Początek XXI wieku. Przyjazd do Polski.
Dolina Śmierci czytanie wierszy
Program artystyczny Dziesiątego Rajdu Wolnych Najmitów w kalifornijskiej Dolinie Śmierci, tuż po zachodzie słońca w sobotę 27 marca 1999 roku, to moje „poetyckie piętnaście minut”, o których nawet nie marzyłem. Poeta i pustynia, to dla mnie coś nowego, bardziej pasowałoby filozof i pustynia. Czytanie wierszy, słuchanie muzyki (na gitarze gra Grzegorz Korzon), w miejscu, które nie zostało stworzone z myślą o człowieku, które stanowi wielkie zagrożenie dla niego, gdzie nie ma jego korzeni, ani jednej cegły, jedynie kości nieszczęśników zwierząt i ludzi umierających z pragnienia. Pustynia miejsce gdzie można poszukiwać sensu życia, i rozpocząć walkę z własnymi wadami, które niekontrolowane mogą przeistoczyć się w grzechy. Właśnie na pustyni w Dolinie Śmierci na zaproszenie Iwony i Piotra Szymańskich zaprezentowałem swój najnowszy tom wierszy o Chicago pt. Chicago miasto nadziei”. Wiersze powstałe na chicagowskim bruku, od Logan Square i Puławski Road, na ulicy Milwaukee, w miejscach gdzie od ponad stu lat polskie stopy i ręce ukształtowały nową rzeczywistość. Przywiozłem je z Chicago do Zabriskie Point, (słynny punkt widokowy miejsca z księżycowego krajobrazu i niezwykłych kolorów), aby ludziom, którzy tylko o polskim Chicago słyszeli od bliskich lub nieznajomych. Chicago, przed którym ostrzegał mnie pan Czesław i wielu innych amerykańskich przyjaciół, bo to nie Dolina Śmierci była dla nich zagrożeniem, ale właśnie polskie Chicago, którego bali się bardziej.
Świat nie jest ziemskim ogrodem, uciekłem z planety komunizmu, gdzie była całkowita kontrola państwa nad obywatelem na planetę kapitalizmu i materializmu, gdzie każdy może robić to, co chce a wszyscy to mają głęboko w du… Powoli, bardzo powoli oswajałem się z tymi myślami, często wracałem na pierwszą planetę. Nawet nie wiedząc o tym stałem się przekazicielem mitów o komunizmie i kapitalizmie w swojej twórczości w zależności, z której strony duchowo byłem oceanu. Byłem poetą i artystą, i tak oba systemy rozumiałem, bo tak się czułem, a nie socjologiem, czy naukowcem.
Złem jest zabijanie, dobrem ulepszanie świata. Sami świadomie lub nie uczestniczymy w czynieniu dobra i zła, aby tego nie robić, może od tego uwolnić nas tylko śmierć. Bo życie to nieustająca ścianą konfliktów i nie ma żadnego znaczenia, z której strony stoimy. Nad tym myślał i zastanawiał się pan Czesław nad naturą ludzka, zastanawiając się „Skąd się bierze zło?”. A ono jest z drzewa wiadomości dobra i zła, z jabłonki tak pięknie kwitnącej wiosną, tak cudownie wyglądającej jak młoda panna w ślubnej sukni, czekająca na armię pszczół. Dochodząc do wniosku, że nikt nie rodzi się zły, ale złym może się stać poprzez swoje wybory.
Pierwsze dekady XXI wieku
Polska w XXI wieku po pierwszych latach transformacji bardzo dramatycznych, bez zaborów i okupacji armii radzieckiej, tego moi dziadkowie ani rodzice nawet w snach nie mogli sobie wyobrazić, niestety nie doczekali. Ja emigrant wracam do ojczyzny, jako suwerennego kraju, w którym Ameryka jest już oglądana „innymi oczami” rodaków.
Moje podróże do Polski w wieku XXI, stały się jeszcze częstsze niż w latach 90., Ubiegłego wieku. Już nie byłem tym Adamem mieszkającym w Ameryce, ale Adamem, który przyleciał z Ameryki. Mieszkałem już za oceanem dwadzieścia lat i oczekiwano ode mnie więcej niż ja sam do siebie mogłem oczekiwać. Reformy Balcerowicza, bezrobocie, upadek ZSRR, którym był „głównym partnerem handlowym Polski”, likwidacja zakładów pracy w Pieszycach i okolicy, bo jeden wielki ból i rozpacz, a nawet tęsknota za komuną, bo była praca, bo było lepiej, bo były kartki na żywność, ale nikt nie był głodny i tysiące podobnych spostrzeżeń uczyniło, że wróciłem do Polski, której nie znałem. Jednym słowem to Balcerowicz i jego radykalne reformy uczyniły z bezrobotnych robotników, tych, co strajkowali przeciwko komunie kilka lat później stali się promotorami byłego systemu i głosowali nie tylko w wyborach lokalnych na byłych członków PZPR.
Wreszcie zaczęto mnie uważnie słuchać, bo wcześniej słowa moje do nich nie docierały. Gdy mówiłem ludziom, że pracuję przez siedem dni w tygodni po dziesięć godzin dziennie, to ludzie kazali mi się stuknąć się głowę, bo nikt mi nie wierzył, gdy próbowałem ich przekonać, że nikt w Ameryce w szczególności emigranci nie pracuje po osiem godzin, patrzyli na mnie bardzo podejrzliwie. Zaczęli rozumieć, że raj na ziemi to nic innego niż wyścigu szczurów, byłem jednym z nich wychodziłem o dziewiątej rano i wracałem o dziewiątej wieczorem. Zarobki i kariera, awanse mnie nie dotyczyły pracowałem we własnej księgarni z polskimi książkami. Nie miałem płatnych urlopów, ani żadnego chorobowego, sam siebie wykorzystywałem, jako kapitalista i sam byłem dla siebie podłym, chytrym kapitalistą. Życie w stresie i planowanie lepszego jutra nie miało sensu, bo byłem zależny od polskiego czytelnika w Chicago.
Na chwilę jak to mówi wpadłem do Pieszyc z ciekawości a także z chęci nasycenia oczu widokami, za którymi nie tęskniłem, ale powiem szczerze brakowało mi. Sąsiadów, którzy dwadzieścia lat wcześniej byli moimi sąsiadami już nie było, ani jednej osoby z czterech mieszkań na ulicy Kościuszki 8. Pierwsze kroki skierowałem do biblioteki na ulicy Mickiewicza, budynku, który kilka dekad wcześniej był moją szkołą podstawową. Biblioteka, książki, moje ulubione miejsca, chciałem nie tylko zobaczyć się z panią dyrektor Marią Konieczną, ale jak biblioteka zmieniła się przez dwadzieścia lat mojej nieobecności. W dla pani dyrektor prezencie wziąłem ze sobą książki wydane na emigracji i tomik wierszy „Złodzieje czereśni” wydany w Toruniu przez Adama Marszałka. Moje rozmowy z panią dyrektor Marią zaowocowały tym, że zorganizowała spotkanie poetyckie ze mną, na które przyszły wiele osób, nawet kilku radnych z Rady Miasta. Nawet panie nauczycielki z jedynej szkoły średniej w miejscowości, chciały mnie zobaczyć i posłuchać mojej poezji. Spotkanie z mieszkańcami Pieszyc rozpocząłem od przeczytania wiersza pt. „Pieszyckie tkaczki”, zebrani nie spodziewali się tego, że tak można w mieście tkaczek, gdzie praktycznie nie było rodzinny w której ktoś nie pracowałby na tkalni. Wywarłem wrażenie bardzo bombastycznie, czegoś takiego jeszcze w miasteczku nie słyszeli, wychodząc na środek sali, przestawiłem się zebranym, tak jakby oni nigdy mnie na oczy nie wiedzieli, chociaż znali od dziecka: nazywam się Adam Lizakowski, jestem z Pieszyc, ale ponad 20 lat mieszkam w Ameryce. Wielu Amerykanów pyta się nie gdzie są Pieszyce? Więc mówię im, w Sudetach Środkowych, południowo-zachodniej Polsce. Najwyższą góra jest Wielka Sowa. Jestem pierwszym pokoleniem, które urodziło się po wojnie na tych ziemiach, które Polska otrzymała od waszego prezydenta Roosevelta i Józefa Stalina, a także poparciu Churchilla. I tak dalej i tak dalej, jednym słowem szczęki im opadły. Swoją wypowiedzieć przerywałem czytaniem wierszy. Posypały się zaproszenie do szkół, do seniorów, do rencistów, w ciągu jednego popołudnia stałem się bohaterem miejscowości. Jej promotorem, ambasadorem i wszystkim tym, co najlepsze. Z niedowierzaniem patrzyli na mnie pytając się: ty tak naprawdę mówisz Amerykanom o naszej miejscowości i małej ojczyźnie, o tym, co czujesz do tej ziemi, będąc na drugim końcu świata. Nie chcieli wierzyć, że ta mała przestrzeń, na której się wychowałem i mieszkałem może wywołać tyle emocji, takie wspomnienia, takie zaangażowanie w lokalna historię. Ze mojego tomiku „Złodzieje czereśni” dowiedzieli się więcej historii Pieszyc niż przez dziesięciolecia żyjąc w miejscu, o którym praktycznie nic nie wiedzieli.
Psalm złodziei czereśni
W naszym miasteczku
w kościele św. Antoniego
jest Twój portret Panie
twarz masz umęczoną
krople krwi na skroniach
oczy zaczerwienione i załzawione
usta z trudem wciągają powietrze.
Noc nadchodzi. Gdzie jesteś Panie
łóżko dla ciebie posłane
woda w misce czeka
przyjdź do nas
obandażujemy Twą głowę
uczeszemy włosy
umyjemy umęczone nogi
wyczyścimy buty
a na kolację zjesz chleb z masłem
i dżem czereśniowy
Panie jesteś zmęczony
przyjdź do nas teraz
nie czekaj na Sąd Ostateczny
na którym nasze własne ciało
będzie świadczyć przeciwko nam
głowa powie „knułam intrygi”
oko powie „widziałem krew”
język powie „raniłem słowami”
ręka powie „kradłam”
noga powie „prowadziłam do złego”
Panie nawet jeśli zjemy
wszystkie czereśnie całego świata
i poznamy tajemnice
sadów czereśniowych
bez Twojej ilości jesteśmy niczym
bez ciebie słodycz czereśni
nie jest słodyczą
jedynie mokrym drewnem
rzuconym w ognisko
które nie zapłonie płomieniem
a jedynie dym się uniesie
szczypiąc w oczy
Panie miłość Twoja –
wiecznie kwitnące sady czereśniowe
panna młoda w sukni płatków
czekająca na zaślubiny z armią pszczół.
Wiersze z tomu pt. „Złodzieje czereśni” . San Francisco 1988
I tak, wielkimi brawami rozpoczęła się moja przygoda w promocji małej ojczyzny, byłem tak serdecznie przyjęty i tak się cieszyłem, że postanowiłem pomóc bibliotece finansowo, kupując komputer, bo nie było ani jednego komputera, nawet na biurku pani dyrektor. Gdy o mojej propozycji usłyszał Tadeusz Urban, przewodniczący Rady Miasta, postanowił z własnej kieszeni dorzucić jeszcze kilkaset złotych i kupić drukarkę do komputera i tak pieszycką bibliotekę wprowadziliśmy w XXI wiek, ku wielkiej radości i pani dyrektor i burmistrza miasta, a przede wszystkim bibliotekarek.
Rozmowy z panią dyrektor biblioteki o moich wierszach dotyczących historii Pieszyc, i gminy doprowadziły nas do stwierdzania, że potrzebna jest jakaś książka z prawdziwego zdarzenia o regionie. Bez większego wysiłku namówiłem panią dyrektor biblioteki do znalezienia kogoś, kto napisałbym historię Pieszyce i gminy. Moje wiersze o Pieszycach zainspirowały nie tylko ją, ale i władze miasteczka, burmistrza Mirosława Obala, który obiecał z czasem „wygospodarować” pieniądze na taką publikację. Wydawcą oczywiście był pan Marszałek z Torunia i tak powstała książka pt. „Pieszyce od czasów najdawniejszych do końca XX wieku”. Praca składa się z trzech zasadniczych części. Pierwsza, obejmująca okres od średniowiecza do przejęcia Śląska przez Prusy w 1740 roku wyszła spod pióra Mateusza Golińskiego. Z kolei Leszek Ziątkowski zaprezentował historię miejscowości pod panowaniem pruskim – w latach 1740-1945. Autorem najnowszych dziejów Pieszyc sięgających końca XX stulecia jest rodowity Pieszyczanin profesor Jan Kęsik.
Moje rozmowy z dyrektorami bibliotek w powiecie zaowocowały wydawaniem książek, które czytelnikom i mieszkańcom powiatu po raz pierwszy od 1945 roku pozwoliły zapoznać się z historią ich miejscowości i małej ojczyzny. Rozmowa i to nie jedna z burmistrzem Dzierżoniowa panem Markiem Piorunem zaowocowała powstaniem „Traktatu smoka” w 2009 roku. Utworzono go w celu upamiętnienia 750-lecia lokacji miasta, a jego nazwa oraz motyw przewodni nawiązują bezpośrednio do herbu Dzierżoniowa, na którym widnieje postać świętego Jerzego walczącego ze smokiem. Rozmowa z panią dyrektor Miejsko Powiatowej Bibliotece Publicznej w Dzierżoniowie panią Jadwigą Horanin doprowadziła do tego, że napisałem tomik wierszy ściśle dotyczący miasta Dzierżoniów: jego ulic, dzielnic/osiedli/historii, muszę dodać miasta w którym się urodziłem pt., „Dzierżoniów bogaty strumień”. Tytuł nawiązuje do znaczenia niemieckiej nazwy miasta (Reichenbach). Nad książką pracowała jako korektor i redaktorka, także nasza pani profesor z pierwszego liceum polonistki Janiny Piechniczek. Pani Janina po przejściu na emeryturę moderuje spotkania autorskie, prowadzi panele dyskusyjne, zasiada w jury konkursów literackich, recytatorskich i krasomówczych. Swoją rozległą wiedzą z zakresu literatury dzieli się, prowadząc liczne wykłady i pogadanki wzbogacające wiedzę mieszkańców naszego powiatu i jego historii. Rozmowy nad redakcja tomiku, częste spotkania w biurze pani dyrektor biblioteki z przesympatyczną panią Janiną, wspaniałą polonistką, pedagogiem doprowadziły do tego, że moje sugestie dotycząca braku podstawowych informacji o naszej małej ojczyźnie, jej historii, jej książkę pt. „Dzierżoniowskie legendy”. Pisząc wiersze o współczesnym Dzierżoniowie jednocześnie podpowiadałem paniom redaktorkom jak bardzo brakuje nam przeszłości, zakorzenienia w rozumieniu przestrzeni na której rodzą się codziennie nowi mieszkańcy potrzebujących własnych oryginalnych historii/legend w budowaniu lokalnej tożsamości.
Nasz Dolny Śląsk, nasze Podgórze Sudeckie potrzebuje fascynujących opowieści o duchach, ukrytych skarbach czy niezwykłych wydarzeniach. Nowo tworzone legendy mogą być inspiracją do lokalnych konkursów literackich nie tylko szkolnych czy międzyszkolnych.
Chciałem także wyjść z murów bibliotek gminnych, powiatowych i miejskich i zorganizować coś w plenerze, wykorzystując nasze góry do poetyckich celów. Ze względu na malownicze położenie, szczyt Wielka Sowa, liczący ponad tysiąc metrów nad poziom morza stanowił idealną przestrzeń do organizacji wieczorów autorskich i promocji lokalnych twórców i wydawnictw. Całe przedsięwzięcie nazwałem: Poetyckie spotkania Muflonów na Wielkiej Sowie. Miały one odbywać się, co roku w wakacje, w lipcu lub sierpniu i miały być dodatkową atrakcją Gór Sowich nie tylko dla lokalnych mieszkańców, ale przede wszystkim dla turystów, coraz liczniej zaglądających do naszej małej ojczyzny. Władze miasta i gminy Pieszyce podały mi dłoń i tak po kilka latach od narodzenia się pomysłu po raz pierwszy takie spotkanie odbyło się, jeśli pamięć mnie nie myli w roku 2009. Mieszkałem jeszcze wtedy w Chicago i postanowiłem sobie, że w miarę możliwości, będę rok w rok przylatywał w tym okresie na wakacje do kraju, aby takie spotkanie poprowadzić. Zainteresowanie było dużo, ale miejski wydział promocji miasta Pieszyce, bardzo pomocny, trzeba szczerze powiedzieć, poza mną nie widział nikogo, kto mógłby takie spotkania plenerowe poetyckie zorganizować i poprowadzić.
Nie wiedząc, kiedy i jak stałem się kulturalnym kołem zamachowym małej ojczyzny. Lokalne władze doceniły mnie: 10 października 2005 roku podczas uroczystej sesji Rady Miejskiej Dzierżoniowa w Sali Rycerskiej Ratusza, otrzymałem tytuł Zasłużony dla Miasta Dzierżoniowa, a w roku 2008 zostałem Honorowym Obywatelem Gminy Pieszyce. Piękny dyplom od Rady Miasta w pomieszczeniach biblioteki miejskiej na ulicy Mickiewicza. Miejsce miało dla mnie znaczenie, bo w tym budynku zanim powstała biblioteka była szkoła podstawowa nr 1, w której byłem uczniem.
Bez większego wysiłku uruchomiłem jeszcze większe zainteresowanie małą ojczyzną, moje słowa wypowiadane podczas spotkań, moja poezją i jej tematyka regionalna, to dzięki panu Czesławowi, który powiedział „nigdy nie będzie pan poetą amerykańskim”, skierował moje zainteresowania na historię i poznanie małego skrawka ziemi, na którym się urodziłem i wychowałem. To on otworzył mi oczy na postrzeganie samego siebie inaczej, wyostrzył wzrok na detalu, którego wcześniej nawet nie widziałem. Stałem się Polakiem, jakim nigdy wcześniej nie byłem, tak bardzo świadomym swojej smutnej przeszłości, historii, tego jak Polaków widzą Amerykanie. O tym nie mówiłem rodakom podczas spotkań poetyckich, nie chciałem uświadamiać im, że dowcipy o Polaków, wcale nie są śmieszne, ani to, że marzenia poprawy egzystencji w kraju, to w Ameryce tania siła robocza, chociaż w niektórych wierszach poruszałem te drażliwe tematy. Co oczywiście nie podobało się Polonijnym twórcom, którzy jak tylko mogli okazywali swoje niezadowolenie na wszelkie sposoby doszukując się w rzeczy, o którym nawet nie miałem pojęcia. Nie przejmowałem się tym, bo wiedziałem, że ataki przede wszystkim były skierowane na mnie, a nie na moją poezję.
„Nakręciłem się” tak bardzo na moje Pieszyce i ich przeszłość, wspomnienia o dawnych miejscach, których czas bezlitośnie niszczył a nawet dewastował. Nawiązałem kontakt w Krzysztofem Brzeźniakiem mieszkańcem Pieszyc, który jest reporterem lokalnego portalu pt. Doba.Pl. I tak stałem się przewodnikiem turystycznym, rozpocząłem wędrówkę ulicami po Pieszycach, zatrzymując się przed wieloma budynkami, opowiadając przede wszystkim powojenną historię miejscowości. Wszystko to filmował report portalu Doba.pl., a następnie film ukazywał się na tym portalu i YouTube. Maszerowałem przez Pieszyce od zakładu pracy „Bieltex” mojej mamy na ulicy Świdnickiej do zakładu mojej pracy tzw. Pieszyckiej Fabryce Zegarów, funkcjonującej przez prawie dwie dekady, a później zaprzestano produkować zegary i przerzucono się na zapalniczki, bardzo popularne w ostatnich dwóch dekadach XX wieku. Zakład też zmienił nazwę na Zakład Przemysłu Metalowego Predom Premet produkowały kultowe, metalowe zapalniczki benzynowe (model ZBK-1). Dosłownie kilka lat po reformie Balcerowicza z zakładów pracy pozostały tylko ruiny dosłownie ruiny w przeciągu jednego pokolenia, pracując i funkcjonujące fabryki mające ponad sto lat obróciły się w zgliszcza. Takie moje opowieści i mojej miejscowości i filmy z moją narracją wzbudzały sporo emocji wśród byłych mieszkańców Pieszyc, którzy rozjechali się po całym świecie, a także wśród miejscowych i cieszyły się wielkim powodzeniem.
Tematykę małej ojczyzny podjął zaprzyjaźniony ze mną dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Bielawie dr Rafał Brzeziński, którego też byłem gościem w bibliotece.
Rafał jak naukowiec i badacz sporo czasu poświęcił na pogłębiania wiedzy o przeszłości regionu sowiogórskiego począwszy od schronisk poprzez gospody, ładniejsze domy, kamienice i zajazdy. Chociaż jego zainteresowania bardziej były skierowane na przeszłość niż moje. Dla mnie najciekawszy były powojenne czasy małej ojczyzny. Przygotowując się na kolejne spotkanie z czytelnikami biblioteki zebrałem odpowiednie informacje o Bielawie, o jej historii i tak powstał tom wierszy pt. „Bielawa Randka Trzech Sylab”, wydany przez wydawnictwo Sudecka poezja i proza.,
Rafał z wykształcenia historyk, regionalista, doskonale wykorzystał moje zainteresowanie lokalną historią Bielawy, którą pokochał szczerze, z czasem napisał książkę i stał się przewodnikiem po tej miejscowości, ale i napisał piękną książkę, przewodnik.” Pierwszy w historii Bielawy przewodnik po mieście”, albo „Wędrówki ulicami miasta”. Poszedł nawet jeszcze dalej z jego inicjatywy powstało Muzeum regionalne, a mieszkańcy Bielawy i regionu mogą poznać historię ich małej ojczyzny.
Pamiętaj, że dobrego tekstu nie da się napisać w kilka minut. Wymaga to odpowiedniego przygotowania: zebrania informacji, zapoznania się z materiałami przekazanymi przez klienta, stworzenia treści oraz zredagowania jej. Wiem, że tekst stworzony na szybko i tak wróci do poprawki lub nie przyjmie się dobrze wśród czytelników, czyli potencjalnych klientów.
Powroty polskich artystów do Polski
Polsce artyści po upadku komuny masowo zaczęli wracać do Polski, w moim już Chicago poznałem wielu, z niektórymi się zaprzyjaźniłem na dobre. Można dodać, że było tak dużo polskich aktorów i artystów, że można było powołać do życia, co najmniej dwa teatry. Większość z nich myślała o powrocie do Polski, niektórzy krążyli pomiędzy Polską i Ameryką, należeli do nich bardzo dobrze znajomi: Grażyna Auguścik, Krzysztof Krawczyk i Stan Borys. Na stałe wrócił Waldemar Kocoń, Majka Jeżowska, Jan Stefanek, Bogdan Borkowski i Krzysztof Pieczyński. Pozostał Włodek Wander, który jeszcze przez kilka lat prowadził w Chicago własny lokal Cardinal Club, który stał się ważnym centrum polonijnej kultury. Kasia Sobczyk robiła kilka pożegnań z Polonią chicagowską, ale bała się latać samolotem i właściwie do samej śmierci była w Chicago, dopiero na kilka miesięcy przed śmiercią zdecydowała się na powrót.
Powrót Miłosz do Polski
Pan Czesław od kilka lat mówił o powrocie na stałe do Polski. Czekał chyba na odpowiednią okazję, aż nadejdzie czas w którym podejmie decyzje ostateczną. Przez kilka lat latał pomiędzy San Francisco i Krakowem przez kilka lat myślał o Krakowie, bo przypominał mu Wilno z okresu młodości. Powrócił z żoną rodowitą Amerykanką, dla której Polska była krajem już nie tak egzotycznym, jak dla przeciętnego Amerykanina. Poeta w Polsce nie musiał na nowo budować relacji i szukać znajomości jak w Ameryce. Ten stres miał już poza sobą, a i nowa polska rzeczywistość była mu znana, łącznie z biurokracją i mentalnością ludzi. Od roku 1993 żył jeszcze przez jedenaście lat żył w Polsce, która wybrał na miejsce swojego pochówku. Przyjaciele i znajomi poety, profesorowie i wydawcy, politycy od kultury i promocji, ministrowie i sto najważniejszych osób w państwie znaleźli mu dwupokojowe mieszkanie na ulicy Bogusławskiego, które poeta sobie kupił za własne pieniądze. Zamieszkał tam z Carol, z którą wziął ślub. Osobiście myślałem, że poeta otrzyma od Miasta Kraków, od Rady Miasta, czy Prezydenta Miasta, albo władz Uniwersytetu Jagiellońskiego i stu innych ważnych instytucji jakieś ładne duże wielo-pokojowe mieszkanie, albo nawet kamienicę, w której po jego śmierci będzie muzeum Miłosza, a za życia poety mieszkanie reprezentacyjne, w którym będzie przyjmował gości z kraju i zagranicy. Wiadomo był bardzo towarzyski, na temat jego twórczości powstawało wiele pracy, wielu tłumaczy chciało się z nim skontaktować, itp. Sto lat wcześniej w darze od Polaków otrzymali dworki Maria Konopnicka i Henryk Sienkiewicz, tak zwane dary narodowe w dowód uznania dla jego twórczości i wkładu w promocję kultury polskiej poza granicami kraju.
CDN
Adam Lizakowski






