśnie porzucone łóżeczko…

Budząc zdziwienie przechodniów rozwaliliśmy zniszczony mebel i wynosili kawałki drewna na drugie piętro kamienicy, gdzie rodzina Szusterów zajmowała ogromny kwaterunkowy apartament o powierzchni 250 metrów kwadratowych. Uderzające było, jak w tym Wersalu mieli mało mebli. W kuchni dwa zdewastowane kredensy z lat 50., o łazience nie będę wspominał, a pokoje wypełniała pustka spotęgowana przez odrapane łóżka, rozchwierutane krzesła i zużyte fotele. Zbutwiałe okna utkano watą, która odstawała na boki. Szpary pod drzwiami zatykano kocami. Z każdego kąta wyzierała bieda.

– Tam jest jak u Dostojewskiego – powiedziała mi później koleżanka, która chciała wydać u Janka książkę.

A właśnie, Dostojewski… O ile pamiętam idea wolności w jego powieściach wyzwalała samowolę władzy i ostatecznie dawała zgodę na despotyzm. To Szuster rozumiał. Z tym walczył. Ale wolność osobista, wolność Raskolnikowa, Kiryłłowa, Stawrogina, Iwana Karamazowa, prowadziła do katastrofy. Czy tego nie dostrzegał?

Przy oknie w salonie stała Elżbieta Szuster. Przygarbiona, w czarnym szalu. Paliła papierosa w długiej lufce z czasów międzywojnia. Miała usta ściągnięte w podkowę. Oczy szare, smutne, bezradne. W drżącej dłoni trzymała filiżankę herbaty.

– Dziękuję za pomoc – wyszeptała i uśmiechnęła się blado.

– Ależ…

Ostatnio wszędzie chodziła za mężem, nawet do redakcji, bo dostawała napadów lękowych. Nic dziwnego, przy braku stabilności życia, jaką fundował jej Janek i roszczeniowe dzieci, drobna, delikatna kobieta musiała się załamać. Nędza to nie żart. Czy stan, który można zmienić. Nędza to fatum.

Gdy Szuster zszedł po kolejną partię drewna, powiedziała:

– On jest nienaprawialny.

– A jak było dawniej? – spytałem. – Przed aresztowaniem.

– Utrzymywaliśmy się z moich zarobków, albo z tego, co mu wpadło do kieszeni. – powiedziała martwo. Kiedy miał się urodzić Hakelbery spakowałam walizki i wystawiłam na korytarz. Wtedy zaczął pracować dla „Wiadomości”. Poczułam ulgę, choć nigdy nie było go w domu, bo stale biesiadował w klubie dziennikarzy. A później wybuchł stan wojenny. Stanął przed komisją weryfikacyjną. Zaczął się wygłupiać, cytował Lenina, Trockiego, Stalina, i tak im nagadał, że go wywalili. Wtedy paradoksalnie było lepiej – jej oczy zapaliły się jak matowe żarówki. – Dostawaliśmy paczki, jedzenie, dolary. Po dwóch latach poszedł siedzieć. Wspierał nas kościół i koledzy z podziemia. Jednak gdy przyszła wolność… Mógł iść do Warszawy, ciągnęli go, ale gdzie tam. Kupił na Słowacji maszynę i zaczął prowadzić swój niewydarzony interes. Gdyby nie honoraria z gazety, dawno byśmy poszli na żebry.

– No, kochani, to mamy ciepełko – usłyszeliśmy wesoły głos Janka. – A teraz pójdziemy na pocztę, bo spodziewam się przelewiku. Chodź Michał.

Podałem Eli dłoń. Była zimna i wiotka, opleciona cienkimi, zielonymi żyłkami. Chętnie wcisnąłbym jej kilka banknotów, ale to nie był odpowiedni moment. Obiecałem sobie, że coś zrobię, dla niej i dla dzieci. Choć dzieci, musiały być już przecież zdolne do samodzielnej pracy. Ale bezradność dziedziczy się po rodzicach. Stąd nazwa: „wyuczona”.

Na poczcie rzeczywiście czekał przelew. 500 złotych.

– Zasłużyliśmy na dobre śniadanko – ucieszył się Szuster. – Chodź, zapraszam cię do Wierzynka.

Poszliśmy do najdroższej knajpy w mieście, gdzie świeżo upieczony posiadacz gotówki perorował o filozofii. – Sartre pisze: Nie jest tak, by człowiek najpierw był, a następnie był wolny. Rozbełtał żółtko i pomieszał z polędwicą. – Nie ma różnicy między bytem, a byciem wolnym. Dodał grzybki, cebulkę i oliwę. – A więc nie może istnieć nic, co by wolność ograniczało albo przekreślało. Ulepił z mięsa brunatną braję. – Kiedyś tego nie rozumiałem, wręcz mnie to śmieszyło… Dodał masełko. – Ale, kiedy esbecy zabili Józka Kmiecia ze Studenckiego Komitetu Pomocy, gotów byłem położyć głowę za wolność.

– W sensie teoretycznym masz rację – bąknąłem. – Mnie bliższa jest koncepcja Lenina – zacząłem się śmiać. – Przynajmniej, kiedy widzę jak rąbiesz kanapę. – Wolność, to zrozumienie konieczności.

– Jesteś homo sowieticus – powiedział łagodnie. Potem delektował się smakiem tatara. Nabierał małe porcyjki na kawałki bułki, wkładał do ust i czekał aż się rozpłyną. Biedak prawie nie miał zębów.

Kiedy wróciłem do redakcji zacząłem namawiać Nieulękłego, żebyśmy pomogli koledze. Bo jednak, gdy my mieliśmy pracę i pisali teksty, on po prostu siedział. Tak było i nic tego nie zmieni.

– Pewnie, pewnie, bąknął Radek, ale rozumiesz… – nagle się uśmiechnął – w więzieniu Janek żył jak… w hotelu…?

– No, co ty?

Sekretarz redakcji był zażenowany.

– Odwiedzałem go kilka razy, nie w ponurej celi ale w jasnym, przyjemnym gabinecie. Tam pracował. W sekretariacie zakładu karnego. Pisał pisma, prowadził administrację, występował do sądów o zwolnienia osadzonych, wskutek ich rzekomej szybkiej resocjalizacji, za co współwięźniowie nosili go na rękach, a nie dam głowy, że… chyba mu płacili… Był królem. Rozumiesz?… Codziennie wieczorem popijali z dyrektorem więzienia whisky, palili marlboro, grali w wista, słuchali Wolnej Europy, która odliczała dni uwięzienia antykomunistycznego bohatera. Włos mu z głowy nie spadł.

– Zawiodłem się na Tobie – powiedziałem zimno. – Są granice, których nie wolno przekraczać, nawet w żartach.

Usiedliśmy przy telefonach. Namawialiśmy znajomych pisarzy, dziennikarzy, naukowców, a nawet klepiących biedę poetów, do publikowania dzieł w „taniej, ale rzetelnej” oficynie Szustera. Ba, wymyśliliśmy nowy projekt, książkę „Kto jest kim w Krakowie”, którą miał zredagować. Prezes się zapalił i nasz przyjaciel dostał solidną zaliczkę. Teraz mogliśmy żyć spokojnie, bez wyrzutów sumienia.

Pierwszy śnieg sparaliżował miasto. Połowa autobusów nie wyjechała na trasy. Na przystankach stały tłumy wściekłych, zmarzniętych pasażerów. Byłem spóźniony. Wszedłem do zimnego, ciemnego hallu modernistycznego gmaszyska „Wiadomości”, który z uwagi na półokrągły front, nazywano „Krążownikiem”.

Wjechałem żelazną windą na trzecie piętro. Dalej prowadziła wąska galeryjka. U osób, które cierpią na lęk wysokości, chodzenie po przyklejonej do ściany kładce półtorametrowej szerokości, a co gorsza, oglądanie ludzi, którzy siedzą bezceremonialnie na poręczy, jest formą tortury. Wystarczającą przesłanką, żeby zawrócić, zjechać windą, przebiec przez hall i o wszystkim zapomnieć. To był jeden z dyskomfortów mojej pracy. Przeczuwałem, że kiedyś, któryś z niewydarzonych autorów, skoczy z wysokości 20 metrów na posadzkę, zostawiając po sobie wielkiego czerwonego kleksa. Ale dziś wszyscy biegali po piętrach i galeriach, a energia się udzielała. Z nieba spadł wymarzony temat – miasto stanęło, władze nie nadają się do rządzenia, mieszkańcy są wściekli!

Otworzyłem poradnik:

„CHWALMY ZMARŁEGO

Mowa pogrzebowa w swojej tradycji czerpie z mowy pochwalnej. Nie bójmy się zatem mówić o tym, co w zmarłym było najpiękniejsze. Pozytywne słowa na temat nieboszczyka dają żałobnikom potwierdzenie, że był on dobrym człowiekiem, a gdy jest to pogrzeb katolicki – że zasłużył na życie wieczne.

Przykłady:

„Miał ogromne poczucie humoru, nie raz rozbawiał wszystkich do łez. Swoim pozytywnym usposobieniem dodawał otuchy i sprawiał, że zły dzień stawał się dla każdego lepszy”.

To może prawda. Nie zapomnę jednak momentu, kiedy Janek wpadł do redakcji i zapytał – Czy masz kartę kredytową? Potem zaciągnął mnie przed budynek, gdzie stojąc pod bankomatem snuł nerwowym głosem o niezapłaconych rachunkach i wyłączeniu prądu. Uległem… Straciłem 3 tysiące złotych.

Przez kilka tygodni, po wywianowaniu Szustera, zajmowałem się tworzeniem nowego magazynu prasowego. Przeniosłem się na piąte piętro budynku, pracowałem po 16 godzin z grafikami, łamaczami, reporterami, felietonistami i zapomniałem o Janku. Zresztą, najwyraźniej rozwiązaliśmy jego problem. Słyszałem, że przytył i zaokrąglił się na twarzy. Wreszcie zmienił oprawki okularów, odwiedził fryzjera, nabył w szmateksie białe koszule i odpowiednie garnitury, miał nawet wstawić sobie protezę, ale postanowił zainwestować w samochód. Któryś z dawnych kolegów sprzedał mu forda sierrę za bagatelną kwotę pięciu tysięcy. Podobno zapłacił tylko tysiąc, ale wóz zabrał i jeździł. Fakt, że nikogo nie przejechał, można przypisać Bożej interwencji.

Popołudnie okazało się koszmarem. Na komputery spływały relacje z nieudanej „Akcji Zima”, wywiady z prominentnymi politykami samorządu, zdjęcia przedstawiające katastrofę, komentarze, felietony – zapowiadał się śnieżny, no i świetny numer.

– Jak panu idzie pisanie mowy pożegnalnej? – wsadził głowę do pokoju prezes Orłowski.

– Przygotowuję, pracuję…

– To dobrze, słyszałem, że na uroczystości ma być wicepremier Rączka i wielu polityków, więc niech się pan przyłoży. Pogrzeb za dwa dni. Proszę mi przysłać tekst, jak będzie gotów.

Wróciłem do poradnika:

„WYRAŹMY ŻAL Z POWODU ŚMIERCI

Po tym, jak wspomnimy zmarłego, stosownie jest wyrazić żal z powodu jego odejścia. Do tej części można w płynny sposób przejść poprzez odwołanie się do wspomnianych wcześniej zalet.

Przykłady:

„Wszystko to, o czym wspomniałem sprawia, że dziś jest mi szczególnie trudno pożegnać się z (imię zmarłego). Jego odejście napełnia mnie żalem i smutkiem”.
„Choć dziś się żegnamy to jestem pełen wiary, że spotkamy się jeszcze w Domu Pana”.”

No, bez przesady. Pozostał mi w pamięci razem z niespłaconą pożyczką i wstydem, jakiego przysporzył, kiedy musiałem się za niego tłumaczyć. A nabranych przez Janka było wielu. Radek Nieulękły wydrukował w oficynie „Solidarni z Szusterem” bestsellerową książkę, za którą miał dostać 50 procent zysku. Już na imprezie promocyjnej wydawca napełnił sobie forsą kieszenie i stawiał kumplom wódkę. Autor nie zobaczył grosza. Tak samo było z namówionymi przez nas reporterami, naukowcami, pisarzami i klepiącymi biedę poetami, którzy sprzedawali w antykwiariatach ukochane książki, żeby wydać opus magnum. Wszyscy byli wściekli. Nie wspominając o właścicielu samochodu, który przez wiele miesięcy błagał o zapłatę.

Ale skoro nie jesteśmy jeszcze na pogrzebie, muszę dodać, że wytwory Szustera zawsze nosiły jakąś skazę. Jeśli błędy tkwiły w grubej książce, to pół biedy. Gorzej, gdy w zaproszeniu ślubnym pomylono nazwisko, albo pominięto frazy w druku urzędowym. Zleceniodawcy nie mogli się doprosić o powtórzenie wydania. I prędzej czy później skreślali bohatera podziemia z listy wykonawców. Janek Szuster był nieudacznikiem.

– No, kurwa, koniec na dzisiaj. Koniec, rozumiesz – ucieszył się Radek Nieulękły.

Nagle mnie olśniło. To on był idealnym wykonawcą mowy pogrzebowej. Umiał zręcznie pochwalić dygnitarza i opisać papieża, miał małpią zdolność do budowania tekstów na dowolny temat.

– Słuchaj – spytałem. – Chcesz zarobić 300 złotych za godzinę pracy?

– Pewnie.

– Napisz mowę.

– Napiszę. Czemu nie. Widzę jak się męczysz. A gdybyś znał całą prawdę… zawiesił głos.

– Czyli?

– Wiem od niedawna… To jest w zasadzie jeszcze tajemnica. Prezes zlecił w IPN-ie kwerendę na temat pracowników. I niestety Janek…

– Jaja sobie robisz. Przecież siedział.

– Tak. Naprawdę walczył, ale wcześniej… Nie wiem… Może go docisnęli na studiach. Zachowały się jednak donosy… Na profesorów, kolegów, nawet na biednego Józka Kmiecia, którego zaciukali esbecy. Są kwity pobranych pieniędzy, rozumiesz?

– Na pewno fałszywki.

– To się sprawdzi. Ale już wiesz, dlaczego nie mógł iść w ministry, ani zostać posłem! Z taką przeszłością musiał zniknąć.

– Nieulękły siadł do klawiatury. Ze zdumieniem patrzyłem na monitor, na którym wyskakiwały potoczyste zdania:

„Zebraliśmy się tutaj, aby pożegnać jednego z wybitniejszego współtwórców Trzeciej Rzeczypospolitej, nazywanego przez niektórych poufale „Jankiem”. Przeszedł on długą i niezwykłą drogę. Stał się legendą i symbolem bezkompromisowej walki z komunizmem. Ale choć otaczała go aura bohatera, nie uniknął błędów, ulegał namiętnościom, miewał także okresy słabości. Można powiedzieć, że mimo tego, co osiągnął, pozostał zwykłym człowiekiem. Dla jednych obiektem krytyki, dla innych podziwu i nadziei…”

Wyjąłem z kieszeni pieniądze i położyłem na biurku. Posłałem tekst intranetem. Po chwili Orłowski wpadł do sekretariatu. – Ależ pan napisał, panie Michale, ależ pan to ujął…

Od rana było ponuro – zimno i śnieżnie. Spadające płatki mieszały się z ulicznym brudem, zamieniały w błoto, które rozjeżdżały taksówki, bo mało kto ryzykował jazdę samochodem. Jechałem na Cmentarz Rakowicki zdenerwowany, miętosząc w kieszeni kartkę z mową pożegnalną. Wagon był wypchany. Ludzie kładli się na zakrętach, ściskali, przytulali, co mogło być nawet miłe, gdyby jechały studentki, ale o tej godzinie podróżowały raczej babcie, bezrobotni i renciści. Oddychałem kulkami naftaliny, brudem, potem, odorem gnijących zębów. Żeby nie dostać lęku zacząłem sobie przypominać jak opiszemy pogrzeb Szustera.

Główny artykuł zleciłem Bogdanowi, który był asem „Dziennika. W jego tekście miały się znaleźć wspomnienia kryminalistów, służby więziennej, kolegów z podziemia, starych dziennikarzy, a nawet, jeśli się uda, nauczycieli i uczniów, którzy chodzili z Jankiem do szkoły. Relację z uroczystości funeralnych miała zrobić szybka dziennikarka Maria Lis. Ostrzegłem ją, że tym razem stwierdzenia w stylu „świeżą mogiłę okryły liczne wiązanki kwiatów” są niedpuszczalne. 100 słów na pierwszej stronie postanowił napisać naczelny. Zdjęcia przygotowało archiwum.

– A gdyby tak opublikować listę dłużników? – przyszło mi do głowy. – I wspomnienia oficera prowadzącego? To było oczywiście podłe. Umarł człowiek. Stała się tragedia. Chociaż właściwie zmarł ze śmiechu.

Tramwaj zawył hamulcami. Wskoczyłem prosto w śnieżną braję. Przed murem stały trzy czarne limuzyny otoczone wianuszkiem BOR-owców. Przyjechał vicepremier Rączka i kilku ministrów. Oni też jeszcze nie wiedzieli.

W kaplicy, obok szefów redakcji i dziennikarzy, stała rodzina. Żona – na przepustce ze szpitala psychiatrycznego, gdzie od dłuższego czasu leczyła depresję – syn Hakelbery, który terminował u ślusarza i córka Aleksandra, bezrobotna absolwentka iberystyki. Ich zszargane stroje nie nadawały się nawet do szmateksu. Wyciągnięte berety, dziurawe szaliki, podarte rękawiczki, buty pamiętające lata… 70. Ten widok, prawdziwej wolności, łapał ludzi za serce.

Zagrały organy. Żałobnicy zaczęli śpiewać. Nagle uzmysłowiłem sobie, że Janek był ateistą. Nawrócił się w ostatnich miesiącach? Nie mogłem uwierzyć. Szuster to racjonalista i szyderca, więc pewnie decyzję podjęła rodzina. W niebo płynęły psalmy. Kadzidła. Płonęły świece. Strzelały flesze. A na katafalku w mahoniowej trumnie, szczelnie okrytej wieńcami – hojnie opłaconymi przez prezesa Orłowskiego – pękał ze śmiechu Janek Szuster.

Do mikrofonu podszedł ksiądz Baryłka: „- Pani Elżbieto, Olu, Hakelbery – dzieci, rodzino, przyjaciele, znajomi. Spotykamy się dzisiaj, by pożegnać zmarłego – męża, ojca, przyjaciela.

  Czy są słowa, które mogą wyrazić współczucie? Czy uda się w jakiś sposób pocieszyć zbolałe serce po stracie ukochanej osoby? Wypowiedziane przez nas zdania będą nieadekwatne, nieodpowiednie, zbyt małe i banalne. Często zamiast wspomóc – zranią.

  Jan nie ukończył 60 lat. Był człowiekiem dobrym i szlachetnym. Wziął na siebie brzemię walki z systemem i odsiedział długi wyrok w więzieniu. Miał oczy i serce otwarte na potrzeby bliźnich. A jednocześnie był wymagający. Najpierw od siebie, ale i od innych. Wsłuchiwał się w głos Boga i realizował w życiu Jego wolę. Na ile potrafił, przezwyciężając słabości, upadki, grzechy. Naszą wdzięczność potwierdza to, że zebraliśmy się tutaj tak licznie. Wraz z przybyłymi politykami najwyższego szczebla: wicepremierem Rączką i ministrami rządu Najjaśniejszej Rzeczpospolitej.”

  Tak. Jeśli Ela podjęła decyzję o pogrzebie kościelnym, miała rację. Jak wyglądałaby uroczystość z mistrzem ceremoniału świeckiego, bez kościelnej oprawy, bez kadzideł, świec, pieśni, organów, krzepiących słów księdza. Równie ubogo jak ich życie. A teraz, mimo biedy, stali w centrum świateł. Słowa są ważne, bo pozwalają dźwigać garb życia – biedy, długów, cierpienia i braku perspektyw.

Kondukt pogrzebowy wyruszył w swą ostatnią drogę. Padał śnieg. Czerń smutku wyzwalała biel. Powoli znikały nasze ślady. Wszystko przechodziło w czas przeszły, w tryb zapomnienia i przebaczenia. Zanim grabarze opuścili trumnę wygłosiłem mowę, wywołując płacz kilku kobiet. Elżbieta dziękowała mi ze wzruszeniem.

Po powrocie do firmy, kiedy pokrzepialiśmy się herbatą i faworkami ufundowanymi przez prezesa Orłowskiego, weszła sekretarka.

– Panie Michale, może pan coś wie na temat materiałów, które redaktor Szuster przygotowywał do książki „Kto jest kim w Krakowie”?

– Wiem, że dostarczał co miesiąc teczkę biogramów i inkasował 1000 złotych.

– Pan czytał te teksty?

– Za wiele mam pracy.

– Bo jest problem… zaczerwieniła się. – Zajrzałam do wnętrza. I znalazłam w nich pocięte gazety.

W południe, podczas narady zespołu, prezes Orłowski ogłosił grobowym głosem, że rozmawiał z wicepremierem Rączką i doszedł do bardzo ważnych wniosków.

– Mamy już w kraju wolność. Każda gazeta może pisać co chce, dobrze to widać zwłaszcza po lewej stronie sceny politycznej, ale my tą drogą nie idziemy. My lewackich autorów nie potrzebujemy. O zadymach, inspirowanych przez wrogie ośrodki, nie piszemy. Chuj nas obchodzi Love Parade i oskarżenia o antysemityzm. Idziemy prawą stroną drogi. A władza najwyższa, doceniając nasze zaangażowanie, wykupi w „Wiadomościach” duże pakiety ogłoszeń.

Oczywiście jest wolność… – dodał ciszej – wolność wyboru. Komu się nie podoba – może wypierdalać.

Jakub Ciećkiewicz

Poprzedni artykułJanusz M. Paluch – Zielarz nie daje wytchnienia
Następny artykułMark Tredennick – Wiersze (tłumaczenie: Kalina Izabela Zioła)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko