Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
108

Potem napięcie tylko rośnie

Kilka dni temu moja koleżanka z radiowej Dwójki dzwoni do mnie i pyta: „A on (Stokowski) to w rzeczywistości taki dowcipny jak w powieści?”. Musiałem odpowiedzieć, że autora prawie nie znam, że raz w życiu spotkałem, że pogadaliśmy może godzinę, może krócej…

Wstyd się przyznać, dwa tygodnie temu nie znałem nie tylko autora, ale i jego książek. „Lotnicho” jest pierwszą przeczytaną, ale po tej pierwszej z niecierpliwością czekam na kolejną, która za kilka miesięcy ukaże się w PiW-ie.

Dowcipna… Tak, nawet bardzo. Ale przecież też poważna, wzruszająca, dająca wiarę w ludzi i ich dobre uczynki.

Zaczyna się tak: połowa lat siedemdziesiątych, warszawskie lotnisko Okęcie i grupa, dowieziona czerwonym autobusem, aby witać – o dziwo nie jakiegoś komunistycznego przywódcę, ale Harolda Wilsona (i jego żonę), premiera Wielkiej Brytanii. Ci wyznaczeni do wręczenia kwiatków i wygłoszenia stosownych formułek nie wytrzymują napięcia. W ich miejsce nauczyciel angielskiego musi wskazać tych, którzy opanowali język najlepiej. Którzy nie narobią wstydu. Ta czwórka: Arek Szymborski, Marysia, Ewa i Rafał, zwany Filozofem, tym powitaniem rozpoczną niewiarygodną podróż po Polsce. Nie-wia-ry-god-ną!

Bo władza potrafi się odwdzięczyć. Wilsonowie byli zachwyceni, komunistyczni aparatczycy (premier Jaroszewicz) wsadzają więc młodych ludzi w samolot, którym, w nagrodę, mają pokrążyć nad Warszawą. Tyle, że w trakcie lotu piloci dostają rozkaz „podwózki” sowieckich generałów z lotniska pod Malborkiem. Na miejscu ubek wręcza młodym tysiąc złotych, wskazuje kierunek i… i tyle.

Tego „tyle” jest w „Lotnichu” jak w filmach Hitchcocka. Zaczyna się od trzęsienia ziemi. Potem napięcie już tylko rośnie…

Arek, który opowiada tę historię, jest półsierotą. Ojciec, trener bokserski (to ma znaczenie), powstaniec warszawski (to ma znaczenie), macocha, pijaczka (to ma znaczenie).

Z całej czwórki tylko jedna z dziewczyn, Marysia, ma dom do pozazdroszczenia. Troskliwy, kochający. „W drugiej klasie podstawówki walnąłem Marysię, jak debil, kamieniem. Pewnie chciałem coś wyrazić sekretnym językiem kawalerów-troglodytów, no powiedzmy, że jest fajna i że mógłbym nosić jej tornister.” Dla reszty ta przygoda mogłaby trwać w nieskończoność (zwłaszcza, że mijają nielubiane lekcje).

Więc jest wypad nad morze w towarzystwie lotnika, który staje na baczność przed jedną z dziewczyn, bo… bo jej wujek był bohaterem bitwy o Anglię.. I jego żona z koleżankami, które… no tak, pomagają dziewczynom, bo przecież… mają tylko te majtki na sobie…

Są zagraniczni turyści, którzy nie są w stanie z nikim się porozumieć, a zaciśnięta na palcu obrączka wymaga natychmiastowej interwencji chirurga. Ci też pomagają w ubraniowym wyposażeniu całej czwórki…

Jest podróż barką/pchaczem po Brdzie, śluzy, cham, który za nic ma jakiekolwiek konwenanse, który próbuje zgwałcić jedną z dziewczyn.

Jest modlitwa przed każdym posiłkiem, którą narzuca, nie nie nachalnie, ale jednak, Filozof. To najmądrzejszy z całej czwórki młodzian. To on zna historię, to on jest/ma być moralnym drogowskazem.

Jest uczestnictwo w weselu… Specyficznym! Są jedynymi gośćmi. A państwo młodzi? Delikatnie mówiąc: niedopasowani. Za to syn panny młodej, Michał… Nie, nie budzi litości, budzi potrzebę działania, zdobycia dla niego wózka inwalidzkiego. Wózek inwalidzki… W PRL-u… W kraju niedostatku wszystkiego…

Ci młodzi ludzie łamią tabu. Dziś trudno uwierzyć, ale pięćdziesiąt lat temu osoby niepełnosprawne… tak, były wstydem, najlepiej było zamknąć oczy.

Zwariowana malarka, wdowa. Nagość, poświęcenie… Wózek, szeroko otwarte oczy raczej przyjaciela niż ofiary.

Gdzieś w tle cały PRL-owski krajobraz. Mocne pięści narratora w walce z gitami (wcześniej z kapitanem barki/pchacza), są sklepy, do których podjeżdża się od tyłu, są trudno dostępne książki, są rodzące się uczucia, delikatne objęcia, pocałunki, Filozof okazuje się mistrzem gry na organkach, Arek potrafi mu akompaniować na gitarze…

Jest ucieczka przed ścigającymi licealistów ubekami. I jest mechanik, lotnik. Tak, on też spędził wojnę w Anglii.

Czytałem „Lotnicho” z zachwytem. Nad wyobraźnią autora, nad zapamiętanym szczegółem z PRL-u (jedyne co bym Stokowskiemu zarzucił, a jestem powieściowym szczególarzem, to to, że w PRL-u nie przybijało się „piątki”, to znacznie późniejszy obyczaj), nad uczłowieczeniem bohaterów. Tak w tamtych czasach (Boże, jak to brzmi!) każdy z nas, wbrew wszystkiemu, miał znacznie więcej wolności niż dzisiejsi licealiści..

Marek Stokowski napisał uroczą powieść, którą czyta się zachłannie, szybko, z zazdrością, że samemu się jej nie napisało. Znakomitą!

Marek Stokowski – Lotnicho, Wydawnictwo Lira, Warszawa 2024, str. 445.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko