Edyta Kulczak – Tam i z powrotem – o książce Janusza Urbaniaka Zbywalność rzeczy

0
304

otwierał pożółkłe księgi
i wysypywał z nich ziarna
wyjmował litery
i układał nowe kręgi (s. 18, Samotność)

Jeśli komuś jesienny mrok, mgła, ciężkie chmury i gęste powietrze za mało, niech śmiało sięga po debiutancki tomik Janusza Urbaniaka Zbywalność rzeczy. Neurotyczne czy neurasteniczne snujące się wywody poetyckie głęboko zakotwiczone w psychice szalenie tkliwej, zatroskanej, przegranej, introwertycznej półsłówkami rzucają tropy, jak przynętę, by rozwiązać zagadkę życia, rozszyfrować znaczenia, do których ledwie uchylone drzwi… Ale wskazówek czytelnych dla odbiorcy wychowanego w kulturze europejskiej jest wiele – jak choćby w powyższym cytacie. Pożółkłe księgi, ziarno, litery, nowe kręgi prowadzą nasze myślenie w obszar rozważań i znaków świata biblijnego. Gdy zwrócimy uwagę na tytuł wiersza oraz uwzględnimy elementy współczesnej rzeczywistości istotne w utworach: zamknięty pokój, okno, lustro czy elementy natury bardziej otwarte na przestrzeń – mrok, świt, brudne miasteczko, śmietniki, nurt wzburzonej zamulonej rzeki, zachodzące w czerwonej poświacie słońce i pośród tego sanktuarium umieścimy człowieka, powoli wyłoni nam się sens owej opowieści…

Kim jest bohater liryczny tego tomiku? Jak zwykle, w centrum opowieści o losie stoi człowiek. Autor gramatycznie prezentuje go czasem jako „ja”, innym razem (szczególnie w wierszach początkowych), jakby przestraszony zbyt otwartym ekshibicjonizmem, tytułuje go „on” (wiedział, widział), który to zabieg i tak nie zmyli uważnego, czy choćby wrażliwego odbiorcy. Bohater porusza się w świecie dość sennie i kontemplacyjnie po torze sinusoidalnym. Przy czym należy zaznaczyć, że znajdujemy go w momencie najniższej możliwej wartości (lub tuż ponad!) na osi Y, czyli chwilę po tym, gdy osiągnął punkt krytyczny i powoli krzywa zaczyna wznosić się w górę. Mniej matematycznie – wynurza się z ciemności w jasność, z piekła ku niebu, z profanum ku sacrum(?).

Odgrodzona od świata zewnętrznego przestrzeń zamyka bohatera lirycznego w ciasnych pomieszczeniach – pokój, dom, strych, wieża, gdzie świat zewnętrzny istnieje tylko w obserwacjach z okna i przemyśleniach. Wyraźnie oddziela się obszar „ja” (my) – tutaj od „oni” (wy) – tam. Podmiot liryczny wyrzuca siebie samego poza obszar życia społecznego, ale, paradoksalnie, umieszcza się w jego bezpiecznym środku, w zamkniętej skrzynce – w obrazowaniu składniowym – w nawiasie w środku zdania, skąd ma dookolny punkt obserwacyjny i komfort bycia odizolowanym.

Odarcie z wszystkiego, co było, co zrobił, co posiadał, podmiot liryczny przyjmuje z niejakim statecznym zrozumieniem – nawet rzucanie w niego kamieniem uznaje za normalne, bo gdy miał wiele dóbr i było mu dobrze, z nikim się nie dzielił albo dzielił się źle. Podświadomość generuje w nim chrześcijańskie poczucie winy – grzechu wobec bliźniego i siebie samego. Wygraża sobie z ulgą samospełnienia: dobrze ci – rozsmakowanyś/ wśród rozbitych luster/ przechylonych krzeseł/ rozrzuconych szklanic? (s.13), co możemy odebrać jako przeświadczenie o prawidłowości w strukturze porządku świata. Po grzechu przychodzi zasłużona kara i pokuta – wszystko zostało odebrane, została miłość – ucieleśniona jednak nie po hiobowemu w Bogu, lecz zwyczajnie ziemsko – w kobiecie. Ta miłość to podpora po wygnaniu z Raju, z wyraźnym podkreśleniem jednak utraty miłości czy przychylności Boga. Obojętna zgoda na cierpienie jest świadomym zaakceptowaniem odwiecznego porządku. Cierpienie przyjmowane z pokorą przywodzi na myśl mękę Jezusa. Bohater liryczny dzień w dzień odstawia głaz i próbuje narodzić się na nowo po odkupieniu win. O to, czy ofiara została przyjęta, czy zmartwychwstanie jest możliwe, zapytuje jednak nie Boga, lecz ludzi. Ich ustanawia sędziami swoich uczynków. Staje przed nimi nagi, wypatruje ich reakcji najpierw ostrożnie przez okno. Reakcje tłumu odczytuje nieprzychylnie dla siebie, ale (znowu!) z pokorą je akceptuje. Czyżby jego wina wobec nich była tak wielka, że powstaje w tej pokorze silny jak mityczny Camusowski Syzyf, milczy, zaciska zęby, wyrzeka się człowieczych potrzeb i podejmuje trud, zrastając się niemal z kamieniem, który toczy, sam stając się kamieniem. Będąc w złudnym przekonaniu, że brakuje mu skrzydeł i niedostępna dla niego strzelistość góry, przechodzi nieuświadomiony proces przeobrażania się i doskonalenia, nabierania potężnej mocy, która wkrótce pozwoli mu wyjść z bezpiecznego acz niewygodnego kokonu i nieśmiało stawiać na nowo kroki wśród domostw małych miasteczek, biednych słabych ludzi oraz coraz śmielej wypatrywać słońca, choćby zachodzącego. Póki trzyma w ramionach głaz, cierpi jak skazaniec. Przy ziemi, przy najoczywistszym człowieczeństwie trzyma go pewna słabość – roztkliwianie się nad sobą, kwilenie jakby niemowlęce z wołaniem na ratunek matki. Wszak rodzi się raz jeszcze. Fizyczną mantrą z natury korespondującą z tym wydarzeniem stają się świty i magia jasności. W niej, oglądanej przez okno (znak wyjścia, odrodzenia), tkwi nadzieja na życie. Jest ona wymiernie umieszczana nie w odzyskanych skarbach, lecz w ludziach, którzy nabierają znaczenia rodziny – braci i sióstr.

Przeszłość brzmi echem w każdym wierszu, który staje się rachunkiem sumienia i spowiedzią.

Podmiot i bohater wierszy chce na nowo „napisać świat”, wierząc w moc sprawczą i kreacyjne możliwości człowieka. Układał zdania i rozdziały – ginęły w przepastnych falach zamulonej rzeki (s.18). Czuje, że wcześniej musi oddać kilogram po kilogramie, gram po gramie wyhodowanego przez siebie złotego cielca, uskładanych kamyków piękna, aż wyczerpią się do ostatniego brzęku. Bo właśnie to było grzechem – gromadzone w łapczywych dłoniach monety brzękliwe, głośne w miłości kobiety, dudnienie alkoholowej przestrzeni, zdrady, porzucanie, okradanie, nieotwarte listy, przekleństwa i wymioty. Wszystko płynęło rzeką zdarzeń, od której odwracali się z obrzydzeniem ludzie, oglądali z przestrachem dłonie, czy czasem nie są współwyznawcami spienionego wzburzonego nurtu lub – udawali niewidzenie. Rzeka pełna mułu pochłaniała przejrzystość powietrza, czystość luster, jasność okien, uniemożliwiała zmycie brudu…

Dychotomia – to „ja” – „oni” wyraźnie rozdzielone. Podmiot liryczny (ja) należy do kręgu ciemności, jego kondycja duchowo-psychiczna określona jest semantycznie jako „wbrew słońcu”, a wyrażana takimi pojęciami, jak muł rzeczny, samotność, pustka, granica cienia, gorycznie, potopione życiorysy, przełamane słowo, przecięte ciało. „Oni” zaś idą z oczami zwróconymi „ku słońcu”. Te dwie drogi nie pokrywają się, może przetną czasami, by wywołać w podmiocie jeszcze większe poczucie winy, nieprzystawalności, uświadomić i nazwać po imieniu „złem” świat, który ogarniając go bezcześcił świętości człowieczeństwa – chleb i wodę.

Przyszła wreszcie zgoda „na to co największe”. Wystarczyło mu patrzeć/ jak słońce leniwie kładło się/ zachodząc (s.36). Po ciemności nastaje nieśmiała, rażąca w oczy jasność. Uzmysławia stare zaklęcia ludzkości i przekonanie, że życie pozbawione jest linearności. Ta najprostsza do zdefiniowania funkcja istnienia człowieka i świata, w kosmosie zatacza spiralne kręgi – coraz wyżej i coraz szersze, do nieskończoności. Stają się pojęcia i rzeczy „najpiękniejsze”. Płoche na razie jak pojedynczy promyk – telefon od siostry, to co ukryte, jeden pień…

Tożsamość. Cierpienie i pokuta za źle przeżyte życie nie pozbawia podmiotu lirycznego poczucia własnej wyjątkowości i doznawania uczucia pychy. Gloryfikowanie własnego bólu, rozkoszowanie się jego bezmiarem i dokuczliwością nie idzie w parze z pokorą. Jest tu stanem rozumianym jako pewna wyjątkowość, szczególnie wartościowa, która stawia podmiot na wyższym stopniu rozumienia praw świata, czyni go posiadającym więcej (znowu!) niż inni – zwykli szarzy maluczcy, czyni bardziej świadomym „i wielka jest siła [jego] wygodnej bezbronności” (s. 42). Potężniejszą od siebie uznaje tylko doskonałą w nieskończoności, nieprzeniknioną rozumem siłę natury, której przypisuje prawa boskie. Jej mowy pojąć nie potrafi, nie potrafi powtórzyć jej twórczych aktów, choć czuje się jej częścią. Jak planety tworzy się i doskonali, będąc chaosem wydobywającym się z ciemności niebytu w układanej doskonałej fraktalnej komitywie elementów boskiego zamiaru stworzenia.

byliśmy jak mogliśmy nie być
inne stworzenia stanowiły tło
więc zabijaliśmy je i jedli
albo były nam obojętne
bo zamysł dotyczył tylko nas
którzy idziemy przez miliony lat (s. 44, Wzajemność)

Edyta Kulczak

Janusz Urbaniak, Zbywalność rzeczy, FONT, Poznań 2022

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko