Strona główna Rok 2025 Nr 602 Zbigniew Ikona Kresowaty – NIECH MELANCHOLIA SYMBOLI TRWA (Na odejście poety surrealistycznego...

Zbigniew Ikona Kresowaty – NIECH MELANCHOLIA SYMBOLI TRWA (Na odejście poety surrealistycznego Janusza Stycznia)

0
32
Maria Wollenberg-Kluza - Cisza krajobrazu

Portret poety surrealistycznego Janusza Stycznia z Wrocławia, wykonał przyjaciel Zbyszek Kresowaty Janusz Styczeń to postać nietuzinkowego poety, postać tajemnicza, wielka odyseja melancholii symboli. Taki tytuł nosi jeden z jego tomów poetyckich, według którego można szkicować sylwetkę autora na jego odejście w mroki horyzontów. Janusz Styczeń – to nie tylko wybitny poeta, ale dramatopisarz i prozaik, absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Urodzony 27 listopada 1939 roku w Biadolinach Szlacheckich, debiutował opowiadaniem pt. Requiem dla nieśmiałego, które ukazało się w 1960 roku na łamach „Odry”, a kilka miesięcy później w czasopiśmie tym został ogłoszony drukiem jego wiersz Niewymierność. Opublikował ponad 20 tomów poetyckich oraz wiele dramatów. Wydał m.in: Trujące piękno (1982), Rozkosz gotycka, Wiersze wybrane. Publikował w czasopismach literackich, poezja jego była tłumaczona na wiele języków (np. Śnij snem morskim i inne dramaty, 1977). Na przełomie lat 60. i 70. XX w. należał do grupy literackiej Ugrupowanie 66. Poezję jego uznano za modelowy – odznaczający się zintelektualizowanym rygoryzmem i obecnością egzystencjalnej metafizyki – przykład literatury Ugrupowania. W 2012 roku tom Furia instynktu został nominowany do Nagrody Literackiej „Nike” oraz znalazł się w finale Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego – „Orfeusz”. W latach sześćdziesiątych przyjaźnił się z Rafałem Wojaczkiem. Zmarł 2 marca 2022 roku w godzinach porannych we Wrocławiu. To twórca niezwykły, przyjaciel sztuki, głównie malarstwa. Szkic o nim chcę oprzeć na zawartości tomu poetyckiego Melancholia symboli, ogłoszonego przez serię Biblioteki Wrocławskiego Oddziału SPP- seria XI (2). Poezja Janusza Stycznia, jak domniemać można, nigdy się nie zestarzeje, wciąż aktualna jest jedyną w swoim rodzaju, jest teatrem bywania przeróżnych postaci w miejscach tajemnych… To swoisty cykl patrzenia niezależnego, odrębnego i przechodzącego w perspektywy zaklęcia tajemnej sfery marzeń i jej wersyfikacji na wskroś w spojrzeniu, które jeszcze przed minutami było dotykalną fizycznością – a już nią nie jest. Jest swoistą erotyczną grą postaci. Niesłychanie inspirująca, w wciąż żyjącej studni. Żeby ją odkryć i zajrzeć w dno, trzeba odsunąć krążek księżyca i przebić się przez mroki oraz wejść w mistykę i echo ludzkiego DNA. Zawsze z ogromną przyjemnością sięgam do jego poezji – znakomitych obrazów, w których czuję pieśń, zapach werniksu i obecność kobiety, czasem głód seksu i szept erotyczny, wydobywający się zmysłowo z tajemnego pulsującego labiryntu. Okrzyknięty za czasów Wojaczkowych poetą mroku, Styczeń, na zawsze pozostał poetą symboli, władcą księżyca i lustra. Gdy wczytać się w dalsze ciągi tekstów, w wiele tomików poetyckich – widzi się ciągle rozbudzoną erozję, zwłaszcza u ukrytej osoby „trzeciej”, która zostaje wciągnięta w wir bezczasu, w teatr jedyny… Sięgam do wierszy poety z ogromną melancholią, gdyż wiem, że ów świat porwie mnie także w niecodzienność, poza horyzonty, na białym jednorożcu – tym bardziej, że dzisiejszy świat, chorujący na fizykę płaskich zwyczajnych spraw, kłótliwych w wyrażaniu poetyckich wektorów – często jest wyzbyty z romantyki, pnie się w kierunku konceptualizmu pieniądza i biznesu, staje się złudno-banalny i obcy dla marzeń i uczuć. Sięgam do wydania Melancholii, bo sam potrzebuję innej melancholii, żeby nasycić się krwistym kolorem róż, wracając w pustkę czasów z bukietem róż dla niewiadomej – choć to czas jakby bez Sztuki(?), bez kryteriów do jej oceny… Janusz Styczeń to poeta jedyny niebanalnej sceny, inscenizator atmosfery z zapleczem bezwiednym, intrygującym, z oczekiwaniem na fakt, który nastanie. Podmiot liryczny wiedzie nas zawsze ku surrealistycznym obrazom ożywionej symboliki, czasem sięgającej mitu i filozofii kontemplacji malarstwa, które zawsze odgrywało u niego wielką rolę inspiracyjną. Jak pamiętam z naszych kontaktów, Janusz kupował lub przeglądał albumy znanych i mniej znanych malarzy, poszukiwał w malarstwie – chodził do EMPiK-u, gdzie czasem go spotykałem, bywał na wystawach malarstwa, przyszedł raz na moją wystawę „Awangarda” w BWA (1994), połączoną z prezentacją mojej poezji, którą deklamował Andrzej Wojaczek (brat Rafała). Poetyka Janusza jest na pewno jedyna w swoim rodzaju pośród poetów, którzy oscylowali w kwestii surrealistycznej. Poeta kochający artystów malarzy, głównie tych, którzy budują zaplecze twórcze metafizyczną wyobraźnią intrygi, jak np. Caspar David Friedrich. Kto wie, czy nie od ulubienia tego artysty bierze się ciąg kolejnych aktów poetyckich Janusza. Jeden ze swoich tomów poezji nazwał tytułem obrazu tego znakomitego malarza, czcząc go jako swego mistrza: Mężczyzna i kobieta kontemplujący księżyc. Oznajmia w nim, że pokonując zasłonę i drogę oraz jej mrok, który snuje się w tle obrazu, jest mu bliżej do humanizmu, samo patrzenie na słońce zawsze oślepia. Wracając do malarstwa Friedricha, którego ukochał na wskroś Janusz, maluje on postaci od tyłu, nie pokazując ich twarzy (nawet Styczniowi!), on sam jako medium musi przejść na drugą stronę obrazu, opowiedzieć, co widział, patrząc z „przodu”. Artysta malarz Friedrich, jakby osobowość ukryta, kobieton i mag-medium, tworzy tajemnice w urokliwości – semantyczne zdarzenia, czasem senne – i jak cichy kot skrada się intuicją widza, żeby milczeniem odegrać „teatr zmysłu” poza samym czasem fizycznym. Styczeń bardzo interesuje się także malarstwem Tycjana! Jego Wenus – kobietą leżącą na łożu, na pierwszym planie, której twarz jakby nie jest ważna – ważna jest przestrzeń i czar posłania, gdzie zaraz przybędzie kochanek… Ma poeta do czynienia z obrazem odwróconym, dziejącym się dalej w przestrzeni oczekiwania(?). Wenus na pierwszym planie, blado wychylona z nocy, z mroku, gotowa zawsze dla kochanka – pójdzie z każdym z nas? Ona trwa na tle dalszych widzeń, czyli swych innych postaci kobiet, z których jedna pakuje kufer lub wyjmuje odzienie. Artysta widzi tu Wenus w trzech osobach. Poeta słyszy rozmowę kobiet przy kufrze, widzi „świadomość czuwającą” jak pies i wie, że Wenus szuka innego stroju, innego lepszego wcielenia nagości lub czeka na potwierdzenie. Właśnie w tomie Melancholia symboli jest dużo o Wenus – jako dziewczynie „szukającej fontanny”, prawdziwego wykwitu kobiecego, który może tylko zdarzyć się raz. Wspomnijmy inny wiersz poety. (…) dziewczyna idzie przez ogród, ona lubi bardziej ogród niż świat, ona lubi patrzeć i słuchać, jak Czas szeleści usychając i się rodząc, dziewczyna rozrzuca opadłe liście, jakby chciała rozrzucić opadły Czas i jego szczątki poderwać do dnia (…)

Poeta poszukuje zmysłowo przez obraz nagiej(?) kobiety, która ma w sobie bezczas… piękna. Artysta wie, że kobieta czeka na coś, na prawdziwego mężczyznę, na jego zapach, poeta wie, że jest sam tym zapachem, szuka ogrodu, ale właśnie on jest tym ogrodem i sensem natury… Poezja estetyki erotycznej, niespotykanej, wprost promieniuje w wierszach Janusza Stycznia… Poeta, jak tylko sięgnąć wstecz, odbiera nieustannie swoje drugie JA, jak np. z obrazu artysty malarza(?) – jakby wcześniej uknutego i zamierzonego… Próbuje złożyć rozrzucone szczątki marzenia, drzemiącego jeszcze w nas i podać treść niecodziennej jedynej erotyki. Ustawia, jak się wydaje, zmysłom naszym, scenę zbyt małą na tak wielkie opowiadania, ustawia jakby tych dwóch aktorów, biorąc siebie do trójkąta. Czytając poezję Janusza – twórcy niezwykle surrealistycznego – tak naprawdę rodzimy się innymi: w labiryntach mitycznych, w ruinach sennych cieni, w bajkach, w filozofiach starożytnych(?), i wychodzimy niby z oceanu po zniweczeniu Meduzy… Czuje się, że to wyobraźnia odbiorcy, w lekkiej osobnej mitologii poety, który reżyseruje nastrój, wydłuża pojęcie erotyki kobieto-mężczyzny, układa znaki rąk, ust i muśnięcia poręczy. Innym razem zawiesza księżyc nad Makbetem, na którego „czekają łodzie potopionych gdzieś na dnie Oceanu” (to fragment mojego wiersza, zainspirowanego poetyką Stycznia). Janusz wielokrotnie zbliża się także do postaci Szekspira. Trzeba powiedzieć, że poematy surrealistycznie otwierane na oścież toczą się blisko klasyki teatralnej, w zawieszeniu kontekstu o śmierci, ale takiej, która ożywa „życiem po życiu”, umieranie dla miłości, dla obecności z sobą… To ciągłe niespokojne poszukiwanie miejsca na obserwację i obecność, na uczestniczenie, na łaknienie „trzecim” okiem, to perwersyjne podglądanie lupą Big Brothera scen i przeczuwanie chwili, w której może stać się COŚ atrakcyjniejszego niż jest(?). Poeta wciela się w rolę bezosobową, ale czynnie we wszystkim uczestniczy. Buduje w myśli trójkąty, gra nimi, zdradza i wiernie przelewa kolory, idzie na trzeciego pomiędzy usta a dłoń, choćby był nawet kamiennym jednorożcem. To gra czasem perfidna, ale brana z życia, które jest teatrem. (…) pary tańczą dookoła jednorożca, dookoła kamiennego marzenia, on jest sercem ich tańca ich serca w nim się odbijają, jest dla nich czymś pewnym, wiecznym, czymś, na co zawsze można liczyć, (…)

Poeta nawet tutaj jest niezmordowany swoim wielo-życiem, bo przez wiele lat w nim światy tańczą obok siebie, grają bezkresy, intrygancki byt ponadczasowy. Tańczy i wystarcza mu samo nagie marzenie kamienia, czyli milczenie. To postacie mówią jego ustami – Janusz Styczeń jest romantykiem zawadiaką, gdyż z pozoru w czystej martwo widzialnej scenie tworzy osobny ruch, nastrój, szał kobiety i iluminuje marzenia. Styczeń umie przedłużyć chwilę rozkoszy, całuje swoje postaci nieskończenie – kobiety doprowadza do rozkoszy, do mocnego marzenia, posyła białego konia biegnącego brzegiem… Jego poetyka nie spieszy się do orgazmu – gra nim – czeka na moment, chce wytrzymać jak najdłużej w dotyku i trwaniu pewnej gry. Podmiot liryczny Stycznia wyczekuje w szale zmysłowym jeszcze większego uniesienia. Umie poeta także ustawić relację śmierci do życia i nadać jej wielowymiarowość i umie użyć śmierci, grać na niej. Często sekunda jest tutaj wiecznością.

(…)
zostały
po nim skrzypce,
ona
dotyka skrzypiec,
jakby
to jego dusza zostawiła
takie
swoje wyobrażenie,
taki
symbol wcielony w konkretny podmiot,
taką
szkatułkę, w której zamknięta jest
duszy
emanacja (…)

Ta fascynacja kształtem duszy, a raczej poszukiwaniem kształtu GDZIEŚ istniejącej i wymodelowanej w kształt człowieka, delikatność linii i liryki, bywa podskórną, lamentującą, ale radosną, chwile w morzach snu, w ognistych włosach, dzieją się ponad dzisiejszą sferą pojmowania, ponad wyobraźnią zabieganego człowieka, który jest piękny, a życie jego jest znikającym cudem, wciąż punktem. Ta jedyna nieskończoność, która opowiada siebie w poecie, odrasta, ciągnie jak grzeszna Chimera, unosi się i łzawi zadziwiona sobą, cała sobą żyje, jakby po śmierci, jak kochanka u Pazyfae… Poeta czasem wchodzi w całą marę śmierci, w jej radosną traumę i nadaje jej kształt „nietrumienny”. To mrok jest tym, z czego można coś wydobyć, uratować?, dotknąć, sparzyć się. A co mówi wiersz Odwiedziny?

(…)
szepce umarłej, że ją wciąż kocha,
całe
stopy ma otulone tym szeptem,
szept
przenika we włosy umarłej, w jej duszę,
kobieta
czuje to przenikanie,
jest
to dreszcz rozkoszy (…)

Nawet szept u poety ma zapach (czuć go rozkoszą), trwa najmocniej po odejściu – oddaleniu, gdy wychodzi on z cmentarza. Nikt bardziej niż poeta nie zawraca mrok ku człowiekowi, jest w ciągłym przebudzaniu, jest zawsze pod narkotykiem zapachu kobiety. Ona żyje w jego krwi, pasie swą duchowość jak mara nocna. W wierszu Pomnik nagrobny powie: dwóch śmierci trzeba, by śmierć pokochać. Piękne i intryganckie! – i zamknięte na wieczność, jakby się za moment miała skończyć sama poezja. Ale jak znam Stycznia, nie poprzestanie on nigdy na samej śmierci, na jej, co dziwne, nie przykrej traumie, ale żywej i ciekawej, jak odradzająca się non stop róża… Wróćmy jeszcze do samej postaci poety. Mówi on: Wychowałem się na prozie Williama Faulknera i od niego uczyłem się, jak poskramiać grozę, umieszczając ją na uniwersalnym obszarze świata i czasu. Jest zatem poeta postacią z twarzą niewiadomą dla czytelnika, który mało wie o nim. Styczeń wpatruje się w fizyczność otoczenia, w podmiot kobieto-mężczyzny, wyławia pewnego rodzaju grę. Nazwałem go kiedyś „kobietonem”. To ciało napawające intrygą. Można zaryzykować dygresję – kto wie, co jeszcze może się stać z osobowością liryczną Janusza, może ona wprost przejść do obłędu(?), może przejść w lirykę perwersyjną, może ewoluować jak Libido autentyczne poety już nieraz ukazane, może unieść się ponad radością bólu. Poezja Janusza Stycznia pożąda zawsze więcej, pożąda całej wieczności – jest zaborcza i łapczywa, szuka co rusz czegoś nowego w osobowości człowieka… To spojrzenia w obszary zmysłowości niespokojnej i bardzo romantycznej. Janusz Styczeń jeszcze nie pokazał swej twarzy, a już odszedł spotkać postaci swych wierszy… Poetyka Janusza Stycznia jest trudna do zapomnienia i długo jeszcze będziemy jej poszukiwać, a w niej i swych twarzy… w nocach, w świetle księżyca, w obrazach Friedricha.

Poprzedni artykułBohdan Wrocławski – Jeden wiersz
Następny artykułJanina Jolanta Jurek – Przybysz