Strona główna Rok 2026 Nr 614 Krystyna Habrat – Miasto z marzeń

Krystyna Habrat – Miasto z marzeń

0
2

Nowe miasto budowano według najnowszych zasad naukowych. A wokoło pachniało żywicą olbrzymich sosen.

Miało tu  być nowocześnie, wygodnie i zdrowo, bo to było miasto z marzeń. Mieszkający tu powinni być szczęśliwi i dzięki temu pracować jak najbardziej wydajnie w fabryce, bo ona była tu najważniejsza.

Fabryka czy ludzie?

Chyba jedno i drugie. Lepiej się nad tym nie zastanawiać. W każdym bądź razie ludzie tutaj powinni mieć jak najlepiej.

Szybko więc projektowano  dwu, trzypiętrowe bloki  w najnowszym, modernistycznym stylu, otoczone ogródkami i lasem. Tylko co do fabryki to osoby postronne niekoniecznie musiały wiedzieć wszystko o wszystkim. Wystarczało, że każdy  na swoim miejscu pracy, wiedział co ma robić i robił to sumiennie.  Najlepiej jak trzeba.  Tak wszyscy mówili. A miasto dopiero się budowało.

Wkrótce do tych wszystkich „naj” przybyło to chyba ostatnie: miasto musiało być zbudowane jak najszybciej. Ludzie do fabryki już zewsząd ściągali. Na początek zasiedlali wolne kąty w okolicznych wioskach i docierali do fabryki na rowerach, furmankach i czym tylko się dało. Nieraz kilometrami pieszo. Silni mężczyźni przedzierali się na skróty przez zagajniki i chaszcze.

Ale bliżej fabryki ulice były już wytyczone. Proste jak batem strzelił. Rysowane od linijki i ciągnące się, że końca nie widać, po same granice miasta.  Od nich odchodziły inne, mniejsze ulice, uliczki, dróżki. A te cztery główne tworzyły kwadrat, gdzie pojawiły się już białe bloki dwu, trzypiętrowe z mieszkaniami dla przybywających tu coraz tłumniej  do pracy w fabryce., Ale te cztery ulice biegły dalej, wyznaczając kolejne dzielnice. A każda niby z podobnymi budynkami, zawsze w modernistycznym stylu, a jednak nieco inna.

Ta najdalej od fabryki, niewielka, odcięta od innych alejką topolową i prostopadłą do niej z rzędem wystrzyżonych kuliście akacji, może robinii,  była willowa dla dyrekcji fabryki i kilku najważniejszych specjalistów, bo tak ważne osoby dowożono do pracy samochodami, a ich żony nie pracowały.

Zresztą w początkach miasta mało kobiet biegało do fabryki. Nawet sklepów i urzędów nie było na tyle dużo, aby znajdowały tam zatrudnienie. Tu mało było samotnych, zmuszonych na siebie zarabiać, bo szybko wychodziły za mąż,  jako że mężczyzn było tu więcej niż kobiet. A ci mieli za punkt honoru zapracować na rodzinę. Żona nie powinna się poniewierać w halach fabrycznych, ale dbać o dzieci i dom, a jemu dogadzać, gotując rosół to sznycle schabowe z zasmażana kapustą. No i te kobiety tego pilnowały. Nie było więc tak źle.

Wtedy przyszedł światowy kataklizm i wszystko się załamało. Po wojnie dużo się zmieniło, Wśród biegnących na siódmą do roboty było już dużo kobiet. To były wdowy po poległych na wojnie i umierających na gruźlicę, których głód i poniewierka wojenna tak wykończyły. Te kobiety już były zmuszone, by same zarobić na dzieci, dom i siebie.

Zmienili się też mieszkańcy dzielnicy willowej. Byli tu już inni aktualni ważniacy. Byle jak okryty dobytek tych mniej już ważnych, platforma zaprzężona w dwa konie, przewoziła do mniej ważnych dzielnic.

Teraz dopiero zauważono, jak bardzo tutejsze ulice wyznaczają jakość życia w poszczególnych dzielnicach. Nie wiadomo, kiedy się to stało, ale z czasem dostrzeżono, że w tych podobnych do siebie blokach jakość wygód jest bardzo zróżnicowana. W jednym rzędzie bloków mieszkania miały więcej pokoi! I wykafelkowane łazienki z wanną, a gdzie indziej trzeba się myć w miednicy, albo wanience po najmłodszym dziecku, postawionej na ziemi koło muszli. I pokój był tylko jeden, a z niego się szło do kuchni. Nawet ulice, do niedawna bezimienne, a oznakowane tylko kolejną cyfrą i literą, coś ujawniały.

I już jedni mieli powód do zadzierania nosa i traktowania tych z gorszych dzielnic. z pogardą. Pogardą wymierzalną ilością pokoi, wyposażeniem łazienki i położeniem dzielnicy, która z góry wyznaczała standard życiowy, przynależny stanowisku jakie kto zajmował w fabryce. Nie zawsze był to ktoś właściwy, ale zawsze ważny.

A w tych ciaśniejszych mieszkaniach  z przechodnimi pokojami  i bez prawdziwej łazienki z wanną, zbierała się zawiść. Jakieś pierwsze jej zarzewie. Jeszcze niepokazywane, bo tak nie wypada, nie po katolicku.

I tak tu i tam, ktoś po podlaniu wieczorem swego ogródka pod blokiem, bo jeszcze wtedy mieli takie wszyscy, zamyślał się, obserwując rozwój swych pomidorów i sałaty i uwijające się nad tym owady,  i  ptaki na niebie, że w przyrodzie wszystko działa zmyślnie jak w zegarku, jedno wynika z drugiego i powoduje ściśle coś innego, a tylko człowiek to wszystko zaburza. Przecież nawet w ich nowoczesnym mieście zbudowanym dla wygody i szczęścia wszystkich mieszkańców, coś teraz zaczęło się psuć. Nie, od początku byli tu równi i równiejsi, tylko w entuzjazmie budowy tego nie  zauważano. A tu jak zwykle, jedni mają lepiej, drudzy gorzej. I już ten i ów odwracał głowę, by nie kłaniać się za nisko temu z lepszej dzielnicy. Wkrótce udawał, ze go wcale nie zna.

Za to los dla nich w jednym łaskawszy, bo tu miały bliżej kobiety z sąsiednich wiosek, przynoszące nabiał. Tu im było bliżej sprzedać niż wlec się daleko do tamtych willi. Zapraszane skwapliwie do domu odwijały z białych płócien, jeszcze wilgotnych od serwatki, pękate trójkąty białych serów, a z liści chrzanu – żółciutkie masło.

Od czasu do czasu wczesnym świtem pukał też do drzwi umówiony chłop z mięsem. Zawsze po zabiciu świni. Czasem przychodził inny i mówił szeptem, że zastępuje brata, bo jego przyłapali za ten handel. Posiedzi 3 miesiące. I tak na święta była znowu wiejska kiełbasa, pyszna polędwica i szynka, czego w sklepie nie było.

A jak zaopatrywali się ci z dzielnicy willowej, gdy do nich nasze wiejskie baby nie docierały? Ani chłopy z mięsem. Nauczyciel od biologii pytał, kto będzie miał na święta indyka, bo chciał zademonstrować na lekcji jego kości, przystosowane do lotu. I tylko jedna koleżanka  je przyniosła, właśnie z willi. Może tamtejsi mężowie tak ważni  w fabryce mieli specjalne dostawy?  Może im przynoszono co potrzeba ze wsi zaraz za miastem? By załatwić coś dla siebie. Choćby lepszą pracę w fabryce. Innym ci wieśniacy nie chcieli  sprzedać ani mleka, ani jajek czy kury, bo tych, z miasta, którzy przyjechali tu do pracy, uważali za intruzów. Nie wiadomo, dlaczego? Przecież odkąd zbudowano tu fabrykę i im się poprawiło. Nie musieli już wyjeżdżać masowo do Ameryki za chlebem. Odtąd każdy chłop zostawał chłoporobotnikiem i zarabiał w fabryce, a przy tym obrabiał swoje poletko z marną ziemią. Jednak oni mieli jakiś dziwny żal do przybyszów.

I tu znowu rodziła się zawiść. To drugie zarzewie. To już bardziej ujawniane.

I co dalej?

W pewnej chwili było i trzecie takie zarzewie zawiści, gdy po wielkim, dziejowym kataklizmie wille i co lepsze mieszkania lepszych dzielnic zaczęli przejmować pewni władczy ludzie, niezupełnie wykształceni, niezupełnie znający się na pracy, ale ważni i głośno krzyczący, co trzeba. A wyrzucani z mieszkań znikali.

Lata płynęły. Zmieniało się wiele, ale koło dzielnicy willowej wyrastały kina, sklepy i kawiarnie, nawet szpital i nowe szkoły, a w tych najbliżej fabryki tylko cmentarz.

Pytany o to uprzywilejowanie przez dziennikarza świeżo upieczony magister, pochodzący z biedniejszej dzielnicy, powiedział, że to jest prawidłowe, tamci są ważniejsi, muszą więc mieć lepsze mieszkania, nawet wille, auta i garaże, lokale rozrywki. Ale powiedział to bez przekonania. Jakby   tego  wciąż sam nie mógł zrozumieć, że tak być musi. I powiedział coś, jakby sobie na złość, że jego ojciec był tylko stróżem.  A to poszło w dzienniku telewizyjnym.

Wtedy starszy pan  w przyblokowym ogródku pomyślał, obserwując uwijającą się nad jego różami pszczołą, że w przyrodzie jakoś to wszystko się układa zgodnie z prawami przyrody. Tylko człowiek, choć mądrzejszy te zasady zaburza. Od zarania dziejów powstają pomiędzy ludźmi nierówności społeczne, bo ktoś musi grupą rządzić, a inny, co miał lepsze zbiory, da mu środki na wojsko. Trzeba go wynagrodzić przywilejem. I tak rodzi się zawiść, nienawiść, nierówności,  wojny.

Nawet w mieście powstałym z marzeń, gdzie wszystko miało być doskonałe, a ludzie jak najbardziej szczęśliwi, zaraza zawiści w końcu się pojawiła.

Mieszkający tutaj już dawno nie czuli zapachu żywicy. Sosen zresztą było coraz mniej.

Krystyna Habrat                                                      7.6.26r.

Poprzedni artykułNadmorze #184. Karol Maliszewski czyta wiersze z tomu „Zoo Transformers”
Następny artykułJan Bacewicz – Wiersze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko