Nie przeceniam sztuki Carey Crim. Napisana jest zręcznie, ale lokuje się w kategorii sieciówek, utworów, skrojonych na miarę wyobrażeń z sieci. Nie ma tu zawiłej psychologii albo zaskakujących interpretacji społecznych. Ale jest postawione gorące pytanie o granice zaufania. Daje ono aktorom impuls do ukazania sugestywnej gry o prawdę, która wymyka się jednoznacznej ocenie.
Bohater dramatu, ceniony i lubiany nauczyciel, reżyser szkolnych spektakli, świętujący sukces kolejnej premiery, tym razem „Romea i Julii”, postawiony zostaje w stan oskarżenia o molestowanie seksualne nieletniej, swojej uczennicy obsadzonej w roli Julii. Atmosfera święta pryska.
Następnym razem spotkany się z nim, kiedy wychodzi z więzienia. Sąd go skazał na kilka lat, przyjaciele się odsunęli. Żona przy nim wytrwała, ale syn już nie – choć on sam wszystkiemu zaprzecza, przecież jest wyrok sądu, które nie sposób lekceważyć. Nawet jeśli wierzyć w jego wersję przez 23,5 godziny na dobę, to pozostaje jeszcze ten ułamek – pół godziny, kiedy wiara się chwieje. I jak wtedy razem żyć? W ogóle jak żyć?
W roli oskarżonego, niewinnego-winnego, co kto woli, wystąpił ceniony aktor komediowy Szymon Mysłakowski. Tym razem w roli obarczonej powagą oskarżenia i ciężarem odpowiedzialności. Udźwignął to zadanie z talentem równym jego komediowym osiągnięciom – można mu uwierzyć, a jednak jego postaci scenicznej już nie w pełni, bo pozostaje te pół godziny wątpliwości, które odsłania z siłą emocjonalnego rozwibrowania Katarzyna Dąbrowska w roli wspierającej go żony.
Jest o czym myśleć po tym spektaklu, który ostrzega przed na taryfą ulgową w ocenie własnego postępowania. Wszystko, co robimy, ma swoją cenę, nawet jeśli z pozoru wygląda niewinnie.
Tomasz Miłkowski
23 i pół godziny Carey Crim, reż. Jarosław Tumidajski, scenografia Katarzyna Kornelia Kowalczyk, kostiumy Krystian Szymczak, Scena w Baraku Teatru Współczesnego w Warszawie, premiera 25 lutego 2026.






