Zbigniew Włodzimierz Fronczek – O Janie Adamie Borzęckim i okolicach, które lubił i przemierzał (wspomnienie)

0
37
Jan Adam Borzęcki

Jan Adam Borzęcki zmarł 31 stycznia 2024. Przeżył 72 lata. Ukończył prawo na UMCS w Lublinie, wiele lat pracował w redakcji tarnobrzeskiego „Tygodnika Nadwiślańskiego”. Był nie tylko pracowitym, popularnym  i energicznym dziennikarzem, także  cenionym autorem zbiorów wierszy, oryginalnych esejów, gawęd, reportaży i powieści.

Wiele nas łączyło: lektury, poglądy, sympatie. Po studiach w Lublinie powróciliśmy na rodzinną ziemię sandomierską,  Jan wcześniej, ja  znacznie później.

Kiedy zdecydowałem się osiąść w chacie moich dziadków w Dąbiu pod nadwiślańskim Zawichostem,  był już zasiedziałym obywatelem Sandomierza, ale o chłopskich korzeniach nie zapominał.  Swego czasu nabył wiejski dom w Lisowie w powiecie opatowskim, niedaleko rodzinnej wsi Kobylany.

W  lisowskiej posiadłości  Borzęccy (Jan z małżonką Anną) bywali – czy lepiej może rzec: przemieszkiwali – jedynie wiosną i latem. Zakupiony budynek  nie prezentował się okazale, wzniesiony z szarych pustaków, pokryty eternitem, ale drzwi posiadał solidne, dębowe. Posesja bez płotu, od drogi osłonięta kępami obfitych  leszczyn, bramy – rzecz jasna – nie było,   Gospodarze zadawalali się  szlabanem z grubej gałęzi leszczyny.   Wyposażenie skromne, by nie powiedzieć skromniutkie: stary stół po poprzednich właścicielach, krzesła i szafy również, ale na ścianach  –  przywiezione z Sandomierza – obrazy autorstwa   Teofila Stelmacha i Wojciecha Mularza, znanych ludowych twórców. Barwne, żywe, dynamiczne i pogodne. O radości pracy, urodzie drzew, kwiatów i zwierząt… Gości zawsze  podejmowano kompotem: z rabarbaru, gruszek, moreli, które  otrzymywali od właściciela pobliskiego sadu.

Anna i Jan uwielbiali koty. Byli szczęśliwymi posiadaczami czterech „dachowców”. W sandomierskim mieszkaniu na czwartym piętrze przy ulicy Żółkiewskiego zawsze otwarty był lufcik, jeden z kociej czeredy preferował nocne eskapady, wychodził o zmroku, wracał świtem, bywało, że drugiego czy trzeciego dnia. Ten pozostawał na wakacje w domu, pilnował mieszkania – powiadał Jan, pozostała trójka w wiklinowych koszach przewożona była do Lisowa. Dwa trzymały się domu, trzeci – u którego objawiły się chęci do wędrówek po okolicy –   przetrzymywany bywał na smyczy.

Wielokrotnie gościłem Janka  w moim Dąbiu, choćby na otwarciu parku etnograficznego Pod Kogutem, który z małżonką udostępniliśmy do zwiedzania dziesięć lat temu.  Tamtego dnia nie bez dumy prezentowałem wiekową kuźnię, równie stare maszyny, narzędzia, instrumenty i fotografie, sanie i wozy. Dłużej zatrzymał się przy wozie na drewnianych kołach okutych metalowymi obręczami, zwanym potocznie „żelaźniakiem”. – Na takim  krążowniku szos przywiózł mnie ojciec do Sandomierza. Miałem dziesięć lat, a Sandomierz miał ulice wybrukowane kocimi łbami… – zdobył się na takie wyznanie. Zapamiętałem słowa jak  i czuły gest, gdy pogładził dłonią drabiny furmanki niczym  dłoń bliskiej mu osoby. Przypominam zwierzenie, bowiem podobne wyznanie  przytoczono  po wielu latach  w jakże zaskakujących okolicznościach. Po ceremonii pogrzebowej na sandomierskim cmentarzu, umieszczeniu urny z prochami w grobowcu rodzinnym Borzęckich,  Andrzej Nowak – kreator świętokrzyskiego życia literackiego –   zabrał mnie do Powiatowej Biblioteki na seans wspomnień o zmarłym pisarzu. Jedna z uczestniczek, przedstawicielka kieleckiego środowiska literackiego, przywołała refleksje Jana  z pewnego spotkania autorskiego. Mówił o dzieciństwie spędzonym w Kobylanach i pierwszej podróży do Sandomierza odbytej z ojcem chłopską  furmanką, właśnie owym „żelaźniakiem”. – Miasto mnie zachwyciło, oczarowało swym bajkowym klimatem. Postanowiłem, że muszę w nim zamieszkać! – miał zwierzyć się słuchaczom.

To prawdopodobne, bardzo prawdopodobne. Po publikacji pierwszych tekstów, zdobyciu nagród literackich i dziennikarskich otrzymał propozycję pracy w czołowym, stołecznym  tygodniku. Odmówił. Zrezygnował z pracy w Warszawie, wybrał Sandomierz – swoje wymarzone miasto, które pokochał w dzieciństwie.

*

Był to oryginał, co się zowie! Miał też  poczucie humoru, lubił się śmiać, najchętniej żartował  z siebie, w pokiwaniu z bliźnich bywał ostrożny. Dla „Tygodnika Nadwiślańskiego” pisał znakomite szopki noworoczne. A te – wiadomo – muszą kipieć humorem. I kipiały! Skrzyły się dowcipem słownym i  sytuacyjnym. W Jankowych jasełkach odnoszących się  – rzecz jasna – do terenów objętych dystrybucją „Tygodnika Nadwiślańskiego”, pojawiały się postaci włodarzy powiatów i gmin, a jest  to grono ludzi gotowych obrażać się z byle powodu. Tymczasem – o ile mi wiadomo – nikt z powiatowych czy gminnych notabli nie poczuł się dotknięty.

 – Jesteś mistrzem poetyckiej dyplomacji powiatowej! – zażartowałem kiedyś po lekturze kolejnej pastorałki.

– Nie tylko! W każdej chwili mogę się zdobyć  na wojewódzką! A i na ogólnopolską również! – zapewnił.

W swych  szopkach odwoływał się o stylistyki „Wesela”. W dramacie Wyspiańskiego:   Żyd, chłop, ksiądz, dziennikarz i poeta.  Polska szopa!  Myślę, że polubił  „Wesele”  choćby ze względu na postać Pana Młodego. Postać to niewymyślona lecz prawdziwy obraz poety Lucjana Rydla. Ten odrzucił młodopolski kapelusz, nie oblekał się w bieliznę, lniane portki naciągał na goły zadek, takąż koszulę na grzbiet. U jednych budził śmiech, u drugich podziw. W jednej ze scen przywołanego utworu Pan Młody rozanielony  swym szczęściem: miłością i powodzeniem artystycznym, powiada:

Chadzam boso, z gołą głową;
pod spód więcej nic nie wdziewam
od razu się lepiej miewam.

Jan – w okresie letnim –  ograniczał swój strój do… koszuli. Oczywiście, nie w Kielcach, Lublinie, Sandomierzu, ale w Lisowie. Pewnego niedzielnego przedpołudnia – a był to lipiec – zawitałem na jego włości, gospodarz siedział na brzozowym pieńku, przed nim  komputer na chybotliwym, turystycznym stoliczku. Zerwał się na mój widok, uściskaliśmy się serdecznie, w mig zorientowałem się w przyodziewku gospodarza, ale dlaczegóż miałbym manifestować zdumienie, co innego tubylcy! W godzinach popołudniowych od strony wsi ciągnęły ku domostwu Jana kilkuosobowe grupki kobiet, młodych i leciwych. Nietrudno było odgadnąć w jakim celu, Jan wybiegał i serdecznie pozdrawiał lisowskie gospodynie. Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że nie wszystkie wstydliwie zasłaniały oczy.

*

Dom Anny i Jana Borzęckich  stoi za wsią, na rozległym wzniesieniu pod starym lasem, roztacza się stąd piękny widok na wieś Malice położoną w dolinie rzeki Opatówki. Opis wiekowych Malic i ich burzliwej historii odnotowano w „Księdze Świata” z 1860 roku, otóż w XVI wieku właściciele wsi przyjęli kalwinizm i kościół parafialny  zmienili na zbór, jednakże proboszcz nie zamierzał przyglądać się bezczynnie  podobnym praktykom, nade wszystko, że kalwini zmuszeni zostali wyrokiem trybunału do zwrócenia katolikom zabranego kościoła. Pleban zgromadził wokół siebie zbrojny lud i egzekucja trybunalska przybrała formę zajazdu, zaś stawiający opór kalwini – jak zapisano we wspomnianym tomie –  „zostali pokonani i potracili po części życie w bójce. Odtąd miejscowość ta nosi przydomek: Szubienica, a osada: Męczennice”. –To temat na wielką powieść! – emocjonował się Jan i nie miałem wątpliwości, że temat podejmie.  Intrygował go temat porzucenia religii i  utraty wiary. Kryzys światopoglądowy dręczy  bohaterów jego powieści  „Świętość z obrazka” czy „Mniszka”. Publikacje nie minęły bez echa. Dumny był z czytelniczego odbioru swej prozy, z satysfakcją obwieścił mi, że „niebawem będą liczne tłumaczenia”,  powieściami  mieli zainteresować się Włosi, Szwedzi i Duńczycy. Nie potrafię odpowiedzieć na jakim etapie są prace translatorskie. Odnotuję, że pobliskim Malicom poświęcił rozdział swej ostatniej książki  „Okruchy ze stołu historii (gawędy sandomierskie)”. –  Lisów – podpowiadałem – twój  Lisów wart jest powieści. To wszak miejscowość o pięknej i dramatycznej historii, w czasie ostatniej wojny – podobnie jak wiele przyfrontowych  wsi powiatów opatowskiego i sandomierskiego  –  zrównana z ziemią.

– Lisów  owszem – odpowiadał – ale najpierw Opatówka. Rzeka – pisarzy! Najprzód powieść o rzece, ptakach i pisarzach znad Opatówki!

Opatówka – zwana tu i ówdzie Łukawą lub Łukówką –  to  lewy dopływ Wisły o długości 56 km., i powierzchni dorzecza 282 kilometrów. Jej źródło znajduje się w Górach Świętokrzyskich zaś ujście do Wisły tuż za Zawichostem, pod Słupczą. Iluż niezwykłych pisarzy urodziło się na tej ziemi, iluż tutaj tworzyło! W roku 1895 w chłopskiej rodzinie  we wsi Dobrocice na świat przyszedł  Stanisław Młodożeniec, poeta, współtwórca polskiego futuryzmu. W Zochcinie (dwa kilometry od Opatowa) urodził się Stanisław Czernik (1899–1969)powieściopisarz, folklorysta i poeta, którego imieniem nazwana jest opatowska Biblioteka Powiatowa. Małoszyce to rodzinna wieś  Witolda Gombrowicza (1899–1969), o związkach pisarza z ziemią opatowską przypomina   brązowe popiersie pisarza – autorstwa Gustawa Hadyny, przyjaciela Jana – umieszczone na skwerze miasta. Wincenty Burek (1905–1969), działacz ludowy, wybitny prozaik i przyjaciel  Iwaszkiewicza,  wywodził się  z  Ocinka, małej wioski  koło opatowskich Gór Wysokich. W Dwikozach, gdzie Opatówka przecina trasę Zawichost – Sandomierz, urodził się  w roku 1932 Wiesław Myśliwski, czołowy przedstawiciel tzw. nurtu wiejskiego we współczesnej prozie. Jan  –  szereg lat – miał się za przedstawiciela tego kierunku, problemy kultury i obyczajowości chłopskiej, zmiany cywilizacyjne wywołane przez migrację chłopów, rozpad tradycyjnej społeczności wiejskiej oraz tożsamości chłopskiej były mu szczególnie bliskie. W pierwszych latach XXI stulecia Wiesław Myśliwski opublikował esej „Kres kultury chłopskiej” szeroko komentowany w mediach. Jan długo nosił się z zamiarem napisania tekstu polemicznego, do uwag Myśliwskiego nawiązywał w rozmowach z zainteresowanymi literaturą, podczas jednej z ostatnich wizyt w Sandomierzu mówił do mnie: popatrz, doczekaliśmy się  reaktywacji nurtu chłopskiego w prozie! Kolejne pokolenie prozaików  sytuuje swe opowieści w  wiejskiej scenerii. Im mniej autentycznej  wsi w Polsce, tym więcej jej w polskiej literaturze!

*

Najwięcej  czasu i uwagi w naszych rozmowach  poświęcaliśmy Wincentemu Kadłubkowi. Mistrz Wincenty, mąż święty i uczony, upamiętniony kopcem,   posągami, portretami – choć przecież nikomu nie pozował – to autor wiekopomnej „Kroniki”. Jego dzieło;  traktat o dziejach Polski od czasów bajecznych do roku 1202, całe wieki kształtowało świadomość historyczną i narodową Polaków. Nieustannie używa się popularnych z niego cytatów często bez świadomości, że autorem jest mistrz Wincenty, ot: „Nie jest godzien sprawowania władzy ten, kto jej nadużywa”, „Nigdy bowiem ludzie doskonali złem za złe nie odpłacają”,  „Bieda samotnemu, bo gdy upadnie, nie ma komu go podźwignąć”. Był wreszcie  twórcą określenia państwa polskiego mianem Rzeczypospolitej.

Ach, takiego pisarza warto mieć  na liście tych co znad Opatówki!

Bez wątpienia wywodził się z dawnej ziemi sandomierskiej, ale czy Opatówka była jego rodzinną rzeką? Jan Długosz nie miał wątpliwości, współcześni historycy są jednak innego zdania, na miejsce narodzin kronikarza wskazują Kargów pod Stopnicą. – Błąd! – zaperzał się Jan. – Nie Kargów lecz Karwów  pod Opatowem, to jego rodzinna wieś! I to też jest temat na powieść! – często rozpoczynał nasze spotkanie od tej kwestii.  Mógłbyś pomyśleć o takiej publikacji. Duch jego błąka się po okolicy! W Karwowie  znajdują się kapliczka i źródło jego imienia, które według tradycji uznawane jest za cudowne.

Był przekonany, że temat mnie zafrapuje, znał mój tom „Duchy polskich pisarzy”, nie wątpił, że kolejne wydanie chętnie wzbogacę opowieścią o jeszcze jednej zjawie polskiego autora.  Najwyraźniej zabiegał, abym kolejną gawędą poszerzył grono  głoszących, że ojczyzną Kadłubka jest wieś  nad Opatówką.

Nie wywiązywałem się ze zleconego zadania, ociągam się ze skreśleniem relacji o zjawie mistrza Wincentego, w ostatnim tomie Jana znalazłem opowieść „W gościnie u Kadłubka”. Pierwsze zdanie przytaczam:  „Błogosławiony Wincenty Kadłubek ponoć wciąż chodzi po Karwowskich łąkach, ale nie udało mi się go spotkać. Chociaż piłem z cudownego źródełka wodę mającą ponoć  właściwości wyostrzania wzroku”.

*

Parokrotnie przywoływałem ostatnią publikację Jana Adama Borzęckiego. We wstępie  autor zastrzega, że  nie jest historykiem, a jego zainteresowanie przeszłością kraju i regionu są amatorskie. Wyznanie uważam za kokieteryjne,  znajomości dziejów można pozazdrościć, również gładkości stylu, swady narracyjnej i lekkości humoru, uznanie dla którego wyraziłem już wcześniej. Gawędy  są mistrzowskie, zachwycać się można nimi długo, zwrócę uwagę mają na jeden rys szczególny, indywidualny,  znać w nich rękę – czy lepiej rzec: precyzję  – jurysty, opowieści o stryczku, awanturnicach, inkwizycji, obrazie majestatu są pięknymi, literackimi wykładami prawa obowiązującego w naszym kraju przed wiekami.

Wielki pisarz, prawy i życzliwy człowiek.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko