Anna Nasiłowska – Wycieczka do Norwegii

0
62

            Dobrze jest realizować marzenia. Nagroda, jeśli wiąże się z pieniędzmi, a nie zawsze tak bywa, ale jeśli się trafia… O, warto wydać ją na coś specjalnego. Trzeba iść za marzeniem. Skoro otrzymałam nagrodę miesięcznika „Nowe Książki”, postanowiłam jechać do Norwegii. Zwykle wybieram się do Grecji (choć przez ostatnie lata – jak sójka za morze, czyli nieskutecznie). Tym razem chodziło o coś wyjątkowego, a Norwegia jest wyjątkowa, ma fiordy. Fiordy nie zawiodły, są niebieskie, te w południowym regionie – otoczone niezbyt wysokimi skałami, jakby rzuconymi w morze. Po nich, jak po wielkich stopniach, można było przejść nad samą wodę i spojrzeć znad urwiska na morze – ciche, bez fal. Pogoda trafiła się wyjątkowa, w ogóle nie padało, we fiordach odbijało się niebieskie niebo bez jednej chmurki i na zdjęciach wyglądało to trochę podobnie jak na wyspach greckich, choć temperatura zdecydowanie niższa. W lasach, otaczających wybrzeże, pokrytych obfitym kobiercem kwitnących właśnie zawilców z przebijającymi się dopiero konwaliami, biwakowali Norwegowie: jedni rozbili zgrabne namioty i coś pichcili na turystycznych kuchenkach, inni mieli specjalne, ocieplane hamaki z nakrywającą je od góry moskitierą przeciwko owadom, niepotrzebną jeszcze w pierwszych dniach maja i pałatką na wypadek deszczu. Plecaki poprzypinali wysoko do pni drzew. Kiedyś czytałam, że tak się robi, żeby jedzenie nie kusiło lisów i innej zwierzyny, choć dla niedźwiedzia to żadna przeszkoda. A niedźwiedzie tu są. Mimo że odpoczywający w lesie nie trzymali się specjalnych miejsc biwakowych, wybierając samotność (najwyżej we dwoje) w uroczych miejscach, w lesie było czysto nadzwyczaj czysto i nic nie mąciło świeżego zapachu kwiatów: nie walały się tu zwykłe w Polsce papiery, pod krzakami nie było żadnych puszek po piwie, nie wspominając o starych oponach, zepsutych lodówkach, częściach samochodowych i gruzie rozbiórkowym, które zapamiętałam dobrze z ostatniego grzybobrania, w jakim uczestniczyłam. Grzybów z tej wprawy do lasu nie przyniosłam. 

            W Norwegii obowiązują pewne zasady, także w miastach nie stawia się wielu koszy na śmieci, dopiero ostatnio się pojawiły, zainstalowane pod wpływem przyjezdnych. „Jeśli dałeś radę coś przynieść, możesz też zabrać z powrotem” – mówi się dzieciom i one stosują się do tej nauki do końca życia.

            Nie byłabym sobą, gdybym nie zainteresowała się, jak wygląda rynek książki. Jest bardzo uporządkowany – jak wszystko zresztą. To jedna ze spraw, które mnie rozczarowały. W Grecji jak jest niewielki port, to są niewielkie rybackie łodzie, które o świcie wyruszają na połów. Gdy wracają, na nadbrzeżu ustawia się wielka grupa oczekujących na rybie resztki kotów, które dostają swoją dolę. Główny połów sprzedaje się na targu albo rozwozi się do tawern, gdzie szybko lądują na talerzach. Tu – nic z tego. Wszystko ma postać przemysłową, wysoce zorganizowaną, ale i nie pozostawiającą wiele miejsca na indywidualne działania. W handlu książkami dominuje Norli, wyglądający jak nasz empik: z wymuskanymi książkami w kolorowych okładkach, podzielonymi na działy jak romans, poradniki, podróże i kryminał. Obok długopisy, mazaki, zeszyty, plecaki i mnóstwo gadżetów, choć w Norwegii walczy się z gadżeciarstwem, stymulującym nadprodukcję, która powiększa zmiany klimatu. Wśród książek, prezentowanych na półkach i ladach, brak było właściwie klasyki (poza skandynawską klasyką literatury dla dzieci) czy poważniejszych opracowań historycznych, nie mówiąc o poezji.  Szukałam czegoś dla mojej najstarszej córki, która zna szwedzki i swego czasu napisała pracę magisterską na wydziale historii na temat sag. Takie pozycje na pewno gdzieś są, ale nie w sieciowych księgarniach.  To, niestety, efekt koncentracji handlu książkami w ręku jednej firmy,  powoduje to bestselleryzację rynku,  stymuluje produkcję wyłącznie tzw. literatury gatunkowej i standaryzuje oczekiwania wobec wydawców, wprowadzając komercyjną monokulturę. W Polsce też może to nastąpić, jeżeli nie obronimy małych księgarń, które właśnie zaczęły znikać. Reguła jest podobna jak w supermarkecie: wielka sieć handlowa nie współpracuje z lokalnymi, niewielkimi producentami, preferuje tych dużych, bo zarabia na efekcie masowej skali.

            Przy tym wszystkim Norwegia ma czytelnictwo na poziomie 81 %, a na statystycznego mieszkańca Norwegii przypada 12 książek rocznie. Poziom, o jakim w Polsce można pomarzyć. Te dane są jednak powodem do niepokoju, gdyż dwa lata wcześniej odsetek czytających plasował się na poziomie 83% społeczeństwa, a na początku XXI wieku aż 90%. Kiedyś 93% rodziców czytało głośno dzieciom, teraz jest to 75%. Dane te przytaczam za polskojęzycznym portalem „mojanorwegia”, który z kolei bazuje na raporcie Leseundersøkelsen 2024, opublikowanym w Dniu Książki i Praw Autorskich.  Przypomnę tylko, że według danych Biblioteki Narodowej w Polsce po przynajmniej jedną książkę w roku sięgnęło 43% społeczeństwa i odnotowano lekki wzrost. 

            W Norwegii propaguje się książki. W niewielkim miasteczku na dworcu kolejowym do nieczynnej już od dawna budki telefonicznej wstawiono półki i pojawiły się książki z jasną instrukcją: możesz wziąć jedną, jeśli jedną przyniesiesz. Podobne budki napotkałam w Oslo. Przejrzałam ofertę budek, niestety, reguły podobne jak w książkowym supermarkecie: dużo sensacji, romansów i trochę dziwacznych starszych książek w rodzaju instrukcji naliczania podatków z roku 1973, widać przyniesiona na wymianę. Tego rodzaju akcje organizuje się w wielu miejscach na świecie, pamiętam moje zdziwienie, gdy w niewielkiej wiosce w Szwajcarii na przystanku autobusowym napotkałam przeszkloną witrynę, a w niej porządnie ustawione książki w trzech językach: francuskim, niemieckim i angielskim. Zdarza się również w Polsce, że tego rodzaju punkty funkcjonują dobrze, choć przykład z mojego osiedla na warszawskim Ursynowie nie jest zachęcający. Bardzo szybko tego rodzaju społeczna biblioteczka książek na wymianę zapełniała się wszelaką makulaturą i podartymi pismami. Była też regularnie podpalana, ale jakoś trzymała się do czasu, gdy nieznani przeciwnicy słowa drukowanego postanowili całość wyrzucić w krzaki. Nie wiem, jak tego dokonali, biblioteczka na Ursynowie miała formę dużego pnia drzewa z wydrążonymi półkami, zasłoniętymi plastikiem od deszczu. Pień był zdecydowanie za ciężki, by udało się go unieść jednej osobie, a został przemieszczony ze sto metrów. I po co? Czy czytanie ma u nas aż tak zajadłych nieprzyjaciół, że zdolni są do wykonania poważnej pracy fizycznej, za którą nikt przecież nie zapłacił, byle tylko usunąć z zasięgu wzroku słowo drukowane? Ta smutna historia w jakiś sposób łączy się z pralkami i starymi oponami w lasach.

            Jednak póki biblioteczka w pniu istniała, podkładałam w niej różne tomy poetyckie. I one zawsze bardzo szybko znikały, bo to nieprawda, że „wszyscy nie lubią poezji”. Niektórzy lubią – jak pisała Wisława Szymborska – a nawet jej potrzebują.  

Anna Nasiłowska – poetka, pisarka, profesor w Instytucie Badań Literackich PAN, od 2017 roku Prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Opublikowała kilka zbiorów wierszy, tomy prozatorskie „Domino. Traktat o narodzinach”, „Księga początku”, „Czteroletnia filozofka”, powieść o wojnie polsko-bolszewickiej „Konik, szabelka”. Jest autorką kilku podręczników historii literatury, ostatni to „Historia literatury polskiej” (2019), przetłumaczony na angielski przez Anną Zaranko i opublikowany przez Academic Studies Press w Bostonie. Napisała cztery biografie, których bohaterami byli para Jean-Paul Sartre i Simone de Beauvoir, Maria Pawlikowska- Jasnorzewska, dwóch zasłużonych dla Polski Japończyków – Ryochu i Yoshiho Umeda oraz Sławomir Mrożek.  Ta ostatnia książka otrzymała tytuł „Książki roku 2023” przyznany przez miesięcznik „Nowe Książki” oraz „Książki. Magazyn Literacki”. 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko