Strona główna Rok 2026 Nr 614 Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
4

9 czerwca 2026

Dziś na dworze jest pięknie – powiedział Bóg

C:\Users\WACŁAW\Desktop\1355182-352x500.jpg

„Anna była już staruszką, gdy Bóg w końcu powrócił. Drzwi sali numer dwanaście oddziału szpitala Ruusukumpu otworzyły się i do środka wtargnął wielki złoty bukiet kwiatów.

– No, co tam, dziewczyno? – Bóg uśmiechnął się i podszedł prosto do łózka.”

Fińska pisarka (jak gdzieś przeczytałem mieszkajaca w Londynie i to ma znaczący wpływ na tę powieść) napisała rzecz nie tyle o starości, co raczej o zaniku pamięci, o szukaniu tożsamości, przeżywaniu traum, kontakcie z rzeczywistością (a raczej jej braku). Czy to powieść o kobiecie chorej na Alzeimera? Możliwe.

„Czas rozpadał się Annie w dłoniach.”

Ale najpierw było szczęście, spokój, życie, które wybrała.

Potrafiła definiować świat, to co bliskie w kilku, kilkunastu słowach.

Był Antti, którego znała od zawsze. Bo chodzili razem do szkoły, ale parą zostali dopiero na studiach. Zabrakło w tym związku dzieci (jak można domniemywać z treści to on, jego defekt, był przyczyną), ale prócz tego było to, na co liczyli. Praca, którą Antti kochał – reżysera. Nie każdy reżyser ma swój temat Antti znalazł– rosyjskiego chłopca, który jako dwulatek trafił do stada dzikich psów i… i został psem. A przynajmniej przejął psie cechy – chodził na czterech łapach, szczekał, gryzł. Iwana Miszukowa „wyciągnięto” ze stada, próbowano „udomowić”, a Fin nagrywał, rozmawiał, pytał. Po latach chłopiec wróci do stada, stanie się jego przywódcą.

Anna pomaga mężowi. Mają swój letniskowy dom na wyspie, jest morze, jest harmonia, jest pies. Pies, który, prowokowany przez ptaki odpływa w morze i nie wraca…

Ta książka to epizody, czasami trudne do umiejscowienia w czasie.

Antti ginie w katastrofie samochodowej.

Bóg usiadł na krześle.

Anna w zimie idzie do lasu, traci orientację. Widzi martwą, zamarzniętą kobietę. Sama jest bliska śmierci. Policjanci znajdują ją w lesie.

Potem jest widok z okna jej mieszkania. Na szpital, skąd pacjentki, w szlafrokach, w kapciach, wychodzą czasami na zewnątrz. Są zagubione, niepewne.

Ona z czasem też.

W kolejnej odsłonie jest Londyn. Londyn jako ucieczka. Praca w jakimś barze i spotkanie z Thomasem. Spokojnym, zrównoważonym mężczyzną, u którego boku mogłaby przeżyć resztę życia.

Ale to w Londynie „odpływa”. To tam okazuje się, że ma szóstke dzieci. Małych. Jest opiekuńcza, troskliwa. Tyle… że te dzieci sa tylko wyobraźnią. Urodzoną z ciasta. Ale rozmawiają, rosną, zadają pytania, przytulają się.

Anna wychodzi z domu, zatrzaskuje drzwi, nie ma kluczy, chce pojechać do pracy Thomasa żeby dał jej swoje. Tyle, że ważniejsza staje się nagle wędrówka po ulicach, zaułkach, jazda autobusem. To tam, z okien piętrusa widzi Tamizę i tłum, który z brzegu ogląda wieloryba, który wpłynął do rzeki.

Nie, nie wraca do domu. Czasami śpi w noclegowni dla bezdomnych. Już nie potrafiłaby wrócić. Coraz mniej miejsc, osób, zdarzeń, które zna, pamięta. A to, co było zostaje przetworzone, dodane. Staje się inne. Dobrym miejscem do zamieszkania jest też lotnisko Heathrow.

Potem znów jest Finlandia. Jej mieszkanie, w którym powoduje pożar. Niewielki. Bo znów widziała to, czego nie było. Lekarze definiują problem. Jest brat i bratowa. Troskliwi. Świat jakby zatrzaskuje przed nia swoje wieko. Coraz mniej tego, co rzeczywiste, choć te momenty „trzeźwości” wciąż są, coraz więcej za to tego, co przynosi wyobraźnia. Sąniedźwiedzie, które zapadają w swój zimowy sen w jej mieszkaniu.

To ona wychodzi na ulice w piżamie i kapciach. Chce zajrzeć w okno swego mieszkania. Stoi puste, nikt obcy jeszcze w nim nie zamieszkał. Zimno. Na szczęście dobiega do niej pielęgniarka.

Bóg podprowadził ją do łódki własnoręcznie zasmołowanej, pomógł zająć w niej miejsce, mocno wiosłował.

„– Pobudka Anno – zawołał Bóg, gdy południowy koniec wyspy wyłonił się zza cypla.”

Powieść Selji Ahavy czytałem z pewnym trudem. Może dlatego, że mam przyjaciela, który z Alzheimerem „odpłynął”. Ale może też dlatego, że nie jest to powieść linearna, że jedno zdarzenie nie wypływa z uprzedniego, że świat rzeczywisty miesza się ze zmyślonym. Na pewno jednak jest to proza dotykajaca, bolesna, ucząca pokory i odpowiedzialności za tych, którzy się „zagubili”.

Selja Ahava – Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn, przekład Justyna Polanowska, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026, str. 238.

Poprzedni artykułTadej Karabowicz – Poezja pięciu zmysłów Łady Dunin Sulgostowskiej – Boguckiej
Następny artykułLudmiła Janusewicz – Pojedynek na szczycie: Bogusław X kontra Eryk Pomorski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko