Wiersze tygodnia – Maria Magdalena Pocgaj

0
97
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

***
Z konewką dla bratków cmentarnych
na rowerze skąpanym w słońcu
odwiedziłam Witka od dwóch lat
siedzącego w parkowej nawie Górczyna
uprzedził moje pytanie co słychać
gestem zapraszając na ławeczkę 

i zatrzymały się wiosenne zegary
od wierszy zakręciło się w głowie
a ptaki dolewały oliwy pilnując
by świat nie przestawał wirować

w końcu zapytałam Poetę jak się ma
doskonale wszak jestem odmłodzony
i niespodziewanie mnie objął
mam tu dziewczyn ile zapragnę  
przychodzą mgły i pory roku
noc kładzie mi głowę na ramieniu 
i razem sobie milczymy
samotność wtula się w połę marynarki
niczym spragnione czułości szczenię 

nawet śmierć którą znam od czternastu lat
siada na odległość tchu by posłuchać
jak biją serca moich platanów    
                                    22 kwiecień 2023

Prośba wiersza

Wymieć mnie jak drachmę
z podłogowej szpary
z włochatego kurzu
spod nogi stołowej
wydrap mnie jak drzazgę
z miękkiego opuszka
wyssij jak krwi kropelkę
z draśnięcia o ostrze słów 

***
Co mi powiesz pasterzu wieczornej godziny
białej jak opłatek wyjęty z cyborium chmury
dziś po raz pierwszy odśnieżałam wiersze
a spadło ich tyle że podwórko całkiem zniknęło

nie dziw się więc że zaczęłam rozczytywać się
w epitafiach  pełnych mądrości z innego świata
do którego nam daleko choć całkiem możliwe
że jest bliżej niż ta ginąca w ciepłym oddechu
śnieżynka…                                                                    

Siostra

Z braku rodziców staje się kapłanką
utraconego dzieciństwa
nie ma znaczenia że o ileś lat młodsza
skoro rozumie to czego słowa jeszcze nie ujęły
czasem spojrzy z ukosa i już wiem
czego nie powinnam a co mogłabym choć nie chcę

kiedy bardzo bolą skrzydła siada obok
i powiada przyziemne historie z dreszczykiem
od których zapomina się o lataniu

wysłuchawszy monologu samotnego serca
pozwala się bujać na ogrodowej huśtawce
i jeszcze przynosi lampkę
dwudziestoletniego wina z piwniczki sąsiadów
a potem odprowadza wzrokiem tak długo
aż nie zajdzie słońce za moim domem
w którym mieszkam bez niej
ale tak jakby z nią

***
Jesteśmy dziećmi gwiazd
ulepionych ze szlachetnych kruszców
opisanych złotymi strofami

jednak świecić nie potrafimy

zaobrączkowani w układach podwójnych
depczemy święte prawa
stłoczeni w plejadach
żyjemy samotni i poranieni
przeraźliwie głodni miłości
dryfujemy po omacku
między galaktykami przeznaczenia

często
z czarnymi dziurami
zamiast serc

***
Całkiem nieoczekiwanie
wspięła się po tańczącej na wietrze
drabince z babiego lata

czuła że to niemożliwe
a jednak patrząc w dół
widziała łysiny dachów
potargane korony drzew
samotne poletka
którym nikt nie chciał podać ręki

była wysoko
nad nią już tylko gęgały
jesienne chmury

nawet nie przyszło jej do głowy
żeby spaść

Tamte wigilie

Z połykanymi łzami
w powietrzu zadrapanym od krzyku
z wywróconą w przedpokoju kolędą
z ironiczną formułką przy opłatku
z naiwną nadzieją
że za rok będzie inaczej

przychodzą do niej

zdziwione ciszą
zwiniętą w kłębek
na jej kolanach
zaglądają do serca

węszą

***
To co tak mocno w nas płonęło
zgasło jak zapałka
wszystko przez tę małą
z pudełeczkiem w dłoni

było ci jej żal
i nie wiadomo kiedy
uczyniłeś z niej kapłankę
swojego ogniska

strzeż się
bo może się okazać
że to zwykła podpalaczka

***
Wierszu
nie odlatuj
zaczekaj
aż przeciągnę przez ciebie
choćby nitkę deszczu
skoro pereł
prześwietlonych słońcem
nie zdołam

ciasny jesteś
jak ucho igielne

a palce mi drżą

***
Chodzę z głową w chmurach
chyba jestem córką niżu
albo melancholii

kiedyś śmiały się ze mnie
wszystkie słoneczne dzieci
a ja stałam z boku
i mnąc w ręku rąbek sukienki
czekałam na koniec świata

w końcu urosłam
ktoś zabrał mi serce
i całe trzydzieści lat

teraz moja sukienka
dotyka ziemi
z chmur deszczą się wiersze

chyba już tak zostanie

***
W taką noc
nie powinnaś spać
tylko nadsłuchiwać

jeśli się postarasz
usłyszysz
jak niebo kapie gwiazdami
do wielkiej misy

rano wystarczy tylko
przemyć w niej oczy
a będziesz
jak za pancerną szybą

już nic cię nie zrani

***
O zmierzchu
nędza już tak nie kłuje w oczy
spokojnie można się położyć
na betonowych
jeszcze ciepłych płytach
są jak te schodzone godziny
czasem błysną odłamkami szkła
piaskiem zazgrzytają w zębach
i gorycz przeżytego dnia
odbije się czkawką

ktoś kiedyś powiedział
nie samym chlebem żyje człowiek
i miał rację
choć zostawił po sobie krzyż

tutaj
pod szklanymi przęsłami
wyrastającymi z dna rzeki
można sobie śnić o potędze

bo nigdzie tak pięknie
nie osypują się gwiazdy
z siennika nocy
i księżyca posrebrzany kolczyk
nie tkwi tak czule w pępku świata

Człowiek w ulewie

W roztargnieniu
przechodzi przez szumiącą ścianę
za nią druga i kolejna
pokonuje wszystkie

rzęsiste krople obłażą go jak mrówki
czuje je za koszulą
i w rozmiękłych butach

myśli nasiąknięte jak gąbka
usta pełne deszczu

na szczęście
serce
nieprzemakalne

Kariatyda

Owinięta czarną chustą
przywarła do ściany
jakby podpierała dom
który za chwilę ma runąć

sztywno wyciągnięta ręka
zakończona kołyszącym się pudełkiem
zagradza przejście
niczym szlaban

ale świat
w kieszeniach nie nosi już drobnych
zresztą spieszy się
i gwiżdże na taką kupkę nieszczęścia

owinięta czarną chustą
przywarła jak strup

nie chce odpaść

***
Spotkałam go w alei ciężarnych lip
pełnej kaczego zgiełku
po porannym deszczu

miał wytarte ubranie
buty oblepione zbutwiałymi liśćmi

jak chłopiec z minionej epoki
wlokący na sznurku drewniane autko
szedł wpatrzony w mokrą ścieżkę

i ciągnął za sobą park

***
Żyjemy w tej samej dzielnicy
oddychamy tym samym smogiem
taszcząc pękate tobołki
przecinamy te same torowiska godzin
i wartkie strumienie ulic

tacy sami a jednak różni
ja domna
on bezdomny
ale jednego jesteśmy pewni

nasze tu i teraz
nie jest na zawsze

Mim

Z brodą jak zagajnik
pełen ostów
w wełnianej czapce
z wygryzionym wzorem
udaje
że go nie ma
że to tylko
spływający do ziemi
pusty płaszcz

a przecież jest

choćby w tych płonących ogarkach
głodnego spojrzenia

wrzuć monetę
ukłoni ci się
na pewno

Ludzie lalki

W kartonowych domach
przez krzywo wycięte okienka
patrzą na nieludzki świat

nieruchomi jak zepsute zegary
sporo wiedzą o życiu
ale milczą
i pokrywają się kurzem

jedzenia nie przyjmują
wystarczy że się ich zostawi
w spokoju

o jednym marzą
żeby zawołać ich po imieniu

wtedy ożyją

Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko